Nina Stachurska, prezeska PCK. Kocha Gliwice i pomaganie ludziom

Polski Czerwony Krzyż przy ul. Wrocławskiej. - Spędzam tu połowę swojego życia. I nie narzekam. Zebrała się grupa fantastycznych ludzi, dla których pomoc innym jest prawdziwą misją – mówi. - Bożena Pawełek, Waldek Pigulak i inni. Nie szukamy splendoru, pieniędzy. Chcemy dawać cząstkę siebie potrzebującym. Nie raz zakasujemy rękawy i przerzucamy tony towaru, bo wiemy, że przyjdą nasi podopieczni i trzeba im wydać żywność czy odzież. Pomoc biednym uczy pokory, nigdy nie wiadomo, co nas czeka jutro.
Dziś, za sprawą Stachurskiej, siedziba PCK wygląda o niebo lepiej niż kilkanaście lat temu. Przeprowadzono gruntowny remont, wszędzie czysto i schludnie. Bo pani prezes lubi porządek. Na każdym kroku widać jej rękę.
Pomagać lubiła zawsze. - Kiedy miałam dziesięć lat, zobaczyłam w oknie na parterze kamienicy, w której mieszkałam, małą, może trzyletnią dziewczynkę - wspomina. - Była bardzo umorusana. Z koleżankami zabrałyśmy ją stamtąd,  umyłyśmy w misce i nakarmiłyśmy. Potem, z powrotem przez okno, wsadziłyśmy do mieszkania i powiesiłyśmy na szyi kartkę z napisem „niewidzialna ręka” (ten napis to było pokłosie emitowanego w latach 60. i 70. programu telewizyjnego o tym samym tytule, który zachęcał młodzież do bezinteresownego pomagania innym – red.). W ramach „podziękowań” dostałam burę od mojej mamy, bo z kolei mamie tej dziewczynki, którą umyłam, nie spodobało się, że bez pytania zabrałam jej córeczkę. A ja dalej uważam, że ta pani nie miała racji (śmiech). Zresztą, ja jestem uparciuch. Jak wiem, że mam rację, to jej bronię. Ustępuję, gdy ktoś mnie przekona.     
   

Galeria zdjęć

więcej

Kijewski: jeśli coś robię, zawsze na sto procent. O wujku, którego wszyscy lubią

Dom Dziecka nr 2 przy ul. Zygmunta Starego. W „dwójce” przepracował 17 lat (teraz działa w DD nr 4). - To był fajny czas – przekonuje. - Obok mieliśmy boisko, na którym mogliśmy trenować. Przez tę pracę poznałem mnóstwo fantastycznych ludzi. Z wieloma do dziś łączy mnie przyjaźń.
Podkreśla, że bardzo lubi swoją pracę. - Moi podopieczni potrafią być bardzo wdzięczni. Na przykład wtedy, kiedy mówią, że wujek Wojtek robi najlepszą jajecznicę na świecie (śmiech).
Kiedyś żołnierz i sportowiec, teraz nauczyciel, wychowawca i społecznik. Urodził się 54 lata temu w Szubinie, niedaleko Bydgoszczy, w rodzinie weterynarzy. Nie poszedł w ich ślady, chociaż rodzice w pewnym sensie przyczynili się do tego, że został sportowcem.

Galeria zdjęć

więcej

Kochanek gór. Tomasz Kobielski, alpinista i wspinacz, od lat przemierza najdalsze zakątki świata

Dociera tam, gdzie rzadko staje ludzka stopa. Jeden z najmłodszych zdobywców Korony Ziemi najpierw zaliczał najwyższe szczyty na własne konto, od jakiegoś czasu zabiera na wyprawy każdego, komu marzy się spotkanie z wielką przygodą.
więcej

Dla niego nie ma rzeczy niemożliwych. Spacer po Gliwicach z Henrykiem Wilkiem, trenerem bokserów

