Gdy patrzymy na biografię Władysława Suleckiego, od razu widać pewien paradoks. Późniejszy opozycjonista, człowiek szykanowany przez system, wcześniej był w Milicji Obywatelskiej. Jak to rozumieć?
Nie czytałabym tego jako ideologicznego wyboru na rzecz systemu. Raczej jako element powojennej rzeczywistości, a równocześnie rys osobowościowy. Władysław Sulecki wywodził się z niezamożnej rodziny o patriotycznych tradycjach, gdzie służba krajowi była czymś oczywistym. Jego przyjaciel i współpracownik z czasów KOR, socjolog Józef Śreniowski wspomina, że podczas okupacji, jako nastoletni chłopiec, Sulecki woził AK-owskie meldunki do Warszawy. Po wojnie wstąpił do Związku Młodzieży Polskiej. To był 1948 r. - tuż po powstaniu tej organizacji. Czy miał świadomość, że celem ZMP, polskiego odpowiednika radzieckiego Komsomołu - było ukształtowanie „nowego człowieka”? Raczej chciał być przydatny, a szczytne hasła brał za dobrą monetę. Kiedy w 1952 r. pracował w Bielskiej Fabryce Wyrobów Śrubowych „Bispol”, został członkiem Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej (ORMO) przy hotelu robotniczym, w którym mieszkał. Służba w Komendzie Powiatowej Milicji Obywatelskiej w Gliwicach, do której zgłosił się na początku 1955 r., była logiczną konsekwencją jego prospołecznego nastawienia. Chciał działać na rzecz porządku, wspólnoty i państwa.
Bardzo szybko okazało się, że ta obywatelska postawa Suleckiego do Milicji - Obywatelskiej przecież! - nie pasuje. To nie tyle on odkrył, że formacja jest niezgodna z jego hierarchią wartości, ile system rozpoznał, że ta hierarchia jest nie do pogodzenia z tym, czego oczekiwano od funkcjonariusza. Sulecki nie wstydził się wiary, mówił o Kościele, upierał się, że „do spowiedzi będzie chodził i w cuda wierzy”. Przy tym był samodzielny, oczytany, niepodatny na indoktrynację. A przecież przeprowadzano z nim „wyjaśniające” rozmowy…
Czyli nie był człowiekiem systemu, nawet kiedy formalnie znajdował się w jego strukturach?
Właśnie tak. On był kimś, kto wymykał się formowaniu. W dokumentach pojawia się bardzo charakterystyczny zarzut: że nie czyta gazet, tylko książki. To brzmi dziś niemal zabawnie, ale wiele mówi o ówczesnej rzeczywistości. Gazety oznaczały oficjalny, propagandowy przekaz, linię partii. Książki zapewniały przestrzeń dla samodzielnego myślenia.
Sulecki był robotnikiem, ale był też człowiekiem o szerokich horyzontach. Interesował się historią Polski, znał poezję romantyczną, Mickiewicza, „Pana Tadeusza”, „Dziady”. To nie był inteligent z uniwersyteckim dyplomem – ukończył tylko szkołę podstawową. Był samoukiem z ogromnym głodem wiedzy. I to czyniło go dla systemu niebezpiecznym. Wymykał się marksistowskiej dialektyce, pośredniczył między dwoma światami – robotniczym i inteligenckim.
Powiedziałaś wcześniej, że motorem jego działań była wiara. To rzeczywiście klucz do tej biografii?
Tak, choć dodałabym od razu drugi element: patriotyzm. W jego przypadku wiara i patriotyzm były nierozdzielne. To jest bardzo tradycyjny, może dziś dla części osób nieoczywisty model polskiej tożsamości: katolik i patriota. Ale u Suleckiego nie była to poza ani dekoracja. Jego wiara nie wyczerpywała się w religijnej obrzędowości, w rytuale, ale oznaczała zobowiązanie do działania i życia w określony sposób.
