Z dr. Bogusławem Traczem, historykiem z katowickiego oddziału IPN o odkryciu zapisków z Gliwic z 1945 r., wydanych przez Muzeum w Gliwicach jako "Dziennik dla Rosemarie", rozmawia Małgorzata Lichecka.  


Trudno było odczytać listy do żony, a potem dziennik, Wolfganga Roensberga, niemieckiego lekarza ze szpitala miejskiego przy ówczesnej Friedrichstrasse, dziś Kościuszki? 

Nie byłem tłumaczem, a jedynie recenzentem gotowego już opracowania wersji polskojęzycznej. Ponieważ jednak doktor Sebastian Rosenbaum konsultował się ze mną w kwestiach merytorycznych, jak i dzielił się spostrzeżeniami w trakcie tłumaczenia, mogę zaświadczyć, że odczytanie tych zapisków nie było sprawą prostą.  Po pierwsze, Wolfgang Rönsberg był lekarzem, a dobrze wiemy co oznacza określenie „lekarski styl pisma”. I choć w pierwszej połowie XX wieku większość wykształconych ludzi pisała znacznie staranniej niż dzisiaj (w dzieciństwie w szkołach powszechnych obowiązkowo uczono kaligrafii), to jednak z biegiem lat indywidualne cechy pisma brały górę. 

Tak było i w tym przypadku. Ponadto autor zapisków zasiadał do pisania najczęściej późnym wieczorem albo w nocy, przy słabym świetle, często po całym dniu wyczerpującej pracy lekarza. Pisał piórem, na marnej jakości zeszytowym papierze, który chłonął atrament jak gąbka, a ten tu i ówdzie rozlewał się, co spowodowało, że fragmenty stały się mało czytelne. Do tego należy dodać uszczerbki rękopisu, który ponad 60 lat przeleżał na jętce, tuż pod dachówkami. Latem, kiedy słońce nagrzewało dach, w miejscu, gdzie znajdowały się zapiski robiło się gorąco jak w piekarniku. I to właśnie warunki atmosferyczne spowodowały, że część zapisków jest dziś nie do odczytania. Papier w niektórych miejscach całkowicie zmienił kolor, a często również wykruszył się. Są to niestety zamiany nieodwracalne. 

Wolfgang Roensberg zdarzył się panu i dr Sebastianowi Rosenbaumowi przypadkiem. Gdyby nie gest infułata być może nigdy nikt by się o tej relacji nie dowiedział. Ale dręczy mnie pytanie: dlaczego infułat czekał tak długo?

Niektórzy mówią, że tak naprawdę przypadków nie ma. Być może i tak było tym razem. Ksiądz infułat przekazując nam do skopiowania ów rękopis z pewnością zdawał sobie sprawę, że będąc zawodowymi historykami, nie schowamy go do szuflady na kolejne 60 lat. No i wreszcie to nie infułat zwlekał. Dużo czasu zajęło ustalenie podstawowych faktów. Kiedy doktor Sebastian Rosenbaum zaproponował przetłumaczenie i opracowanie tego tekstu, a dyrektor muzeum Grzegorz Krawczyk przychylił się do propozycji wydania go drukiem, należało po pierwsze ustalić kto jest autorem tych zapisków.Przecież one nie mają ani strony tytułowej z imieniem i nazwiskiem, ani żadnego opisu. 

Wskazówki do rozwiązania tej zagadki były ukryte w tekście. Kiedy już Sebastianowi udało ustalić się, jak nazywał się autor, nastąpił czas żmudnych poszukiwań doktora Rönsberga lub kogoś z jego rodziny. Choć było to mało prawdopodobne, jednak przecież niewykluczone, że doktor Rönsberg żyje gdzieś w Niemczech, albo jego żona, do której pisał listy lub dzieci, które mogły sobie nie życzyć opublikowania tych, bądź co bądź, prywatnych zapisków. Ponadto prawa autorskie są niezbywalne, a to przecież Rönsberg, a nie Rosenbaum czy Tracz był autorem listów i dziennika. To nie jest tak, że historyk ma bezwzględne prawo do dysponowania tego rodzaju źródłami. Pewne kwestie należy bezwzględnie ustalić przed wydaniem. A to wymagało czasu.  

