Często jadał w tym lokalu wyborną golonkę, a na posiłek wyskakiwał, gdy zgłodniał w pracy. Podczas jednej z wizyt dowiedział się, że „Babilon” jest na sprzedaż. Szkoda, pomyślał. A kilka dni później zdecydował, że to dobre miejsce na nową siedzibę firmy. Budynek kupił trochę z sentymentu, lubił to miejsce i nie chciał, żeby jego historia odeszła w zapomnienie, ale potrzebował też przestrzeni dla dynamicznie rozwijającej się firmy. Dopiął swego i jest szczęśliwy.



Gabinet prezesa w dawnej kuchni


- Zapraszam – Zygmunt Wilder otwiera dwuskrzydłowe ciężkie drzwi w mahoniowym kolorze. Wchodzimy do obszernego pomieszczenia urządzonego dość nowocześnie. Czarne biurka i fotele, kanapa w żółtym kolorze dobrze kontrastują z bielą wykafelkowanych ścian. – A wie pani, mój gabinet to dawna kuchnia, Wilder wskazuje charakterystyczne drzwi. Dopiero teraz zauważam dwa oszklone wizjery, przez które dawniej zaglądali kelnerzy i kucharze, oceniając sytuację na sali.


Centrum Technologii Informatycznej, firma Wildera, od dwóch lat ma siedzibę w dawnym „Babilonie” przy Świętojańskiej. Remont właśnie się kończy – elewacja jest nie do poznania. Tylko tutejsi wiedzą o zmianie. I często zaczepiają Wildera, pytając, czy mogą wpaść na jednego. Wtedy tłumaczy, że nie otwiera restauracji, ale wpaść i powspominać dawne czasy zawsze mogą.


Informatyk z duszą historyka


Firmę zakładał sam, trzynaście lat temu we własnym mieszkaniu. Ciężko pracował na reputację i wierzył, że harówka się opłaci. Miał rację. Dziś zatrudnia sporo ludzi, ma kontrakty z wieloma dużymi firmami. Dlatego pomyślał o zmianie lokalu i przeprowadzce. Początkowo rozważał Nowe Gliwice, szybko jednak doszedł do wniosku, że warto się czymś wyróżnić i wówczas przypomniał sobie o „Babilonie”. – Informatyk, jak pani wie, pracuje całą dobę – Wilder opowiada historię przeprowadzki i jednocześnie stara się pokazać, jak tu sobie w tym „Babilonie” poradzili. – Ale jeść musi – dopowiada, kiedy już usiedliśmy w sali konferencyjnej, dawnej części restauracji. – Wpadałem więc do „Babilonu”, bo był po drodze, zjadałem smaczny obiad i do domu. To był taki mój rytuał.


Na kilka lat drogi Wildera i restauracji się rozeszły. W 2013 r. przypadkiem dowiedział się, że od dłuższego czasu jest na sprzedaż. Przyszedł na rozmowę z właścicielką, wspomnienia ożyły i podjął decyzję. Musieli wybrać między remontem totalnym i stworzeniem zupełnie nowych przestrzeni, a drobnymi przeróbkami, zachowującymi klimat miejsca. Postawili na to drugie.


Elewacja nas wyróżnia

Budynek, po latach nieużywania, wymagał odrestaurowania i przystosowania do nowych funkcji. Dawna sala restauracyjna stała się otwartą przestrzenią, w której ulokowały się stanowiska informatyczne, kontuar barowy – recepcją, piętro kolejnymi biurami i zapleczem kuchennym, a najwyższa kondygnacja – prywatnym mieszkaniem właściciela. Podczas remontu wymieniono i wyremontowano wszystkie instalacje, odświeżono ściany. Zachowano dawne wyposażenie, dlatego klientów nie dziwi dyskotekowa kula u sufitu ani stary neon z napisem „Babilon”.


Dotychczasowa lokalizacja była dla restauracji walorem, lecz firma informatyczna musi się odpowiednio reklamować, dlatego Wilder zdecydował o wyeksponowaniu budynku poprzez odpowiednie przemalowanie elewacji: dzięki jasnym barwom nie umknie naszej uwadze.


