Z dr. Bogusławem Traczem, historykiem, pracownikiem naukowym Biura Badań Historycznych Instytutu Pamięci Narodowej w Katowicach, rozmawia Małgorzata Lichecka.
Ostatnie tygodnie sierpnia 1939 roku. Czy był to szczególny czas dla mieszkańców Gleiwitz? Jak wyglądała codzienność i czy wyczuwano zbliżającą się wojnę. A może propaganda skutecznie utrzymywała pozory normalności?
Wojny raczej nie wybuchają z dnia na dzień. Chociaż rozpoczęcie działań militarnych najczęściej ma gwałtowny i zaskakujący charakter, zazwyczaj poprzedza go dłuższy proces narastania napięć i sprzeczności między stronami konfliktu. Nie inaczej było w 1939 roku. Niemiecka agresja na Polskę rozpoczęła się 1 września 1939 roku nagłym uderzeniem, lecz na pewno nie była całkowitym zaskoczeniem. Poprzedził ją trwający od jesieni 1938 roku proces narastania napięcia w stosunkach między Polską a Trzecią Rzeszą, obejmujący eskalację niemieckich żądań terytorialnych, presję dyplomatyczną, przygotowania wojskowe i kampanię propagandową. Latem 1939 roku atmosfera polityczna w stosunkach polsko-niemieckich była już tak napięta, że nieuchronnie zbliżająca się wojna była w Gliwicach tematem numer jeden. Coraz rzadziej zadawano sobie pytanie, czy w ogóle wybuchnie, tylko kiedy to nastąpi. Pracownicy służb miejskich i dozorcy byli regularnie wzywani na ćwiczenia obrony przeciwlotniczej, a na ścianach klatek schodowych pojawiły się tablice informujące o osobach odpowiedzialnych za jej organizację. O tym, że wojna była coraz bliżej, świadczyły również problemy z aprowizacją, po raz pierwszy tak dotkliwe od chwili przejęcia władzy przez nazistów w 1933 roku. Przed sklepami coraz częściej ustawiały się kolejki. Latem 1939 roku wprowadzono reglamentację niektórych artykułów żywnościowych oraz paliwa. Jednak przede wszystkim o tym, że zbliża się wojna świadczyła militaryzacja zakładów przemysłowych, do pilnowania których skierowano wojsko oraz fakt, że na ulicach miasta coraz częściej można było spotkać mężczyzn w mundurach, spacerujących samotnie lub grupkami. W sierpniu 1939 roku do Gliwic skierowano żołnierzy 239 Dywizji Piechoty, w której skład wchodziły trzy pułki piechoty, oraz jednostki dywizyjne: pułk artylerii, batalion saperów, oddział rozpoznawczy, oddział łączności oraz oddział obrony przeciwpancernej. Dodatkowo do zabezpieczenia granicy z Polską skierowano do miasta oddziały 68. Pułku Straży Granicznej. Tak silnego nasycenia wojskiem nie było w Gliwicach nawet w 1914 r., tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej. To wszystko powodowało, że większość mieszkańców zdawała sobie sprawę z powagi sytuacji, a postawy jak zwykle w takich sytuacjach były zróżnicowane. Huraoptymistyczna propaganda bynajmniej nie była przyjmowana bezkrytycznie. Dominowały raczej niepokój, wyczekiwanie i obawa przed powtórzeniem tragicznych doświadczeń Wielkiej Wojny 1914–1918. Oczywiście część mieszkańców, na pewno ulegała wszechobecnej propagandzie. Liczono przede wszystkim na rewizję granicy z 1922 roku. Jednak takie postawy współistniały ze strachem przed działaniami wojennymi, niepewnością o los najbliższych, zwłaszcza mężczyzn powołanych do służby w armii i poczuciem zagrożenia wśród ludności polskiej, gliwickich Żydów oraz osób nieidentyfikujących się jednoznacznie z niemieckim nacjonalizmem.
Jak wyglądał polityczny układ sił w mieście? Czy rządzący byli wtajemniczeni w akcję prowokacyjną?
