Pomagać lubiła zawsze. - Kiedy miałam dziesięć lat, zobaczyłam w oknie na parterze kamienicy, w której mieszkałam, małą, może trzyletnią dziewczynkę - wspomina. - Była bardzo umorusana. Z koleżankami zabrałyśmy ją stamtąd,  umyłyśmy w misce i nakarmiłyśmy. Potem, z powrotem przez okno, wsadziłyśmy do mieszkania i powiesiłyśmy na szyi kartkę z napisem „niewidzialna ręka” (ten napis to było pokłosie emitowanego w latach 60. i 70. programu telewizyjnego o tym samym tytule, który zachęcał młodzież do bezinteresownego pomagania innym – red.). W ramach „podziękowań” dostałam burę od mojej mamy, bo z kolei mamie tej dziewczynki, którą umyłam, nie spodobało się, że bez pytania zabrałam jej córeczkę. A ja dalej uważam, że ta pani nie miała racji (śmiech). Zresztą, ja jestem uparciuch. Jak wiem, że mam rację, to jej bronię. Ustępuję, gdy ktoś mnie przekona.     
   
Urodziła się 66 lat temu w Świdnicy na Dolnym Śląsku. Tam skończyła podstawówkę, a potem liceum medyczne. - Dzieciństwo mile wspominam - mówi. - Zabawy w chowanego, ganianego, klasy. Nie mieliśmy komputerów, ale nikt nie narzekał na nudę. Podobno nie byłam najgrzeczniejszą dziewczynką . Taki chorowity diabełek w ludzkiej skórze, trochę rozpieszczony przez rodziców.

Chciała zostać pielęgniarką i stąd wybór średniej szkoły. Po maturze krótko pracowała w wiejskim ośrodku zdrowia. Poznała jednak młodego naukowca, który skradł jej serce. To za nim przyjechała do Gliwic, gdzie dostał pracę na politechnice.  
- Pierwsze zetknięcie z miastem nie było dla mnie jakimś wielkim przeżyciem. Kiedy wyszłam z dworca, jawiło mi się ono jakieś takie smutne, szare. Po prostu brzydkie. Dziś jest zupełnie inne. Piękne, nowoczesne. Jestem zakochana w Gliwicach i nigdy się stąd nie wyprowadzę.
 
Razem z mężem i dzieckiem zamieszkali w domu asystenta przy Kujawskiej. Spacerując z synkiem po dzielnicy akademickiej, zobaczyła budynek stacji sanitarno-epidemiologicznej przy Banacha. Weszła zapytać o pracę i została na 36 lat… W sanepidzie była kierownikiem działu higieny dzieci i młodzieży. - Mogłam dalej tam pracować, ale czułam już zawodowe wypalenie. A ponieważ miałam uprawnienia emerytalne, odeszłam i poświęciłam się pomocy drugiemu człowiekowi.

Jeszcze pracując w sanepidzie, poprzez swoją szefową Jadwigę Wojciechowską, zaangażowała się w działalność społeczną. Udzielała się w zarządzie gliwickiego oddziału Polskiego Czerwonego Krzyża. Kiedy umarła Alina Paluch, wówczas prezeska PCK, objęła po niej schedę. Właśnie mija dziewiąty rok od tamtej chwili. - To wolontariat, za który nie biorę wynagrodzenia. Daje mi jednak wiele satysfakcji, jak żadne inne zajęcie.  

Otwórzcie galerię zdjęć i poznajcie miejsca ważne w Gliwicach dla Janiny Stachurskiej – prezeski gliwickiego oddziału Polskiego Czerwonego Krzyża.


Galeria

wstecz

Komentarze (1) Skomentuj

  • Jerzy z ul. Wrocławskiej 2018-03-31 16:29:36
    Pani kierowniczko, nie umniejszając pani zasług pragnę zwrócić jedynie uwagę,że PCK Oddział Gliwice jest placówką polską i należało by wywiesić w oknie siedziby oddziału przy ul.Wrocławskiej w dniach Świąt Państwowych chociaż by malutkiej polskiej flagi narodowej poza tą afirmującą PCK. Sąsiad z drugiej strony ulicy.