Nieistniejąca hala sportowa przy ul. Dubois. - Halę wydeptałem w 2003 roku w Fabryce Drutu - opowiada. - To była kompletna ruina. Przez pewien czas nie mielimy tam ogrzewania i nasza młodzież, żeby nie zmarznąć, musiała naprawdę ostro trenować (śmiech). Wszystkie sprzęty, jakie tu mieliśmy albo gdzieś znaleźliśmy, albo przytaszczyliśmy z domów. Staszek Syjud, Józek Stępień, trenerzy: Mirek Bazarewicz, Mietek Budzyński, Józek Papierz, Irek Przywara. Sami doprowadziliśmy wodę, zrobiliśmy w końcu ogrzewanie, zorganizowaliśmy ring. Hala miała niesamowity klimat. Choć wygód i luksusów nie było, to znany amerykański trener pięściarski  Sam Colonna, który kilka lat temu przyjechał ze swoimi podopiecznymi na mecz z Polską, nie chciał słyszeć o innym miejscu do treningu. Spędziliśmy tam prawie 13 lat.
Jeśli nie wiecie, jak zrobić coś z niczego, powinniście koniecznie poznać tego człowieka. Niewysoki, korpulentny 56-latek posiada tyle energii i pasji, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych. Potrafi wydeptać wszystkie ścieżki. Szesnaście lat temu zorganizował w Gliwicach klub bokserki. Kiedy inni pukali się w czoło, on z zapałem zaczął, wspólnie z kolegami, adaptować na potrzeby młodych pięściarzy zrujnowaną halę sportową przy ul. Dubois.



Galeria zdjęć

więcej

Joanna Sarré: jestem niezależna i samodzielna. O tym, jak rolniczka stała się społeczniczką

Wydział Chemii Politechniki Śląskiej.
- To był bardzo fajny okres w moim życiu – wraca pamięcią. - Studenckie życie było niezwykle barwne. Wtedy zaczęła się moja przygoda z żeglarstwem. Mnóstwo czasu spędzaliśmy na Dzierżnie. Latem - Mazury. Pływaliśmy też na morzu. Choć nigdy nie pracowałam jako chemiczka, to zdobyta wiedza nie raz mi się w życiu przydała i przydaje, choćby wtedy, kiedy idę na zakupy i wnikliwie czytam etykiety na artykułach spożywczych.
Inżynier chemik z wykształcenia, rolnik i ogrodnik z wyboru. Nauczyciel i trener organizacji pozarządowych. Potrafi zaprząc konia do pracy na polu, ma też prawo jazdy na traktor. Aktywistka o wielkiej wrażliwości, która zaraża społecznym działaniem kolejne pokolenia młodych gliwiczan.

więcej

Opoka gliwickiego wolontariatu. Miasto oczami prezesa stowarzyszenia GTW

Stadion XX-lecia (teraz hala Gliwice).

- Tutaj przychodziliśmy grać w piłkę – mówi. - My, chłopaki z Pszczyńskiej, ale też koledzy z Kujawskiej czy Królewskiej Tamy. Jakaś gierka na małe bramki, czasem na jedną. Jak było niewielu zawodników, graliśmy w autonogę. Czasem nas przeganiano, bo na przykład był trening dziewczyn z Piastunek, wtedy szliśmy do parku lub na betonowe boisko przy akademikach. Ktoś nas gdzieś, kiedyś zobaczył i zaprosił na  treningi do Piasta.
Harcerz, społecznik, działacz lokalny. Aktywista, który każdego dnia chce poprawiać świat. Wrażliwy na potrzeby i problemy innych. Instruktor ZHP, prezes Stowarzyszenia GTW. Instruktor piłkarski i wspinaczkowy. Organizator imprez kulturalnych i sportowych, w tym Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Za swoją pracę wielokrotnie wyróżniany i nagradzany.
więcej

Dobre, bo… portugalskie. Jose i Ricardo zapraszają gliwiczan do stołu

Niejeden z nas spędził miłe chwile przy kieliszku porto. Coraz chętniej sięgamy również po inne produkty z Portugalii – ryby, oliwę, sery. Pewnie mało kto wie, że trafiają na nasze stoły również za sprawą firmy z Gliwic. amesa.pl należy do dwóch rodowitych Portugalczyków i zajmuje się importem żywności oraz wina z tego kraju.  
więcej