Rewelacyjny koncert Naxos Orchestra sprzed tygodnia zgromadził w Jazovii nie tylko fanów Milo Kurtisa, ale też wszystkich zwolenników opcji etnojazzowej i, ogólnie rzecz biorąc, wielbicieli muzycznych „smaczków”, odjazdów oraz oryginalności. Nic w tym dziwnego, skoro na środowy wieczór 15 listopada obiecano nam „podróż dookoła mózgu”.
Orkiestra, wbrew zapowiedziom, zagrała w 8-, nie 9-osobowym składzie, ale w tym wypadku o sile stanowiła jakość, nie ilość muzyków, zwłaszcza że niektórzy (jak sam Milo) płynnie przechodzili od jednego instrumentu do drugiego (w wypadku Mila: klarnet, didgeridoo (?) i jakieś perkusjonalia). W składzie orkiestry znalazły się więc tym razem i lutnia, i gitara, i perkusja wraz ze wspomnianymi perkusjonaliami (wszystkim, co nadaje się do grzechotania, stukania, szeleszczenia i potrząsania), klarnet wraz saksofonem altowym oraz świetny wokal kobiecy z (od czasu do czasu) dodatkami męskimi. Wyjaśnić trzeba, że zmiany instrumentów wiodących dokonywały się w sposób pozornie spontaniczny, wynikający w sposób naturalny z wymagań samej melodii czy rytmu.

Efekt? Przekonanie publiczności, że muzykę można, a nawet należy, tworzyć ze wszystkiego – dudnienia, pomruków, świstów, zawodzenia, stuków i puków. Wynik tych muzycznych działań był niezwykle atrakcyjny melodycznie i rytmicznie, pełen emocji i bardzo poruszający. A podróżowaliśmy mniej więcej po Bliskim Wschodzie, przemierzając Persję, Turcję, ale też okazjonalnie zapuszczając się w okolice Bałkanów. Słuchało się tego świetnie, nie odnosząc wcale wrażenia, że ten – ambitny przecież projekt muzyczny – wymaga od słuchaczy napięcia intelektu i gustów. Muzyka kiełkowała i rosła jakby samoistnie z przestrzeni między wykonawcami, którzy ją z pasją i czułością rozwijali, podtrzymywali i pozwalali jej się swobodnie rozwijać.

Pomysł Piano Day (16 listopada) przyniósł zupełnie inne wrażenia, ale też wyrósł z całkiem odmiennego założenia. Naxos Orchestra pozwoliła uwierzyć, że muzyka jest rodzajem flory organicznej, krzewiącej się bujnie na festiwalowej glebie. Idea spotkania (a może lepiej – zderzenia) czterech skrajnie różnych pianistów, dała okazję do zaprezentowania PalmJazzowej publiczności czterech spojrzeń na fortepian. Spojrzeń tak odległych od siebie jak wschód od zachodu, a północ od południa. Po pierwsze, wykonawcy różnili się od siebie wiekiem (Vołodymir Solyanik i Ratko Vojtek to w swoich krajach muzycy uznani i szanowani, zaś Orzechowski i Kołodziejczyk wciąż jeszcze reprezentują pokolenie „młodych wilków” polskiej sceny muzycznej) i doświadczeniem. Po drugie, rodzajem wykonywanej muzyki (filmowa nastrojowość Solyanika tak się bowiem miała do muzycznych eksperymentów Orzechowskiego, jak instrumentalny stand up Vojtka do przetwarzanych przez komputer fal dźwiękowych Kołodziejczyka). Po trzecie wreszcie – zupełnie inaczej każdy z nich traktował swoje źródło dźwięków, czyli instrument. W chwili, kiedy Solyanik oddawał hołd świetnej tradycji wykonawczej, Orzechowski poszedł drogą twórczego tej tradycji odnowienia (żeby nie powiedzieć: zakwestionowania), jeżeli dla Vojtka fortepian był jednym wielu środków przekazu muzycznego (obok klarnetu i perkusjonaliów – a wszystko w pojemnych ramach sztuki konceptualnej!), to Nicola Kołodziejczyk potraktował go jako medium o nieskończonych wręcz możliwościach przekazu. Przy okazji wieczór ten stał się też hołdem złożonym świetnemu instrumentowi, pozyskanemu dla CK Jazovia przez zapobiegliwego Krzysztofa Kobylińskiego jakby specjalnie z myślą o takich właśnie wieczorach. Nieraz już, i przez różnych wykonawców, chwalony – wspaniały fortepian z Jazovii po raz kolejny pokazał, na co go stać. Na co? Z takim Nicolą Kołodziejczykiem przy klawiaturze okazało się, że właściwie na wszystko. Dlatego Piano Day wielu słuchaczy zapamięta pewnie jako jedno z bardziej kontrowersyjnych, ale też i budzących entuzjazm festiwalowych doświadczeń.

Po tej „karuzeli z pianistami” PalmJazz w Gliwicach miał kilkudniową przerwę, nastąpiło za to wzmożenie działań festiwalowych poza miastem – w sobotę i niedzielę (18/19 listopada) dwa niezwykle udane koncerty w ramach PalmJazz Days zagrali w Raciborskim Centrum Kultury Wojciech Mazolewski Quintet i Manu Katche Trio. Grupa Wojtka Mazolewskiego z sukcesem promowała najnowszy album „Polka Remixed”, reinterpretujący ich największe hity z pamiętnej, pokrytej złotem „Polki”, zaś Manu Katche, który stanął na raciborskiej scenie z nowym, elektrycznym trio, nie tylko pokazał, że nie bez kozery należy do najbardziej rozpoznawalnych bębniarzy współczesnego jazzu, ale też zaprezentował się jako charyzmatyczny kompozytor i bandleader.

A na gliwicką publiczność w ramach tegorocznego festiwalu czekają jeszcze dwa niezwykłe wydarzenia. Dziś (22 listopada) na scenie Jazovii wystąpi w najbardziej rodzinnym z rodzinnych projektów Rodzina Miśkiewiczów: ojciec Henryk, saksofonista z długą listą dokonań artystycznych (m. in. Big Band „Stodoła”), córka Dorota, wokalistka wszechstronna i niezwykle utalentowana oraz syn Michał, perkusista znany z zespołu Tomasza Stańki i Simple Acoustic Trio. Tegoroczną edycję PalmJazz Festival 23 listopada zakończy Lura, posiadaczka charyzmatycznego głosu, korzeniami rodzinnymi sięgająca Wysp Zielonego Przylądka, godna spadkobierczyni Cesarii Evory, która zaprosi nas na prawdziwą fiestę w rytmie „fanana”, charakterystycznym dla tradycji muzycznej Capo Verde.

Eve Sand

PalmJazz Festival został dofinansowany z budżetu Miasta Gliwice.

Galeria

wstecz

Komentarze (0) Skomentuj