Józef Śreniowski napisał o Suleckim, że „cechowała go jakaś trudna do poskromienia chęć walki z niesprawiedliwością i nieprawdą. Ujawniał ją w momentach, gdy innych powstrzymywała bezradność czy obawa”. To jest swego rodzaju dar.
Jednym z najważniejszych momentów w jego gliwickiej historii była obrona krzyża w 1960 roku.
To był punkt zwrotny. Bo przecież jeszcze w 1956 r., na fali popaździernikowej odwilży, Sulecki na kilka miesięcy wstępuje do PZPR, ma nadzieję na demokratyzację systemu. Nie był więc jednym z tych wiecznych kontestatorów, buntownikiem z wyboru. Raczej nie pozostawiono mu wyjścia. Rok 1960 to był czas ponownego zaostrzania polityki wobec Kościoła. Krzyże znikały ze szkół, szpitali, przestrzeni publicznej. 24 czerwca, w oktawie Bożego Ciała, komunistyczne władze postanowiły usunąć krzyż stojący u zbiegu ulic Hutniczej i Franciszkańskiej, obok kościoła franciszkanów. Wzbudziło to bardzo duże protesty. Milicja i ZOMO spacyfikowały zakonników i parafian – wielu pobito. 37 osób trafiło do aresztu. Wśród nich Sulecki. Spędził tam miesiąc. Ale to go nie złamało. Zrozumiał, że ta władza chce ludziom odebrać to, co ich konstytuuje: wiarę, pamięć, prawo do własnej tożsamości. Okazało się, że nie ma tu miejsca na kompromis.
W jego biografii bardzo mocno wybrzmiewa wątek codziennego heroizmu. Nie ma tu wielkich scen batalistycznych, są przesłuchania, praca w kopalni, mieszkanie, rodzina, listy, rewizje, bicie…
I właśnie dlatego historia Władysława Suleckiego jest tak ważna i tak aktualna. Wypełnia jakiś współczesny brak. Dzisiaj mamy przede wszystkim bohaterów efektownych. Ja ich nazywam „dopaminowymi”, opowieści o nich są fabularne, złożone z wielkiego napięcia, potem przełom i happy end, napisy końcowe. A tu mamy bohatera steranego, z oczami zaczerwienionymi z niewyspania, którego wysiłek się nie kończy. Jego heroizm polega nie na tym, że wygrywa - albo przegrywa - ale że się nie poddaje. On brnie i właściwie nie zaznaje ulgi. Odwykliśmy od takich bohaterów, od ich upartego, cichego heroizmu, rozgrywającego się w siermiężnej, szarej rzeczywistości PRL.
To jest też chyba powód, dla którego opowieść o opozycji demokratycznej bywa dziś mniej atrakcyjna niż opowieści o wcześniejszych epokach.
Tak. Dużo łatwiej opowiada się o bohaterstwie przez obrazy z powstań, kresowe legendy, wielką literaturę. Naszą narodową wyobraźnię meblowali romantycy, Matejko, Sienkiewicz, Malczewski, Wyspiański... Tymczasem historia powojenna jest pozbawiona wizualnego splendoru. Wciąż nie doczekała się chociażby swojego Grottgera. Na razie jest udokumentowana, ale jeszcze nie opowiedziana. Ma czarno-białe zdjęcia, ociężałą soc-modernistyczną architekturę, brzydkie biura, korytarze urzędów, mieszkania pod obserwacją, bylejakość, konfidentów, ludzi wzywanych na przesłuchania i tych, którzy przesłuchiwali…
Rok 1945 nie przyniósł Polsce pełnej wolności. Jedna okupacja dobiegła końca, ale kraj znalazł się w strefie zależności od Związku Sowieckiego. Tym bardziej ważne jest, by przypominać o prawdziwych bohaterach tamtych czasów, o ludziach szlachetnych, którzy w tej ciemnej dobie mieli siłę – jak pisał Sulecki – „powiedzieć by zachować ludzką godność”. Potrzebujemy o nich godnej opowieści. Nie laurkowej – prawdziwej.
