Z dr. Bogusławem Traczem, historykiem z katowickiego oddziału IPN, rozmawia Małgorzata Lichecka.  
Jakie miał pan oceny z historii i czy w czasach szkolnych interesował się pan nią? 

Akurat z historii miałem dobre, choć rzadko kiedy piątki. Generalnie lepiej odnajdowałem się w przedmiotach humanistycznych niż ścisłych czy przyrodniczych, choć uważam tego rodzaju podział za całkowicie niedorzeczny. Humanista powinien znać tabliczkę mnożenia, a matematykowi nie zaszkodzi lektura „Konrada Wallenroda”. W każdym razie na pewno bliżej mi było do historii niż fizyki, z którą zawsze miałem pod górkę. 

A korzenie, lwowskie czy śląskie? I czy to ma jakieś znaczenie dziś dla osoby zawodowo zajmującej się historią? 

Nie miałem dziadka w Wehrmachcie. Rodzina taty to Drohobycz i Lwów, zaś mamy to mieszanka poznańsko-krakowska. Konglomerat zupełnie nie śląski. W domu pielęgnowało się polskie zwyczaje. Śląskość jako sfera mentalna, ów cały świat śląskich wyobrażeń – to wszystko długo było mi zupełnie nieznane. Historyk powinien dążyć przede wszystkim do poprawności metodologicznej, warsztatowej, nie zważając na swoje korzenie, związki rodzinne czy miejsce zamieszkania. To oczywiście postulat idealistyczny. Paradoksalnie zajmowanie się tematyką bliską emocjonalnie często utrudnia badania, zamiast je ułatwiać. Uważam, że w odtwarzaniu przeszłości niezwykle ważny jest dystans do opisywanych wydarzeń. Emocje są najczęściej złym doradcą.
 
Wiem też, że był pan niepokornym uczniem. 

Byłem nadpobudliwym dzieckiem, z dużą wadą wymowy. Szkoła w czasach mojego dzieciństwa nie była przyjaznym miejscem dla takich uczniów. Ponieważ człowiek instynktownie unika tego, co sprawia mu ból, szybko zacząłem omijać szkołę. Podstawówkę jakoś przeszedłem, w liceum zaczęły się schody: powtarzałem drugą klasę, w czwartej wyrzucili mnie – pół roku przed maturą. Egzamin dojrzałości zdałem w liceum dla pracujących, które, nota bene, bardzo dobrze wspominam.

Wiele osób twierdzi, że historia to w sumie nudna dziedzina, co jest nieprawdą. Jak pan odkrył swoje fascynacje i co pomogło? 

Zawsze dużo czytałem. Książki dawały ucieczkę od problemów codzienności, a jak się chodziło ciągle na wagary, to każdy dzień był problemem. Szybko porzuciłem literaturę dziecięcą na rzecz „dorosłych” książek. Lektur historycznych było wśród nich sporo. Poza tym miałem szczęście do bardzo dobrych nauczycielek. Zwłaszcza w podstawówce, gdzie moją wychowawczynią i nauczycielką historii była Joanna Januszewska – świetna historyczka, dziś profesor Uniwersytetu Śląskiego. 

Gliwice z przeszłości, nawet tej prehistorycznej, zna pan na wylot, przez prawie pięć lat pracował nad biografią miasta. Jakich odkryć pan dokonał? 

„Biografia miasta” to synteza, a nie monografia stricte badawcza. Własnych odkryć jest w niej też oczywiście sporo, ale nie są na tyle spektakularne, by poświęcać im czas i miejsce. Pod tym względem bardziej odkrywcza była moja pierwsza książka o roku 1945 w Gliwicach.

Ma pan pewnie ulubione historyczne miejsca w mieście?

Kościół pw. Wszystkich Świętych. Najstarszy w obrębie historycznego miasta. Szkoda, że ta właśnie świątynia nie została gliwicką katedrą. 

Długa lista książek i artykułów poświęconych historii najnowszej, także jej postaciom – ikonicznym, jak Jerzy Ziętek i kontrowersyjnym, jak Lola Potok, komendantka więzienia w Gliwicach, prawa ręka Salomona Morela. Dlaczego dzieje najnowsze są dla pana tak frapujące, mogą być przecież na swój sposób „niebezpieczne” – wiele osób żyje i pamięta. 