W 1939 roku od ponad sześciu lat, miastem niepodzielnie rządzili narodowi socjaliści. Trudno zatem mówić o jakimś układzie sił politycznych. Oczywiście partia nazistowska, jak każda monopartyjna struktura władzy, nie była monolitem i również na poziomie lokalnym istniały w niej różne frakcje i podziały, ale były one raczej niewidoczne z zewnątrz i nie przekładały się na życie mieszkańców. Nie istniała samorządność, w dzisiejszym rozumieniu. Instytucje samorządowe od 1933 roku były fasadowe i w zasadzie ograniczone do bycia gremium doradczym nazistowskiego nadburmistrza (dziś byśmy powiedzieli prezydenta) Josefa Meyera. Odsunięto od władzy i pozbawiano realnych wpływów w mieście ludzi, którzy stali na czele władz miejskich i kierowali miejską administracją w latach 1919–1933, w większości członków lub sympatyków katolickiej Partii Centrum. Nielicznym udało się pozostać na stanowiskach, nie tyle ze względu na poglądy, co umiejętności i kompetencje. Kolokwialnie mówiąc naziści mieli „krótką ławkę”, dlatego m.in. pozostawiono Karla Schabika na stanowisku miejskiego radcy budowlanego, ale jego możliwości decyzyjne zostały znacznie ograniczone. W 1939 roku władza nazistów w Gliwicach, podobnie jak w całej Rzeszy, była już ugruntowana i niepodzielna. Rządzący miastem umiejętnie wykorzystywali niewątpliwe sukcesy do kreowania i ocieplania swojego wizerunku. Przede wszystkim chwalono się nowymi inwestycjami – zarówno tymi już zrealizowanymi, jak i dopiero co rozpoczętymi i planowanymi. Zmodernizowane lotnisko, odnowiony szpital miejski, budowa nowoczesnego kanału transportowego i autostrady, czy właśnie nowa stacja przekaźnikowa radia, to były niewątpliwe sukcesy, które przedstawiano jako dowód skuteczności polityki władz. Do 1939 roku udało się w zasadzie zwalczyć bezrobocie i poradzono sobie z problemami mieszkalnymi, co na pewno przysporzyło rządzącym sporo zwolenników. Nie oznacza to jednak, że wszyscy Gliwiczanie byli nazistami. Zaporą dla nazyfikacji było przede wszystkim przywiązanie Gliwiczan, w większości będących katolikami, do tradycyjnych, konfesyjnych struktur społecznych. Z raportów samej NSDAP wynika, że miejscowi naziści traktowali Kościół katolicki jako poważnego konkurenta ideologicznego. Wracając zaś do wątku prowokacji, była ona zrealizowana, zgodnie z podręcznikową zasadą działania służb specjalnych, które nie informują lokalnych władz tylko dlatego, że operacja odbywa się na ich terenie. Wtajemnicza się wyłącznie tych, których udział jest niezbędny. W przypadku akcji typu false flag jest to szczególnie ważne. Jeżeli burmistrz, jego zastępcy, komendant policji, kierownik radiostacji, lokalni działacze partyjni itd. wiedzieliby wcześniej, że napad będzie sfingowany, gwałtownie wzrosłoby ryzyko przecieku i dekonspiracji. Nie ma znanych mi dowodów, aby nadburmistrz Gliwic Josef Meyer lub inni przedstawiciele władz miejskich zostali wcześniej poinformowani o przygotowywanej prowokacji. Przeciwnie, charakter operacji i zachowane relacje wskazują, że jej organizatorzy świadomie pomijali cywilne władze lokalne, ograniczając krąg wtajemniczonych do funkcjonariuszy SD, Gestapo oraz tych przedstawicieli aparatu policyjnego, których udział był konieczny ze względów technicznych.
A mieszkańcy? Czy wierzyli w oficjalną narrację Berlina o „polskim zagrożeniu” i rzekomych prowokacjach ze strony sąsiada?
Częściowo tak, ale nie powiedziałbym, że mieszkańcy Gliwic czy niemieckiego Górnego Śląska po prostu „uwierzyli propagandzie”. Bardziej trafne jest stwierdzenie, że wiosną i latem 1939 roku propaganda trafiła na podatny grunt, dzięki czemu znaczna część ludności akceptowała narrację, iż Polska jest państwem wrogim, prowokacyjnym i stanowi zagrożenie dla Niemiec. Nie wynika z tego jednak, że mieszkańcy wierzyli w każdy komunikat o rzekomych polskich napadach, a tym bardziej, że chcieli wojny. Od wiosny 1939 roku, a szczególnie w sierpniu, niemiecka prasa i radio niemal codziennie informowały o prześladowaniach Niemców w Polsce, rzekomych polskich „okrucieństwach”, naruszeniach granicy i agresywnych zamiarach Warszawy. Była to świadomie sterowana kampania propagandowa. Instrukcje dla prasy i radia nakazywały na pierwszy plan wysuwać „polski terror” i formułować doniesienia w sposób możliwie mocny, aby wywoływały oburzenie. Umiejętnie wykorzystywano istniejące w części społeczeństwa antypolskie resentymenty. Większość niemieckich mieszkańców postrzegało podział regionu w 1922 roku za krzywdzący, a pamięć powstań śląskich i plebiscytu była jeszcze świeża. Gliwice znajdowały się kilka kilometrów od Polski. Mieszkańcy widzieli koncentrację wojska, wzmożony ruch policyjny, budowę umocnień nadgranicznych, stawianie zapór i zasieków. To wszystko sprawiało, że opowieść, iż „na granicy dzieje się coś niebezpiecznego” mogła być przyjmowana jako prawdziwa. Nie oznaczało to jednak ani bezkrytycznej wiary we wszystkie doniesienia propagandowe, ani powszechnego poparcia dla wojny
Budynek radiostacji nie stał na pustkowiu. Czy mieszkańcy okolicznych domów słyszeli strzały lub widzieli ludzi Naujocksa? Jak szybko w mieście rozeszły się informacje o tym, co się wydarzyło?