Sulecki nie ograniczał się do Gliwic. Reagował na kolejne momenty przesileń: Marzec ’68, Grudzień ’70, protesty robotnicze 1976 roku. Skąd on wiedział, gdzie trzeba być?
To jest jedno z fascynujących pytań. Przecież nie było telefonów komórkowych, mediów społecznościowych, szybkiego obiegu informacji. Oficjalne media nie mówiły prawdy albo milczały.
Jednak ludzie pragnący wolnej Polski byli niezwykle wyczuleni na każdy przejaw społecznego sprzeciwu. Informacje krążyły pocztą pantoflową, przez Kościół i sieć osobistych kontaktów. Władysław Sulecki należał do tych, którzy nie czekali biernie. Podczas protestów studenckich w 1968 roku pojechał do Warszawy. Zatrzymano go i odesłano pociągiem do Katowic, gdzie wysiadł i udał się do Krakowa, bo tam też trwały protesty. Według relacji Józefa Śreniowskiego przy kościele pw. św. Anny osłonił własnym ciałem bitą przez ZOMO-wców studentkę. Trafił do szpitala. Jej ojciec ofiarował mu w podzięce srebrne spinki do mankietów z godłem rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego. Godność tę sprawował dziadek bronionej przez Suleckiego studentki. Nie był na Wybrzeżu w grudniu ’70 roku, ale podczas rewizji odnaleziono w jego mieszkaniu list-rezolucję, w której domagał się wyjaśnień w związku z masakrą robotników. Pisał też o szykanach, jakie w województwie katowickim spotkały robotników po Czerwcu ’76 r.
Po 1976 roku związał się z KOR-em. Jaką rolę odgrywał jako robotnik w środowisku opozycyjnym?
Bardzo ważną, bo był łącznikiem między inteligencką opozycją a światem robotniczym. KOR – Komitet Obrony Robotników powstał po protestach w Radomiu, Ursusie i Płocku jako pomoc represjonowanym robotnikom. Jego założyciele nie wywodzili się z tego środowiska, to byli intelektualiści. A Sulecki nie przychodził do robotników z zewnątrz. On był jednym z nich. Dzięki jego zaangażowaniu w KOR robotnicy przestawali być tylko przedmiotem troski. Zyskiwali podmiotowość – Sulecki był ich autentycznym głosem, reprezentantem.
Pracował fizycznie, znał kopalnię, znał realia zakładu pracy, zależność od dyrekcji, rady zakładowej, partii, oficjalnych związków zawodowych. Kiedy kolportował niezależne pisma, kiedy angażował się jako autor „Robotnika”, pisma wydawanego przez KOR, mógł powiedzieć: ja nie mówię za was, ale jako jeden z was.
A Wolne Związki Zawodowe? Dlaczego były dla władzy tak groźne?
Bo uderzały w sam ideowy fundament PRL-u, w jego mit państwa klas pracujących. Założyciele WZZ obnażali to kłamstwo, wskazując, że oficjalne związki zawodowe nie reprezentują robotników, ale są częścią aparatu kontroli. To było dla systemu niezwykle niebezpieczne.
Władysław Sulecki, Kazimierz Świtoń i pozostali współzałożyciele Wolnych Związków Zawodowych mówili rzeczy elementarne: robotnicy mają prawo się organizować, mają prawo bronić swoich interesów, mają prawo stawiać opór wobec eksploatującego ich bez litości państwowego pracodawcy. Paradoks polegał na tym, że były to prawdziwie robotnicze, prospołeczne postulaty. Obnażały fasadowość Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.
W tej historii bardzo bolesny jest wątek rodziny. Cena za bezkompromisowość Suleckiego spadała nie tylko na niego.
