Przez ostatnie tygodnie przeżywaliśmy wielkie siatkarskie emocje. Najpierw dzielnie walczyły nasze panie, które mistrzostwa Europy zakończyły w pierwszej czwórce, a potem brązowe medale zawisły na szyjach podopiecznych Vitala Heynena. Mecze w wykonaniu obu reprezentacji z wypiekami na twarzy śledziła 13-letnia Maja Trefon, która ma wszelkie predyspozycje, by w przyszłości pójść w ślady podziwianych idoli.

– Z polskich siatkarek najbardziej cenię Malwinę Smarzek-Godek. To atakująca, a ja też gram na tej pozycji – mówi Maja. Ale największy uśmiech na jej twarzy pojawia się, gdy opowiada o Wilfredzie Leonie, Kubańczyku, który od niedawna gra w reprezentacji biało-czerwonych. – Przesympatyczny człowiek. To z nim pierwszym zrobiłam sobie zdjęcie podczas sierpniowych meczów reprezentacji.

 W czasie tegorocznych wakacji miała okazję bliżej poznać Bieńka, Nowakowskiego i spółkę. Wszystko za sprawą nagrody, jaką ufundował Polski Związek Piłki Siatkowej. 

– W maju moja córka, wraz z koleżankami z klubu Dwójka Zawiercie, zdobyła tytuł mistrza Polski w minisiatkówce „czwórek”. Prócz medali, pucharów i dyplomów najlepsze zespoły otrzymały zaproszenie na Memoriał im. Huberta Wagnera do Krakowa. Przez kilka dni młodzi adepci siatkówki mogli oglądać treningi reprezentacji uczestniczących w turnieju i kibicować na meczach. Mieszkali nawet w tym samym hotelu, co biało-czerwoni, zatem okazji do zetknięcia się z mistrzami świata było wiele – opowiada Tomasz Trefon, ojciec dziewczynki.

– Jednak największym przeżyciem było wyprowadzanie reprezentacji Polski na parkiet. Przez moment, dzięki kamerom telewizyjnym, na mnie i moje koleżanki patrzyła cała Polska! Prowadziłam za rękę Piotra Nowakowskiego, a w drugim meczu Pawła Zatorskiego – dodaje Maja. 

 Tata nastolatki opowiada o córce z nieukrywaną satysfakcją. Bo Maja geny siatkarskie odziedziczyła właśnie po nim. 

– Była skazana na siatkówkę – śmieje się ojciec, który sam ma za sobą przygodę z tą dyscypliną. – Sportowego bakcyla połknąłem w podstawówce. W SP 6 w Pyskowicach trafiłem na niesamowitego „wuefistę”, Zbigniewa Tarnawskiego. Pod jego kierunkiem doskonaliłem umiejętności i wraz z kolegami odnosiłem szkolne sukcesy. Potem walczyłem o II ligę w wojskowym klubie Sobieski Żagań. Grałem jako libero, a była to dopiero raczkująca pozycja w siatkówce. Ale Mai nie zmuszałem do niczego. Oczywiście, sugerowałem, podprowadzałem, lecz ostatecznie to ona wybrała to, co ją najbardziej kręciło. 

Siatkówka miała silną konkurencję. Bo nastolatka imała się przeróżnych pasji – tańca, śpiewu, pływania. Zresztą, do dziś lubi stać przed lustrem z grzebieniem udającym mikrofon i wyobrażać sobie, że jest na deskach festiwalu w Opolu, a słucha jej wielka publika. 

Przygoda z piłką siatkową rozpoczęła się od… balonu, który namiętnie odbijała z ojcem jako czterolatka. Poważnie za sport wzięła się w klasie czwartej, już jako uczennica klasy sportowej w Szkole Podstawowej nr 6 z Oddziałami Integracyjnymi w Pyskowicach. 

– Córka wiele zawdzięcza trenerowi Wojciechowi Staszewskiemu. Prywatnie to mój przyjaciel, i to od dzieciństwa, razem działamy w klubie MKSR Pyskowice. Wojtek często zostawał z Majką po swoich zajęciach, pracował z nią indywidualnie – podkreśla pan Tomasz.

Ciepło wypowiada się również o innym trenerze, Jacku Sygidusie, z którym Maja miała lekcje „wuefu”. Zawsze wspierał ją mentalnie i psychicznie, jeździł na zawody. Młoda zawodniczka trenowała także pod okiem Pawła Bryły w KSS Gumisie Pyskowice. 

Pierwsze sukcesy przyszły szybko. W 2018 roku, wraz z koleżankami, Maja zdobyła trzecie miejsce w mistrzostwach Śląska (Kinder+Sport) w kategorii „trójek” dziewcząt. Została też wybrana najlepszą zawodniczką imprezy. Jej talent zauważono – zaczęły przychodzić powołania na zgrupowania kadry Śląska, potem Polski U-14. Dziś ma za sobą oficjalny debiut z białym orzełkiem na piersi (podczas meczu z rówieśniczkami z Białorusi). 

– W kadrze moim trenerem jest Artur Wójcik. Na zgrupowaniach panuje koleżeńska atmosfera, poznałam wiele przyjaciółek z całej Polski – podkreśla dziewczynka. 

Jej obecnym klubem jest UKS Centrum Pszczyna. Na treningi – w obie strony to ponad 140 km – dojeżdża trzy razy w tygodniu. Wozi ją cała rodzina: tata, mama, wujkowie, dziadkowie. Zresztą, ci ostatni to najwierniejsi kibice – podczas ważnych meczów obowiązkowo siedzą na trybunach. O zdrowie i prawidłowy rozwój młodego organizmu pomaga zaś dbać zaprzyjaźniona z rodziną fizjoterapeutka, Sylwia Musioł. 

Młoda pyskowiczanka nie tylko sportem żyje, choć na inne dziedziny czasu nie starcza za wiele. Kiedy jednak wygospodaruje jakąś chwilę, słucha muzyki (szczególnie Beyoncé), serfuje po sieci (ach, ten Facebook) oraz... gotuje. 
– Od kiedy kupiła sobie blender, w domu jest pierwszą kucharką – śmieje się tata. 

Błażej Kupski
wstecz

Komentarze (0) Skomentuj