Radiostacja przy Tarnogórskiej rzeczywiście nie stała w szczerym polu. Przy samej stacji przekaźnikowej znajdowały się dwa budynki mieszkalne dla rodzin pracowników. Brama wjazdowa na teren radiostacji była bezpośrednio przy chodniku, a droga była normalnie uczęszczana. W niewielkiej odległości znajdowały się również domy mieszkalne. Przeprowadzenie operacji około godziny dwudziestej stwarzało realne niebezpieczeństwo zauważenia ludzi Naujocksa przez osoby postronne. Wszystko jednak wskazuje na to, że widziały ich przede wszystkim osoby związane z radiostacją. Mieszkańcy okolicznych domów zauważyli, że coś się wydarzyło dopiero jak na miejsce dotarła policja kryminalna i Gestapo, ale wtedy Naujocks i jego ludzie już odpoczywali w hotelu. Co zaś tyczy się wystrzałów z broni palnej, to Naujocks zeznał po wojnie, że po nadaniu komunikatu oddano „kilka strzałów z pistoletów”. Jednak w tym przypadku należy być ostrożnym, gdyż miał on skłonność do konfabulacji. Z zeznań i relacji personelu radiostacji wynika jednoznacznie, że usłyszeli jeden strzał wewnątrz budynku. Był to zapewne odgłos wystrzału, którym odebrano życie Honiokowi. Nie ma również pewności, czy komunikat o rzekomym zajęciu radiostacji przez polski oddział rzeczywiście został nadany. W tej kwestii zarówno relacje świadków, jak i analiza możliwości technicznych urządzeń przekaźnika, nie dają nam jednoznacznej odpowiedzi. Andrzej Jarczewski, autor popularnych opracowań o historii radiostacji, przez lata twierdził, że za pomocą mikrofonu burzowego udało się nadać dziewięć słów rozpoczynających się od „Uwaga, tu Gliwice…”. Co więcej, uważał, że „nadane słowa miały taki sam zasięg jak każda inna audycja emitowana przez radiostację w Gliwicach”, dodając, że nie było żadnego „zapasowego słabszego nadajnika” ani „niepełnowartościowego mikrofonu” i że aparatura działała prawidłowo. Natomiast do przeciwnych wniosków doszedł Henryk Berezowski, emerytowany pracownik Muzeum Techniki w Warszawie i autor wydanej w 2024 roku monografii „Radiostacja Gliwice”, który na podstawie analizy aparatury technicznej i działania napastników, stwierdza, że nie udało im się przeprowadzić transmisji i w eter nie został wysłany żaden komunikat, a w odbiornikach radiowych co najwyżej dało się usłyszeć lekkie buczenie, trzaski i zakłócenia, ale na pewno nie odezwę w języku polskim. I tu pojawia się problem, bo im bliżej naszych czasów, tym więcej relacji mówi jednak o usłyszeniu komunikatu. Myślę, że mamy w tym przypadku do czynienia z wtórnym nałożeniem narracji na pamięć świadków. Następnego dnia w niemieckiej prasie pojawiła się informacja, że „polscy napastnicy” wygłosili odezwę. Po wojnie historia o polskim komunikacie stała się integralnym elementem opowieści o prowokacji, obecnym w książkach, filmach i artykułach prasowych. Ja skłaniam się do wersji Berezowskiego, że nie udało się nadać komunikatu. Znamienne jest zresztą, że propaganda niemiecka nie uczyniła z tego faktu centralnego casus belli. Owszem gazety szeroko informowały o „polskim napadzie” na radiostację, ale Hitler w słynnym przemówieniu w Reichstagu 1 września 1939 roku nie wymienił Gliwic z nazwy, a jedynie ogólnie odniósł się do rzekomych naruszeń granicy przez polskie oddziały i wypowiedział słynne „od godziny 5.45 odpowiadamy ogniem”. Należy w tym miejscu podkreślić, że tzw. prowokacja gliwicka była jednym z szeregu sfingowanych incydentów granicznych, które miały stworzyć wrażenie, że Niemcy nie atakują Polski bezpodstawnie, a jedynie odpowiadają na polską agresję.
Dlaczego to właśnie Radiostację w Gleiwitz wybrano jako cel ataku, a nie inne obiekty przygraniczne?