Tak, i tego nie można pomijać. Władysław Sulecki nie jest bohaterem oczywistym. Jeden fragment z jego wspomnień szczególnie mnie poruszył. Jest rok 1966, maj. Sulecki budzi żonę ok. 4 w nocy, prosi o przygotowanie mu kanapek na drogę i jedzie na Jasną Górę, by uczestniczyć obchodach Tysiąclecia Chrztu Polski. Nie ma go przez 5 dni, żona nie wie, gdzie dokładnie się zatrzymał, nachodzą ją funkcjonariusze służby bezpieczeństwa... Jego wybory są trudne, ich cenę ponosi nie tylko on, ale i najbliżsi. Najstarszą córkę Suleckiego wyrzucono ze szkoły, zdarzało się, że młodsze dziewczynki – miał 3 córki - były bite przez esbeków podczas rewizji...
To jest dramat takich biografii. Nie chodzi o to, by je oceniać, ale by uczciwie o nich opowiedzieć. Żona Władysława Suleckiego przez długi czas była dla niego wsparciem, podzielała jego wartości, ale w pewnym momencie presja i szykany służb bezpieczeństwa stały się nie do wytrzymania. Zdecydowała się na wyjazd do rodziny w RFN. Sam Sulecki pisał: „Zostałem postawiony przed koniecznością dokonania bardzo trudnego wyboru: albo pozostać w kraju rozstając się z żoną i dziećmi, albo pozostać przy nich na obczyźnie. Zdecydowałem się na to drugie. Nie mógłbym znieść ustawicznego niepokoju o los najbliższych i nie móc się z nimi zobaczyć. Zdaję sobie sprawę, na jak ciężki los skazałem moją rodzinę moim zaangażowaniem w sprawy społeczne […]”.
On sam nie chciał wyjeżdżać.
Nie chciał. I to jest jeden z najtrudniejszych momentów tej historii. Sulecki był polskim patriotą, człowiekiem bardzo głęboko przywiązanym do kraju. Wyjazd do RFN w 1979 roku nie był dla niego spełnieniem marzeń o Zachodzie. Wyrzucono go z ojczyzny. Odebrano mu polskie obywatelstwo. Do samego końca istnienia PRL jego nazwisko znajdowało się na „czarnej liście”. Nie miał prawa wjazdu do Polski, choć pozostawił tu swoich bliskich.
A jednak na emigracji nie zamilkł.
Absolutnie nie. Po wyjeździe występował w Radiu Wolna Europa, publikował artykuły w paryskiej „Kulturze”, kontaktował się ze środowiskami emigracyjnymi i związkowymi. We wrześniu 1979 roku zeznawał w Waszyngtonie podczas przesłuchań im. Andrieja Sacharowa dotyczących łamania praw człowieka w krajach bloku wschodniego. Opowiadał o sytuacji robotników, o represjach, o tym, jak naprawdę wygląda życie w PRL.
Można powiedzieć, że Sulecki jest bohaterem bardzo niewygodnym?
Tak. Niewygodnym dla systemu, ale też trochę niewygodnym dla nas. Historia Władysława Suleckiego rozsadza wyobrażenia o bohaterstwie, które zawsze prowadzi do zwycięstwa lub spektakularnej klęski. Nie był idealny w sensie laurkowym. Był człowiekiem z krwi i kości. Nieoczywistym. Robotnikiem i intelektualistą z podstawowym wykształceniem, górnikiem i przyjacielem Jerzego Giedroycia. W latach emigracji publikował w paryskiej „Kulturze”, pracując równocześnie w kopalni w niemieckim Hagen. Właśnie dlatego jest tak ważny także dla nas, współcześnie. Nie jest tylko postacią z przeszłości. Przypomina, że wolność zaczyna się od uznania godności ludzkiej i od odwagi, by nie zgodzić się na kłamstwo.
Rozmawiała: Adriana Urgacz-Kuźniak
Patronatem honorowym projekt „Między czerwcem ’56 a sierpniem ’80…” objęła Pani Katarzyna Kuczyńska-Budka, Prezydent Miasta Gliwice. Autorami projektu „Między czerwcem ’56 a sierpniem ’80 – wystąpienia robotnicze w Gliwicach i na Górnym Śląsku” są dr Ewa Chudyba, kierownik Działu Edukacji i Promocji oraz Leszek Jodliński, dyrektor Muzeum w Gliwicach.


Komentarze (0) Skomentuj