Dzieje najnowsze najmocniej przekładają się na dzień dzisiejszy, a granica między tym, co historyczne a współczesnością jest w nich najbardziej płynna. Poza tym XX wiek w każdym z nas odcisnął swoje piętno. Dwie wojny światowej, wielomilionowe migracje i przesiedlenia, czasy PRL – to dziś już przeszłość, którą warto i należy opisywać, nawet jeśli wciąż jeszcze dzieli nas ów niewielki dystans. Z jednej strony to utrudnienie, z drugiej jednak mamy jeszcze szanse skonfrontować nasze ustalenia ze świadkami epoki. Badacze wcześniejszych okresów nie mają już tej możliwości. 

Jak wygląda warsztat historyka i czego absolutnie historyk robić nie powinien. 

Czytanie, czytanie i jeszcze raz czytanie. Archiwaliów, gazet z epoki, dzienników, wspomnień, książek, artykułów. Trzeba mieć dobry wzrok i wygodne krzesło. Historyk przede wszystkim nie powinien kłamać oraz pomijać faktów, które nie pasują mu do założonej tezy. 

Jaki etap badań jest najbardziej fascynujący, a jaki najnudniejszy?

Fascynujący jest zawsze początek. Nowy temat to nieznane źródła, często nieprzetarte jeszcze szlaki i zaskakujące tropy. Pisanie jest już mniej ciekawe. Najnudniejszy oczywiście koniec, kiedy trzeba kolejny raz przeczytać maszynopis, zrobić indeksy, wykaz źródeł, bibliografię. 

Która z książek napisanych przez pana ma szczególne znaczenie i dlaczego. I czy jest postać, wydarzenie, które chciałby pan wziąć na warsztat? 

Najbardziej cenię sobie moją monografię ruchu hipisowskiego w Polsce w czasach PRL. Spędziłem na tych badaniach ponad 7 lat i jest to również pod względem metodologicznym najbardziej poprawna z moich książek, choć oczywiście nie wolna od błędów. Chciałbym dokończyć książkę o narkomanii w powojennej Polsce – nad tym już od paru lat pracuję – i napisać kolejną o życiu codziennym na Górnym Śląsku w latach 70. XX wieku. Co wyjdzie z tych planów, zobaczymy. Pandemia spowodowała, że archiwa i biblioteki znów są zamknięte. To nie jest dobry czas na prowadzenie badań. 

Pasje Bogusława Tracza, czyli co poza historią? 

Jestem raczej domatorem. Rodzina, dom, najbliżsi – temu staram się poświęcać czas poza pracą. Lubię podróżować, jednak bieżący rok, siłą rzeczy, nie sprzyja tego rodzaju aktywności. 

Bogusław Tracz: 
Doktor nauk humanistycznych, historyk zawodowo związany z katowickim oddziałem Instytutu Pamięci Narodowej (wcześniej z Muzeum w Gliwicach), autor wielu artykułów, publikacji i książek z historii najnowszej Śląska oraz Gliwic, wystaw prezentowanych w gliwickim muzeum. W 2020 r. otrzymał nagrodę prezydenta miasta w dziedzinie ochrony kultury – za całokształt działalności. Jego najnowsza książka, „Gliwice. Biografia Miasta”, to bestseller wydany przez Muzeum w Gliwicach.
wstecz

Komentarze (4) Skomentuj

  • Marian Jabłoński 2020-12-02 18:10:50
    Mnóstwo wiedzy historycznej zyskałem od Pana - dziękuję. Mój kontakt z historią zaczął się w technikum. Zawsze na trójach, bo wkurzała mnie historia np. rewolucji francuskiej, imiona królów i ich żon, polityka i takie tam inne "głupoty" które kazano mi wkuwać na pamięć. Długo potem, szukałem ze względów rodzinnych informacji o wojennych i tuż-powojennych losach miasta . Akurat ukazała się Pana książka "Rok ostatni, rok pierwszy". W muzeum na spotkaniu poprosiłem o autograf na niej, napisał Pan "Gliwiczaninowi - autor". No i zaczęło się pielęgnowanie tej gliwickiej przygody z historią.
  • Michał 2020-12-07 23:10:03
    Jestem młodszym kolegą z VLO. Pamietam, ze nie mogłem zrozumieć dlaczego pozbywają się takiego człowieka ze szkoły. Nikt nie miał wątpliwości, ze jesteś ponadprzeciętny, przykro mi to mówić, ale ta szkoła nie lubiła takich ludzi. Jak na złość miała ich całkiem sporo i to oni tak naprawdę zbudowali jej legendę tamtych czasów.
  • Ola 2020-12-08 11:27:23
    Tak -> p. Asia Januszewska to wspaniały pedagog. Mieliśmy dużo szczęścia, że zgodziła się nami zaopiekować.
  • Pawel A. 2020-12-20 23:24:39
    Pozdrawiam