Gliwicka Radiostacja bynajmniej nie była jedynym obiektem przygranicznym, który wybrano w celu zainscenizowania „polskiego” napadu. Tego samego wieczoru zostały upozorowane m.in. „polskie” zamachy na niemiecki urząd celny w Hochlinden (Stodołach) oraz leśniczówkę w Pitschen (Byczynie). Kiedy na początku sierpnia 1939 roku Reinhard Heydrich dokonał rekonesansu na Górnym Śląsku, zaakceptował właśnie te miejsca. Gliwice miały jednak pełnić w tym zestawie szczególną funkcję propagandową. Radiostacja pozwalała nie tylko upozorować napaść, ale także „dać głos napastnikom”. Napad na urząd celny czy leśniczówkę można było co najwyżej przedstawić jako kolejne naruszenie granicy. Radiostacja dawała coś więcej. Rzekomi polscy napastnicy mieli sami, własnym głosem, ujawnić swoją tożsamość i swoje zamiary. Warto w tym miejscu wspomnieć, że w 1932 roku w Niemczech ukazała się książka pióra Hansa Nitrama „Uwaga! Tu Radio Marchii Wschodniej!”, z wymownym podtytułem „Polskie oddziały przekroczyły dziś w nocy granicę wschodniopruską”. Powieść utrzymana w konwencji zbeletryzowanego, fikcyjnego reportażu, spotkała się z zainteresowaniem czytelników, a oprócz wydania książkowego, drukowano ją w cotygodniowych odcinkach w kilku gazetach wschodniopruskich oraz na łamach wrocławskiej „Schlesische Zeitung”. Trudno powiedzieć, czy czytali ją autorzy planu sfingowanego napadu polskiego oddziału na niemiecką radiostację w Gliwicach wieczorem 31 sierpnia 1939 r. Analogie w tym przypadku są jednak zastanawiające. Ponadto wybór Gliwic nie był przypadkowy także ze względu na historię radiofonii na podzielonym Górnym Śląsku i jej znaczenie w polsko-niemieckiej rywalizacji propagandowej. Od lat dwudziestych trwała polsko-niemiecka „wojna w eterze”. Gliwicki nadajnik służył m.in. docieraniu z niemieckim programem do odbiorców po polskiej stronie granicy, podczas gdy uruchomiona w 1927 r. silna rozgłośnia Polskiego Radia Katowice nadawała również na niemiecką część Górnego Śląska. Obie strony oskarżały się o propagandę i kierowały skargi dyplomatyczne. Dlatego symbolika sfingowanego napadu akurat w tym miejscu była wyjątkowo czytelna. Polacy mieli rzekomo wtargnąć do jednego z instrumentów niemieckiej propagandy na pograniczu i wykorzystać go przeciwko Niemcom. To było bardziej spektakularne i przekonujące, niż napad na przygraniczną leśniczówkę czy urząd celny. Tym bardziej, że Gliwice były dużym i rozpoznawalnym miastem pogranicznym. Propagandowo była więc zasadnicza różnica między wiadomościami „Polacy zaatakowali leśniczówkę pod Byczyną” a „Polacy zajęli radiostację w Gliwicach”. Innymi słowy informacja o zajęciu radiostacji dużego niemieckiego miasta miała znacznie większy potencjał medialny, niż incydent na odległym posterunku. Wszystko wskazuje na to, że Radiostację wybrano przede wszystkim ze względu na atrakcyjność propagandowego scenariusza, jednak - co zaskakujące - nie przeprowadzano odpowiednio dokładnego rozpoznania technicznego obiektu i nie uwzględniono faktu, że właściwe studia nadawcze znajdowały się w zupełnie innym budynku przy dzisiejszej ul. Radiowej.
Kim byli ludzie, którzy przeprowadzili napad, i w jaki sposób Alfred Naujocks dobrał swoją ekipę?
Zaraz po powrocie do Berlina ze wspomnianego rekonesansu na Górnym Śląsku, Reinhard Heydrich wezwał do siebie jednego ze swoich podwładnych, funkcjonariusza SD SS-Sturmbannführera Alfreda Naujocksa i powierzył mu przygotowanie sfingowanego ataku na gliwicką radiostację. Naujocks miał wówczas 27 lat. Z wykształcenia był technikiem urządzeń medycznych. Członkiem partii nazistowskiej został w 1931 roku, a zatem jeszcze przed objęciem władzy przez Hitlera. Kilka miesięcy później wstąpił w szeregi SS, a od wiosny 1934 r. rozpoczął służbę w SD - organizacji będącej służbą wywiadowczą i bezpieczeństwa, zajmującą się m.in. rozpoznawaniem przeciwników reżimu, zbieraniem informacji i wspieraniem nazistowskiego aparatu represji. Początkowo pracował jako kierowca, jednak szybko awansował, przechodząc do sekcji wywiadu. Jego notowania wzrosły zwłaszcza po udziale w akcji specjalnej na terenie Czechosłowacji, gdzie 23 stycznia 1935 roku w pokoju hotelowym w Pradze wraz z dwójką innych agentów niemieckich służb specjalnych, wziął udział w zamachu na Karla Formisa, niemieckiego działacza opozycyjnego, inżyniera i radiowca-amatora, który z hotelowego pokoju nadawał antynazistowskie audycje, wykorzystując do tego celu samodzielnie zbudowaną krótkofalową stację nadawczą. Powodzenie praskiej operacji przeciwko Formisowi utwierdziło Heydricha w przekonaniu co do umiejętności Naujocksa jako „agenta do zadań specjalnych”. W połowie sierpnia 1939 roku Naujocks otrzymał rozkaz zebrania kilkuosobowej ekipy, opracowania szczegółowego planu i wyjazdu do