Rogozik rozgryza historię „Babilonu”

Szymon Rogozik, kierownik działu handlowego i marketingu w Centrum Technologii Informatycznej najpierw wysłał do mnie maila z pytaniem, czy interesuje mnie historia dawnego „Babilonu”. Knajpę znałam ze słyszenia, przez ostatnich kilka lat miała opinię mordowni i przyznaję, nie wiedziałam o zmianie właściciela oraz funkcji, ale byłam ciekawa efektu poszukiwań Rogozika, który – jak się okazuje – wnikliwie i rzetelnie zbadał dzieje restauracji. A co więcej, sporządził fachowe opracowanie.


Feldschlösschen sprzed 150 lat

Budynek przy ulicy Świętojańskiej 35jest dawnym Zameczkiem Polnym (z niem. „Feldschlösschen”) i na pewno istniał już w 1865 roku.Od tamtego czasu był wielokrotnie przebudowywany, a być może nawet odbudowywany, zmieniał też swoje przeznaczenie. Ów Zameczek znajdował się na obrzeżach miasta, a konkretnie w Petersdorfie (Szobiszowicach), do 1897 roku – wsi, a następnie dzielnicy Gliwic. Początkowo stał na odludnym terenie, na wsi właściwie, bo w początkach XIX wieku okolica dopiero intensywnie się rozbudowywała.


- Właśnie około 1865 roku w budynku działała jednoklasowa szkoła, a później mieścił się tutaj lokal gastronomiczny o nazwie„Restaurant Feldschlösschen”(„Restauracja Zameczek Polny”). Należał do rodziny Broniatowskich i według niepotwierdzonych informacji pod taką nazwą funkcjonował przez około 50 lat: od 1880 do co najmniej 1930 r. – opowiada Rogozik.


Samotna wyspa wśród pól


Dokładna analiza przedwojennych map pozwoliła mojemu rozmówcy wysnuć wnioski co do położenia restauracji i jej obłożenia. Otóż miejsce było ze wszech miar nieatrakcyjne: budynek stał z dala od centrum Gliwic, a nawet centrum Szobiszowic, wokół nie było zabudowań, lecz pola uprawne.


– Wydaje się zatem, że ówczesne bezpośrednie otoczenie nie sprzyjało robieniu interesów w gastronomii właśnie w tym miejscu. Patrząc od strony nieformalnego centrum Szobiszowic, czyli dzisiejszego skrzyżowania ulic Toszecka – Śliwki – Świętojańska, widać, że leżał na peryferiach dzielnicy. W 1911 r. był ostatnim budynkiem po lewej stronie, bardzo wąskiej wtedy na tym odcinku, Świętojańskiej – na mapie to Johannisstrasse (taką pisownię podano na planie miasta z 1911 r. oraz z roku 1939). Należy pamiętać, że „Zameczek Polny” powstał dużo wcześniej niż położone po tej samej stronie ulicy nieliczne budynki, wzniesione dopiero w latach 90. XIX w. – tak Rogozik podsumowuje swoje terytorialne badania.


Kto mógł zachodzić do „Zameczku Polnego”? Biorąc po uwagę topografię, klientów miał niewielu. Na pewno wstępowali tu mieszkańcy sąsiadujących z nim ulic, może robotnicy z tartaku Saegewerk (mieścił się przy Tarogórskiej) albo z fabryk armatury (ul. Toszecka) czy kotłów.


– Nawet wracający z kościoła mieli nie po drodze, by po mszy napić się piwa, gdyż restauracja nie leżała pomiędzy centrum dzielnicy a świątyniami (blisko siebie położone kościoły pw. św. Bartłomieja: stary i nowy). Położony w pobliżu, widoczny na mapie cmentarz (aktualnie skwer) nie oznaczał, że odwiedzający bliskich zatrzymywali się w restauracji, gdyż w 1911 roku nie chowano już na nim zmarłych. Naprzeciwko obecnego wejścia do budynku, czyli pomiędzy ulicami Świętojańską a Toszecką, były pola uprawne, zabudowane budynkami dopiero po 1930 roku. Taka sama „wiejska” sceneria rozciągała się także z drugiej strony – w kierunku dzisiejszej ulicy Grottgera. Przed wojną była to Weidestrasse – wyraz „weide” znaczy ni mniej ni więcej tylko „pastwisko”. Tuż po wojnie ulica Grottgera nosiła nazwę „ulicy Skotnicy”, a nazwa ta oznacza miejsce spędu bydła (pastwisko lub też targ bydlęcy) – od określenia „skot” (bydło) i „Skotnik” (sługa książęcy zajmujący się bydłem) – wyjaśnia Rogozik.