W jaki sposób odkrywali panowie losy doktora i co było w tym najtrudniejsze? 

Ustalenie losów doktora Rönsberga to zasługa tłumacza i redaktora w jednej osobie. To dzięki kompetencjom językowym i umiejętnościom zawodowym doktora Rosenbauma wiemy, kim był autor tych zapisków i jakie były jego powojenne losy.  Identyfikacja autora stała się możliwa dzięki jednemu epizodowi, który opisał Rönsberg. Na początku kwietnia 1945 roku wraz z sowieckim oficerem pojechał do Opola i tam odwiedził splądrowane mieszkanie teściów - dom rodzinny żony. Była to willa opolskiego drukarza i wydawcy Herberta Raabego. Poszukiwania genealogiczne w internecie pozwoliły na ustalenie, że Rosemarie Raabe po mężu nazywała się Rönsberg. 

Teraz trzeba było ustalić lekarza z Gliwic o nazwisku Rönsberg, co nie było prostym zadaniem, gdyż nie występował ani w gliwickich książkach adresowych, ani nie pojawił się w aktach dotyczących rodziny Raabe, znajdujących się w Archiwum Państwowym w Opolu. Pomocna okazała się kwerenda w miesięczniku „Gleiwitzer-Beuthener-Tarnowitzer Heimatblatt”. To gazeta dla byłych mieszkańców Gliwic, Bytomia i Tarnowskich Gór, mieszkających w Niemczech, która ukazuje się od 1950 roku. Zwłaszcza jej pierwsze roczniki wypełnione są tysiącami informacji o losach mieszkańców tych miast (i miejscowości powiatów bytomskiego, gliwickiego, tarnogórskiego), którzy po 1945 roku i w następnych dekadach znaleźli się w Niemczech Zachodnich. Wertując kolejne numery z lat pięćdziesiątych, doktor Rosenbaum natknął się wreszcie na nazwisko doktora Wolfganga Rönsberga oraz wzmiankę o tym, że po opuszczeniu Gliwic osiadł w München-Gladbach (od 1960 roku Mönchengladbach), w rejencji Düsseldorf, w późniejszym kraju związkowym Nadrenia Północna-Westfalia. 

Chirurg opisuje sytuację w mieście w różnych kontekstach: wyprawy na dworzec do wagonów  z aparaturą, okradanie aptek z lekarstw dla jego pacjentów, ale też zachowania Rosjan i Polaków i to w stosunku do siebie i do Niemców. Ta pierwsza relacja pokazuje wrogość - nie propagandowo wciskaną przyjaźń, a Roensberg pisze często wprost, że Iwany, choć brudne i obszarpane byli często bardziej w porządku niż wypomadowani Polacy. 

Dla historyka to żadne zaskoczenie. Kiedy w styczniu 1945 r. Armia Czerwona zajęła Gliwice nie było jeszcze przesądzone, że miasto, jak i cały Górny Śląsk, znajdzie się w granicach Polski. Wciąż trwała wojna. Rozpoczęła się okupacja wojskowa. Władzę sprawowała Komendantura Wojenna Armii Czerwonej oraz NKWD. Po pierwszych dniach terroru i szoku wywołanego brutalnym zajęciem miasta, a następnie internowaniem i wywózką mężczyzn, nastąpił ponad miesiąc samodzielnych rządów Armii Czerwonej. Czerwonoarmiści będący panami życia i śmierci mieszkańców, musieli sobie jakoś poukładać relacje z pozostałymi w mieście mieszkańcami. Potrzebowali pomocy do pracy na zapleczu frontu, obsługi szpitali, demontażu urządzeń i infrastruktury przemysłowej. Zależało im na utrzymaniu względnego spokoju w strefie przyfrontowej. 