Gliwic, by tam czekać na sygnał do realizacji zadania. Naujocksowi zakazano kontaktowania się z władzami niemieckimi w Gliwicach, a cała akcja miała być przeprowadzona w taki sposób, by nie wzbudzić niczyich podejrzeń co do jej prawdziwości, zwłaszcza wśród funkcjonariuszy gliwickiej policji i pracowników radiostacji. Do tajemnicy dopuszczono jedynie wyższych funkcjonariuszy Gestapo z Opola i Gliwic, jednak i oni nie wiedzieli wszystkiego. Naujocks dobrał sobie sześciu członków SS i funkcjonariuszy SD, wśród których znajdowali się m.in. kierowca, specjalista techniczny oraz człowiek władający językiem polskim. Większość uczestników została poinformowana o rzeczywistym celu operacji dopiero bezpośrednio przed jej rozpoczęciem. Z Berlina do Gliwic dotarli dwoma samochodami około 15 sierpnia 1939 r. By nie wzbudzać podejrzeń podzielili się na dwie grupy i zamieszkali w osobnych hotelach. Naujocks wybrał dla siebie bardziej luksusowy „Haus Oberschlesien”. Udawali przedsiębiorców, którzy przyjechali na Górny Śląsk w interesach. Zapewne nudzili się niezmiernie, prawie dwa tygodnie odgrywając rolę statecznych biznesmenów i niecierpliwie czekając na rozkaz z Berlina.
Podczas prowokacji bojówkarze zamordowali aresztowanego dzień wcześniej Franza Honioka. Jego śmierć miała być jednym z dowodów, że napad przeprowadzili Polacy – Honiok był obywatelem niemieckim, ale też powstańcem śląskim, który działał na rzecz polskości regionu. Kiedy po raz pierwszy poznano nazwiska ofiar prowokacji?
Elementem planu było pozostawienie na miejscu akcji zwłok jednego z „napastników”, jako namacalnego dowodu rzekomej polskiej agresji. W tym celu Gestapo wytypowało 40-letniego mieszkańca Łubia Franza Honioka. Pochodził z górnośląskiej, polskojęzycznej rodziny. W 1921 roku wraz ze starszym o rok bratem Wilhelmem zgłosił się do polskiego oddziału walczącego w III powstaniu śląskim, jednak prawdopodobnie ze względu na warunki fizyczne (od dziecka miał jedną nogę krótszą i utykał) nie wziął udziału w walkach. Po podziale Górnego Śląska pomiędzy Polskę i Niemcy w 1922 roku opuścił Łubie i wyjechał do części regionu, która znalazła się w granicach Rzeczypospolitej. Zamieszkał w Tarnowskich Górach. Nie odnalazł się jednak w nowym miejscu i już w 1926 roku wrócił w rodzinne strony. Na próbę wydalenia go z terenu Niemiec odpowiedział skargą do Trybunału Rozjemczego ds. Obywateli działającego przy Lidze Narodów. W Genewie zdecydowano, że Honiok ma prawo zachować obywatelstwo niemieckie, ponieważ opuścił kraj czasowo i pod przymusem. Otrzymał z powrotem niemieckie obywatelstwo. W następnych latach nie ukrywał jednak swoich propolskich sympatii. Rozprowadzał polską prasę i był członkiem Związku Polaków w Niemczech. Pracował jako przedstawiciel handlowy w firmie handlującej sprzętem rolniczym. Był odludkiem, nie założył własnej rodziny. To zapewne zwróciło uwagę gestapowców, którzy wybierając ofiarę kierowali się tym, by wybrać taką osobę, której nikt nie będzie specjalnie szukał. Honiok w wolnym czasie, po pracy, zaglądał często do gospody w Łubiu i tam 30 sierpnia 1939 r. został zatrzymany przez funkcjonariuszy Gestapo, którzy zawieźli go do koszar policji w Opolu, gdzie spędził noc. Z jego zatrzymania nie sporządzono raportu. Następnego dnia około południa przewieziono go do więzienia policyjnego w Gliwicach. Odurzonego środkami farmakologicznymi przewieziono pod radiostację, gdzie został zamordowany strzałem z broni palnej. W 1945 roku Naujocks nie znał, albo przynajmniej nie podał, nazwiska ofiary. Również rodzina Honioka przez wiele lat nie wiedziała, że nie żyje. Nie otrzymała oficjalnego zawiadomienia o śmierci, próbowała go odnaleźć, m.in. przez Czerwony Krzyż, a jeden z braci szukał go nawet podczas wojny, sprawdzając, czy nie trafił do obozu koncentracyjnego. To pokazuje, jak skutecznie Gestapo zatarło tę zbrodnię. Jeszcze w 1962 roku Jürgen Runzheimer, autor jednego z pierwszych poważnych opracowań prowokacji gliwickiej, uważał, że człowiekiem pozostawionym w radiostacji był działacz komunistyczny z Bytomia. A więc ponad dwadzieścia lat po wydarzeniu nazwisko ofiary nadal nie było znane. Przełom nastąpił w trakcie dochodzenia prowadzonego w latach sześćdziesiątych w RFN, kiedy śledczy podjęli wcześniejsze tropy dziennikarskie i zidentyfikowali ofiarę. W trakcie śledztwa, w 1966 r. w Hamburgu zmarł Naujocks, a śledztwo umorzono trzy lata później. Pomimo to śledczym udało się odnaleźć i przesłuchać większość żyjących jeszcze osób, w różny sposób zaangażowanych w wydarzenia 31 sierpnia 1939 roku w gliwickiej radiostacji. Ich zeznania oraz zgromadzony materiał dowodowy i dokumenty dostarczyły gruntownej wiedzy na temat tego wydarzenia. To właśnie wówczas udało się ustalić tożsamość Franza Honioka.