Sytuacja „Zameczku Polnego” znacznie poprawiła się po 1911 r., przede wszystkim ze względu na rozbudowę dzielnicy. W otoczeniu restauracji powstały wówczas -- jedne z najładniejszych w mieście – domy z obszernymi i pełnymi zieleni dziedzińcami. W latach 30. na rozległym podwórku domów przy ulicach: Świętojańskiej, Cechowej i Mastalerza zbudowano wielki plac zabaw dla dzieci i postawiono pomnik-fontannę Gęsiarki. Długo cieszył oczy, a zniszczono go prawdopodobnie dopiero po wojnie, zresztą jak wiele innych przedwojennych pomników w Gliwicach.


Marynowane kurczaki, że palce lizać

Po II wojnie światowej utrzymała się funkcja lokalu, bo do 1974 roku mieścił się przy Świętojańskiej 35 bar piwny - „Karczma pod Żubrem”. Słynęła w całym mieście ze świetnie przyrządzonych kurczaków z rożna. Pieczono je na nie tylko w kuchni, ale też na zewnątrz, według specjalnego przepisu: marynowano w zalewie, a podczas pieczenia polewano winem. Aromaty z „Karczmy pod Żubrem” rozchodziły się po całej dzielnicy.


- Na zdjęciu zachowanym z tamtego okresu widać nie do końca zatarty przedwojenny napis w języku niemieckim. Znajduje się nad polską nazwą restauracji i może być podpowiedzią, co znajdowało się w budynku w latach 30.. Końcówka „…stalle” sugeruje stajnie, jednakże z uwagi na słabą czytelność trudno wyciągnąć jakiekolwiek wnioski. Na fotografii znajdziemy znaki minionej, siermiężnej epoki – rower Wigry, obskurny śmietnik przy ulicy, stałych bywalców i zaplecze w postaci „chlewików” (po lewej stronie, za śmietnikiem). Drzewo widoczne na pierwszym planie już ścięto, za to latarnia pozostała bez zmian: nadal równie pochyła jak 20 lat temu – tak Rogozik objaśnia starą fotografię.


Pod koniec lat 80. restauracja słynęła z dobrego jedzenia, była podzielona na część typowo jadalną i barową. Spektakularny koniec „Karczmy pod Żubrem” miał miejsce w pierwszej połowie lat 90.: pożar strawił wnętrze i do dziś nie udało się ustalić, czy był to nieszczęśliwy przypadek czy umyślne podpalenie.



Nowy Babilon, stare nawyki

Po pożarze wnętrze wyremontowano i przez prawie dekadę w dawnej „Karczmie” mieściły się biura oraz magazyny. Gastronomia wróciła do budynku przy Świętojańskiej w 2002 roku: po gruntowym remoncie otwarto restaurację „Babilon”, specjalizującą się w kuchni polskiej i włoskiej. Był też oczywiście bogaty wybór alkoholi i piw, zgodnie z ponadstuletnią tradycją tego miejsca. Restauracja z początku dobrze sobie radziła, odwiedzali ją zarówno dawni klienci karczmy, jak i nowi, kojarzący lokal już tylko z „Babilonem”. Ale czasy prosperity szybko minęły i w 2012 roku restaurację zamknięto, a budynek wystawiono na sprzedaż.


Jedna opowieść się kończy, następna rozpoczyna: w 2013 roku dawny „Zameczek Polny” znalazł się w rękach Zygmunta Wildera, który z szacunku dla historii zachował w budynku dawny klimat, ale też poszedł z duchem czasu. Teraz, zamiast wysokich szklanek z piwem, królują w dawnym „Babilonie” wysokie technologie.


Małgorzata Lichecka


Galeria

wstecz

Komentarze (2) Skomentuj

  • Bo.zena 2018-04-07 16:13:06
    Ja w 1991 miałam w karczmie wesele i bardzo ciepło wspomina,
  • Nie-Święta Anna 2019-11-01 09:37:25
    Mój tata z dziadkami często do Żubra chodzili na golonkę z wódeczką, a już po żużlu w Rybniku obowiązkowo. Oczywiście bez żon.