W 1808 roku na niewielkim, półhektarowym skrawku ziemi przy dawnej Kalidestrasse (dziś ul. Robotnicza), decyzją zarządu Królewskiej Odlewni Żelaza, założono cmentarz zakładowy dla pracowników huty. Była to wówczas trzecia co do wielkości nekropolia Gliwic. W 2002 roku, sto dziewięćdziesiąt cztery lata później, Małgorzata Malanowicz czekała przy ul. Krzywej na właściwe światło do zdjęć. 
– Chodźmy – rzuciła na dzień dobry. I zamaszystym krokiem ruszyła ku drzwiom w głębi korytarza. Trochę szkoda takiej wystawy w tym miejscu, ale widocznie nie ono było najważniejsze, pomyślałam. Weszłyśmy do sporej sali, o tej porze dnia otwartej tylko dla nas. Na ścianach osiemnaście tablic. Ich każdy centymetr można przerobić na minuty z życia stowarzyszenia. Oś czasu znaczą zdjęcia, teksty, archiwalia, osobiste zwycięstwa i klęski, przypływy i odpływy, braki oraz wypełnienia. Malanowicz ma to wszystko w głowie i przed oczami. Jej cel jest bardzo prosty: zarazić Metamorfozami i uświadomić, jak wiele miasto im zawdzięcza. 

Fatalne świadectwo wystawiał dzielnicy 

W 1808 roku na niewielkim, półhektarowym skrawku ziemi przy dawnej Kalidestrasse (dziś ul. Robotnicza), decyzją zarządu Królewskiej Odlewni Żelaza, założono cmentarz zakładowy dla pracowników huty. Była to wówczas trzecia co do wielkości nekropolia Gliwic. W 2002 roku, sto dziewięćdziesiąt cztery lata później, Małgorzata Malanowicz czekała przy ul. Krzywej na właściwe światło do zdjęć. W tej niezamierzonej przerwie czytała o tym, jacy wielcy spoczywają na cmentarzu Hutniczym. Pomyślała, że skoro jest tak blisko, musi tam zajrzeć. Kontrast między tym, o czym czytała, a tym, co zobaczyła, był ogromny. Po pierwszej, przypadkowej, wizycie pojawiła się pierwsza, wcale nie przypadkowa, refleksja: stan cmentarza wystawia fatalne świadectwo dzielnicy. 

Kury z cmentarza przegonić 

W archiwum miejskim interesowało ją wszystko o tym miejscu, a jego kierownikowi, Bogusławowi Małuseckiemu, powiedziała, że potrzebuje jakiejkolwiek informacji, punktu, od którego może zacząć. Zżymał się, sarkał, ale po chwili zniknął w magazynie i wyniósł akta, które właśnie miały iść do konserwacji. Okazały się zapleśniałymi teczkami – nawet przy nieznacznym ruchu ręką unosił się z nich niebezpieczny obłok. 

– Ale ja się na nie zachłannie rzuciłam, bez maski i rękawiczek, bez żadnych zabezpieczeń. Tak, wiem, to było nieodpowiedzialne, ale tak mnie zafrapowały te dokumenty, że pal licho maski, mam to, o co mi chodzi, jakiś początek tej cmentarnej historii – mówi Malanowicz. 

Teczki zawierały informacje o cmentarzu, z wyjątkiem akt pochówków, czyli najważniejszej dla odkrywców rzeczy. W zasadzie nie wiedziała, czego szukać, bo dokumenty były najdziwniejsze, ale od czegoś trzeba zacząć. Spisywała więc w zasadzie wszystko – każda wzmianka mogła być ważnym tropem prowadzącym w przeszłość. Jednak na odkrycie, kto i gdzie był pochowany, nie było szans, gdyż w większości była to korespondencja między miastem a hutą, dotycząca prozaicznych spraw. Jak ta z kurami panoszącymi się na cmentarzu. Skarżono się, że chodzą po ścieżkach, niszczą kwiaty i rośliny. Kury, urzędowo i przepisowo, wyłapano i oddano gospodarzom. 

5398 godzin z łopatami

Po pierwszych rekonesansach wiedzieli jedno: trzeba na cmentarzu posprzątać. Przez internetowe forum skrzyknięto chętnych i wybrano się na Robotniczą. Być może skończyłoby się inaczej, gdyby nie pewne spektakularne odkrycie: karabin i płyta nagrobna. Uznali, że te artefakty doprowadzą do innych. 

Przepracowany czas nazwali po prostu grobogodzinami. Przez osiemnaście lat uzbierało się ich 5398 – gdyby pracowali non stop, od rana do wieczora, w soboty, niedziele i święta, wyszłoby z tych godzin 225 dni, czyli niecały rok. Oni jednak na cmentarzu pojawiali się w dzień wolny, zazwyczaj w sobotę. Początkowo w każdą, a z upływem czasu – co drugą, wreszcie w ostatnią w miesiącu. Ten karabin i płyta nagrobna wyzwoliły szaleństwo nie do powstrzymania: pracowali po cztery, pięć godzin. Kopiąc, grabiąc, odkrywając, przeczesując. Rękami, łopatami, nogami, grabiami.
 
Brian Scott chce przyznania się do winy 

6 kwietnia 2004 roku. Tę datę Malanowicz pamięta bardzo dobrze – zarejestrowali wówczas stowarzyszenie. Do procedury podchodzili trzy razy, a długą nazwę wymyśliła Iwona, wówczas Wrodarczyk, „Magiczna”, jedna z założycielek. Chodziło o to, żeby nazwa wprost nawiązywała do tego, czym się zajmowali.