Po 1945 roku struktura społeczna Gliwic zmieniła się całkowicie – Niemcy zostali wysiedleni, a do miasta przybyli Polacy, m.in. z Kresów. Jak nowi mieszkańcy Gliwic przez lata PRL-u budowali swoją opowieść o tym wydarzeniu?
Radiostacja długo nie była jakimś szczególnym miejscem pamięci. W pierwszych powojennych latach większość mieszkańców Gliwic nie kojarzyła jej z wydarzeniami 31 sierpnia 1939 roku. Nie była ani pomnikiem historii, ani tym bardziej symbolem Gliwic. Mechanizm prowokacji został ujawniony podczas procesu norymberskiego, kiedy w listopadzie 1945 roku Naujocks złożył obszerne zeznanie, które relacjonowała ówczesna prasa. Jednak budynki radiostacji nie stały się szybko miejscem pamięci. Radiostacja była przede wszystkim czynnym obiektem radiowym. Od 1946 roku nadawano stamtąd program Polskiego Radia Katowice, a następnie wykorzystywano ją do zagłuszania zachodnich rozgłośni radiowych. Dostęp do niej był więc ograniczony. Nikt w tym miejscu nie składał kwiatów, ani nie organizowano żadnych uroczystości rocznicowych. O prowokacji gliwickiej wspominano wyłącznie w prasie. To zaczęło zmieniać się w latach sześćdziesiątych, kiedy prowokację wpisano w obowiązującą w PRL narrację o „zachodnioniemieckim rewizjonizmie i rewanżyzmie”. W 1959 roku nakładem Wydawnictwa Ministerstwa Obrony Narodowej, w propagandowej serii „Druga Wojna Światowa – Bohaterowie, Operacje, Kulisy” od jej logotypu zwanej potocznie „Żółtym Tygrysem” ukazała się niewielka książeczka autorstwa Emila Aleksandra pt. „Tu radio Gliwice”. Jej autor oparł się częściowo na norymberskich zeznaniach Naujocksa, ale przede wszystkim sięgnął do własnej wyobraźni. Popularność tej publikacji (w 1967 r. ukazało się drugie wydanie) doprowadziła do powielenia i utrwalenia wielu nieprawdziwych informacji będących wynikiem ignorancji oraz licentia poetica autora, jak np. twierdzenie o napastnikach ubranych w polskie mundury czy informacja o przyniesionym przez nich własnym mikrofonie. Prowokacja gliwicka coraz bardziej stawała się obecna w kulturze masowej, przede wszystkim za sprawą filmu wyprodukowanego we Wschodnich Niemczech pt. „Der Fall Gleiwitz”, w reżyserii Gerharda Kleina, który jesienią 1961 roku wszedł na ekrany polskich kin pod tytułem „Tu Radio Gliwice”. W tym miejscu warto podkreślić, że część scen kręcono w Gliwicach, tym samym film nadał prowokacji konkretną wizualną formę, w historycznym, oryginalnym otoczeniu. Z roku na rok opowieść o prowokacji stawała się coraz bardziej integralną częścią opowieści o genezie II wojny światowej. Jednocześnie wiele elementów tej narracji było błędnych. Można powiedzieć, że paradoksalnie rozpoznawalność wydarzenia rosła szybciej niż rzetelność wiedzy o nim. Szczególne znaczenie miały kolejne okrągłe rocznice wojny, a Gliwice były coraz częściej prezentowane, obok Westerplatte czy Wielunia, jako miejsce, gdzie „rozpoczęła się wojna”, co oczywiście było nadużyciem. Akcja Naujocksa w Gliwicach miała miejsce około osiem, dziewięć godzin przed wybuchem wojny. Z okazji przypadającej w 1979 r. czterdziestej rocznicy prowokacji gliwickiej i wybuchu II wojny światowej również polska kinematografia postanowiła przenieść na duży ekran wydarzenia, do których doszło 31 sierpnia 1939 r. w Gliwicach. Film zatytułowany „Operacja Himmler” będący fabularną rekonstrukcją przebiegu prowokacji gliwickiej wyreżyserował Zbigniew Chmielewski. Zdjęcia do filmu kręcono w Gliwicach, jak również tutaj, w kinie „Bajka” miał miejsce pokaz przedpremierowy. Niestety obraz Chmielewskiego nie spotkał się z uznaniem widzów oraz krytyków i w zasadzie przeszedł bez echa. Wraz z licznymi publikacjami prasowymi, książkami i filmami tak fabularnymi, jak i dokumentalnymi, pamięć o prowokacji była jednak coraz mocniej obecna. Radiostacja przyciągała turystów i amatorów historii, jednak dostęp bezpośrednio pod wieżę i do miejsca był możliwy tylko dla nielicznych. Budynki oraz okolica wieży były do końca lat pięćdziesiątych strzeżone przez wojsko, a w następnych latach przez milicję i straż przemysłową. Miejsce to było również pod stałą obserwacją Służby Bezpieczeństwa, która monitorowała ten teren ze względu na zainteresowanie radiostacją ze strony mieszkańców Republiki Federalnej Niemiec, których podejrzewano o szpiegostwo i działalność „rewizjonistyczną