I nagle, w drugiej połowie marca, pojawiają się Polacy, z roszczeniami, z glejtami wystawionymi przez rząd w odległej Warszawie, które często dla oficerów sowieckich mają wartość papieru toaletowego. Polacy domagali się zwolnienia przez wojsko budynków użyteczności publicznej, zaprzestania demontażu infrastruktury przemysłowej, podzielenia się władzą. To konflikt interesów. Nie powinno zatem dziwić, że sowieccy oficerowie, jak i nawet szeregowi żołnierze nie pałali do Polaków zbytnią sympatią i często lepiej dogadywali się z Niemcami.  

„(...) W następnych dniach masa pracy. Rosyjscy jeńcy, Żydzi wszystkich narodów z Auschwitz. To, co nam opowiadali, nie było piękne” - czytamy przy dacie 19 lutego 1945 r. Lekarz nie wiedział czy udawał, że nie wie, co działo się w obozach koncentracyjnych? 

Nie wiemy i nigdy się nie dowiemy, co naprawdę wiedział i myślał w lutym 1945 roku doktor Rönsberg. Zapiski z dziennika pozostają jedynym źródłem i na tym musimy poprzestać. Wszystko ponadto to już interpretacje i spekulacje. Warto jednak uważać, aby nie popełnić błędu interpretowania tych zapisków z naszego punktu widzenia, z naszą wiedzą, świadomością i całym bagażem lektur i filmów o zbrodniach wojennych, Holocauście i wszystkich tragicznych wydarzeniach II wojny światowej. Zwłaszcza pod koniec wojny w prywatnych rozmowach, również w Gliwicach, coraz więcej mówiło się o tym co działo się w obozach koncentracyjnych, ale wiele informacji funkcjonowało na zasadzie niesprawdzonej plotki. 

Przecież nie pisano o tym w gazetach ani nie nadawano na ten temat audycji w radio. A dobrze wiemy jak jest z plotkami – w jedne chętnie wierzymy, inne traktujemy jako nieprawdziwe. Dlatego tak naprawdę dla wielu gliwiczan pierwszym namacalnym dowodem niemieckich zbrodni było dopiero zetknięcie się z więźniami, którzy w styczniu 1945 roku przeszli przez miasto podczas tzw. marszu śmierci, czy też – jak w przypadku doktora Rönsberga – spotkanie się z nimi osobiście, kiedy niektórzy z nich, wycieńczeni trafili do gliwickich szpitali.

Co się stało z chirurgiem i jego rodziną po wyjeździe/ucieczce z Gliwic? 

Po wysiedleniu z Gliwic doktor Rönsberg osiadł w Mönchengladbach gdzie otworzył prywatną praktykę urazową. Pracował w swoim fachu jako lekarz specjalista w dziedzinie chirurgii. Małżeństwo z Rosemarie Raabe nie przetrwało. Ożenił się ponownie z Gerdą - pielęgniarką pracującą w jego praktyce lekarskiej. Nie mieli dzieci. Zmarł 19 maja 1993 roku. 

Bogusław Tracz
Doktor nauk humanistycznych, historyk zawodowo związany z katowickim oddziałem Instytutu Pamięci Narodowej (wcześniej z Muzeum w Gliwicach), autor wielu artykułów, publikacji i książek z historii najnowszej Śląska oraz Gliwic, wystaw prezentowanych w gliwickim muzeum. W 2020 r. otrzymał nagrodę prezydenta miasta w dziedzinie ochrony kultury – za całokształt działalności. Jego książka, „Gliwice. Biografia Miasta”, to bestseller wydany przez Muzeum w Gliwicach.

Książkę, w cenie 30 zł, nabyć można w muzealnej Naszej księgarni, a także w księgarni KAWKA przy ul. Siemińskiego 11. 

wstecz

Komentarze (1) Skomentuj

  • Bywalec hosteli 2021-02-20 09:14:23
    A tak naprawdę to o czym jest ten artykuł ??? O dobrym Niemcy, który sobie potem zmarł no i w między czasie sobie coś napisał do końca nie wiadomo co , bo nie czytelne . ????