i rewanżystowską” godzącą w interesy Polski Ludowej. Po 1956 roku pod wieżą zaczęto regularnie organizować uroczystości antywojenne, a w 1964 roku, w 25. rocznicę wojny, rzucono hasło urządzenia w Radiostacji muzeum, co jednak udało się zrealizować dopiero ponad czterdzieści lat później. W latach osiemdziesiątych XX w. temat prowokacji gliwickiej znalazł szersze odbicie w publikacjach. W 1982 roku staraniem Towarzystwa Przyjaciół Gliwic ukazała się trzynastostronicowa broszurka Jadwigi Borowskiej-Szczygieł zatytułowana „Prawda o gliwickiej prowokacji w 1939 r.”, a rok później w serii „Śląskie Epizody Historyczne”, sygnowanej przez Śląski Instytut Naukowy w Katowicach, wydana została książeczka Andrzeja Szefera pt. „Akcja »Tannenberg« - prowokacje hitlerowskie w Gliwicach, Stodołach i Byczynie 31 sierpnia 1939 roku”. Ten sam autor wydał w 1989 roku nakładem Towarzystwa Przyjaciół Gliwic podobną pracę zatytułowaną „Hitlerowska prowokacja w Gliwicach oraz Stodołach i Byczynie 31 sierpnia 1939 roku”. Prace Andrzeja Szefera były pierwszymi na rynku polskim publikacjami, które odwoływały się do ustaleń śledztwa prowadzonego w latach sześćdziesiątych w Republice Federalnej Niemiec. Publicystyczna relacja z ustaleń poczynionych w trakcie tego śledztwa została zaprezentowana po raz pierwszy w wydanej w 1979 roku książce Alfreda Spießa i Heinera Lichtensteina „Unternehmen Tannenberg. Der Anlaß zum Zweiten Weltkrieg”, która doczekała się na rynku niemieckim kilku wydań. Zanim książka ukazała się w księgarniach obszerne jej fragmenty zaprezentował tygodnik zachodnioniemiecki „Der Spiegel”, a niedługo później ich polskie tłumaczenie ukazało się na łamach krakowskiego pisma „Życie Literackie” (w trzech kolejnych numerach w sierpniu i na początku września 1979 roku). Jednak pełne, polskie tłumaczenie całości pt. „Akcja »Tannenberg«. Pretekst do rozpętania II wojny światowej” ukazało się dopiero w 1990 roku. W latach osiemdziesiątych prowokacja była już dobrze zakorzeniona w pamięci Gliwiczan, ale paradoksalnie była lepiej znana, niż sama radiostacja, jako obiekt historyczny. Często mylono dwa gliwickie obiekty radiowe, pomimo, że od końca lat sześćdziesiątych organizowano w tym miejscu manifestacje w kolejne rocznice wybuchu wojny. Jednak pomimo to sam obiekt był niedostępny dla osób postronnych do końca istnienia PRL, a i po upadku komunizmu bynajmniej nie od razu nastąpiła jakaś gwałtowna zmiana. Obszerna „Historia Gliwic” pod redakcją Jana Drabiny wydana w 1995 roku przez Muzeum w Gliwicach w ogóle nie omówiła prowokacji gliwickiej, co świadczy o słabości zainteresowania tym wydarzeniem przez ówczesne lokalne środowisko historyczne. Był to nota bene regres w porównaniu z monografią miasta wydaną w 1976 roku, gdzie wydarzenia tzw. prowokacji gliwickiej zostały omówione w osobnym rozdziale. Dopiero kiedy na początku lat dwutysięcznych miasto przejęło kompleks od Telekomunikacji Polskiej, utworzono tam oddział Muzeum w Gliwicach, jednak początkowo jako „Muzeum Historii Radia i Sztuki Mediów”, co paradoksalnie odsuwało w cień najważniejsze wydarzenie do którego doszło w tym miejscu, przesuwając akcenty z prowokacji na radiofonię. W następnych latach szczęśliwie powrócono do narracji historycznej i mocniej wyeksponowano Franza Honioka jako ofiarę zbrodni. Osobiście uważam, że to miejsce winno łączyć w sobie funkcje miejsca pamięci o prowokacji gliwickiej i zabytku techniki, bez pomijania czy umniejszenia żadnego z tych elementów. Wydarzenia z 31 sierpnia 1939 roku, jak i fakt, że maszt radiostacji Gliwice o wysokości 111,1 metra jest obecnie najwyższą na świecie istniejącą konstrukcją w całości wykonaną z drewna, to niezwykle silne „koła zamachowe” do spopularyzowania tego miejsca i uczynienia go atrakcyjnym, nie tylko dla turystyki industrialnej. Tym bardziej, że coraz większą popularnością cieszy się w ostatnich latach turystyka militarno-historyczna, a gliwicka radiostacja może być unikalnym punktem na mapie takiej aktywności w tej części Europy, gdyż miejsce to łączy w sobie wymiar polityczno-militarny z unikalną zawartością technologiczną. Pamiętajmy, że jeśli w obcojęzycznych syntezach XX wieku, II wojny światowej, dziejach Europy i podręcznikach do historii pojawiają się Gliwice, to wyłącznie w kontekście prowokacji gliwickiej.
Dziś wiedza o tym wydarzeniu jest szeroka, zarówno jeśli chodzi o dokumentację historyczną, jak i działania popularnonaukowe. A może pozostały białe plamy?
Wydarzenia określane mianem prowokacji gliwickiej są już w miarę dobrze rozpoznane na poziomie „wielkiej historii”, ale znacznie słabiej na poziomie lokalnym. Wiemy, kto ją zarządził, jaki był cel, kto dowodził grupą i jaki był zasadniczy przebieg. Natomiast gdy schodzimy do pytań szczegółowych, to okazuje się, że wciąż nie znamy na nie odpowiedzi. Przede wszystkim nie mamy pewności, czy faktycznie udało się nadać komunikat. Pełne niedomówień są również ostatnie godziny życia Honioka. Wiemy już dużo więcej niż jeszcze kilkanaście lat temu, ale nadal dokładnie nie wiadomo dlaczego spośród potencjalnych ofiar wybrano właśnie jego, kto podjął ostateczną decyzję, kto bezpośrednio go zastrzelił oraz przede wszystkim co stało się ze zwłokami. Nie wiemy również co zrobiło Gestapo bezpośrednio po akcji? Tu istnieje wręcz „czarna dziura” źródłowa. Nieznany jest los fotografii wykonanych na miejscu, dokumentacji zwłok Honioka i ewentualnego protokołu oględzin. Nie wiadomo, czy wszystko zniszczono, czy pojedyncze ślady znajdują się jeszcze w jakichś archiwach? W ogóle dzieje gliwickiej radiostacji to materiał przynajmniej na doktorat albo chociaż obszerną monografię, która bardziej niż na kwestiach technicznych skupiłaby się na społeczno-kulturowej i politycznej funkcji tego miejsca. W popularnej narracji powtarza się, że radiostacja gliwicka była tylko przekaźnikiem stacji wrocławskiej. To prawda, ale nie do końca. W budynku przy ul. Radiowej działało studio, w którym nagrywano programy lokalne, gliwickie audycje muzyczne i regionalne. Nasuwa się zatem pytanie, co nadawały Gliwice w latach 1925–1945? Można by policzyć liczbę godzin programu lokalnego, ustalić jego tematykę, autorów, instytucje współpracujące z radiem, muzyków, duchownych, nauczycieli, działaczy kulturalnych itd. Szczególnie ciekawa byłaby ideologizacja programu w duchu narodowego socjalizmu po 1933 roku i jaka była rola Gliwic w polsko-niemieckiej „wojnie w eterze”? Czyli historia techniki tak, ale bardziej społeczne i polityczne konteksty historii radia na pograniczu. Wreszcie lata powojenne, które są chyba najbardziej zaniedbanym okresem całej historii obiektu. Pytań czekających na odpowiedź wciąż jest sporo.
Bogusław Tracz – Gliwiczanin rocznik 1972, historyk, doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy Biura Badań Historycznych Instytutu Pamięci Narodowej w Katowicach. Jego zainteresowania badawcze koncentrują się na historii społecznej ziem polskich w latach 1945–1989, dziejów nieformalnych grup młodzieżowych, przemian kultury i obyczajów w czasach PRL oraz roli Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w lokalnym systemie władzy. Jest członkiem redakcji półrocznika „CzasyPismo” i rocznika naukowego „Komunizm:system–ludzie–dokumentacja”. Opublikował m.in. „Hippiesi, kudłacze, chwasty. Hipisi w Polsce w latach 1967–1975 (Katowice-Kraków 2014), „Gliwice. Biografia miasta” (Gliwice 2019). Mieszka w Gliwicach.


Komentarze (0) Skomentuj