Gliwickie Metamorfozy są dziś synonimem solidnej wiedzy o historii miasta. Ale to w 2004 roku grupka zapaleńców obrała „skromny” cel – renowację cmentarza. Malanowicz przyznaje, że cmentarze ma w genach: po dziadku odziedziczyła spore rodzinne archiwum. Dwie introligatorskie teczki leżały sobie na półce, a kiedy wreszcie postanowiła do nich zajrzeć, pierwsza wpadła jej w rękę ta z napisem „Zabytkowe cmentarze”. 

O Hutniczym z Gliwic pisały gazety, lokalne i regionalne. Do miasta zjechał sam Brian Scott, znany prezenter radia RMF. Realizował dokument na zamówienie mniejszości niemieckiej i pojawiała się w nim kilkusekundowa migawka o cmentarzu. Malanowicz trochę się wściekła, gdy usłyszała, że miał być przykładem tego, jak Polacy obchodzili się z dziedzictwem niemieckim. Scott pytał ją, czy ratuje cmentarz, bo wstydzi się za to, co stało się z nim po wojnie. – A ja mu na to, że nie mam się czego wstydzić i nie robię tego dla Niemców, na pokaz, tylko dla gliwiczan, żeby poznali historię swojego miasta. Koniec końców reporter zachował się przyzwoicie i odstąpił w filmie od tego wątku – dla Malanowicz i stowarzyszenia sława miała też gorzki smak. 

Gliwickie Powązki 

O cmentarzu Hutniczym można już śmiało mówić „gliwickie Powązki”, bo w cmentarnych alejach, wyłaniających się bardzo powoli, acz systematycznie, ręce, łopaty i grabie odkryły kolejne płyty, nagrobki, a na nich nazwiska, znaczące, hutniczych urzędników, jak dyrektor huty czy inżynierowie. Elitę związaną z Królewską Odlewnią Żeliwa znajdziemy na specjalnej tablicy, zaraz za cmentarną bramą, ale to nie wtedy, nie w 2004 roku, dopiero za kilka lat, kiedy uda się sporządzić listę hutniczych sław. 

2004 rok to także debiut Metamorfoz na Gliwickich Dniach Dziedzictwa Kulturowego. – Trochę na wariackich papierach, bo dowiedziałam się, że „wiem wszystko” i mogę opowiadać o wykopaliskach i naszych porządkach. Przystałam na te wariackie papiery, bo było to dla nas coś nowego – opowiada Malanowicz. 

Odrodzenie ogrodzenia 

Walka o ogrodzenie i wydanie przewodnika były najważniejszymi zdobyczami lat 2005 i 2006. Ogrodzenie być musiało, bo z cmentarza wyłaniał się całkiem sensowny, a przede wszystkim zasobny, zarys: za własne pieniądze odrestaurowano kilka nagrobków, m.in. Wilhelma Schultzego – granit w średnim stanie stał się porządnym nagrobkiem. 

Najbardziej oddanym sprawie porządkowania był Leszek Szynter. Kiedy Malanowicz o nim mówi, mięknie – z twardej, zahartowanej osoby staje się wzruszoną przyjacielem kobietą. Tak, Leszek był podporą stowarzyszenia, jej bratnią duszą, doradcą, rękami do pracy, zaś Metamorfozy stały się dla niego rodziną. Leszka nie ma już od lat, odszedł jakoś szybko, za szybko, a ona wraca do niego myślami za każdym razem, kiedy staje w cmentarnej bramie. – Wie pani, zrobiłam mu taką symboliczną fotografię. Była zima, wracając z wycieczki, wstąpiliśmy na Robotniczą. Kiedy się pożegnał, poszedł w kierunku wyjścia i zrobiłam mu wtedy zdjęcie. Leszek w takiej zimowej mgle... – cichnie i szybko przechodzi do opowiadania.

Zatem: ogrodzenie. Oryginalne było żeliwne, bali się jednak, że takie od razu padnie łupem złomiarzy, więc zrezygnowali. Dla przypomnienia starego, w projekcie przygotowanym przez Metamorfozy odwzorowano kute elementy, osadzając je w kamienno-betonowym fundamencie. Wcześniej był pomnik Kalidego. I tu do gry, z impetem, wchodzi Bernard Klinik, znany mistrz budowlany, entuzjasta zabytków i ich zapalony renowator. Klinik wchodzi z prywatnymi pieniędzmi – dzięki temu stowarzyszenie nie musi, chwilowo, się martwić. 

A przewodnik? Pierwszy, z kilkoma trasami tematycznymi, przygotowali w 2004 roku, był jednak dostępny tylko w internecie. Nie zostałby po nim żaden ślad, dlatego postanowili wydać przewodnik multimedialny, dostępny na płycie CD. Trasy, treść, mapki interaktywne – merytorycznie „mucha nie siada”. – Ale jak dziś na niego patrzę i oceniam pod względem wizualnym, zgroza – dodaje Malanowicz. Sprzedali go co do egzemplarza. Zrobił furorę, wszyscy chcieli go mieć. 

Druga część pojawiła się właśnie w 2006 roku i była już staranniej przygotowana. Co do tekstów, Malanowicz przyznaje, że sama nie czuła się na siłach, by we wszystkich zagadnieniach być alfą i omegą: wiedziała dużo, ale wolała do tego projektu pozyskać topowe nazwiska, zatem do przewodnika swoje teksty napisali Dariusz Walerjański, dr Jerzy Gorzelik, dr Tomasz Wagner czy prof. Irma Kozina.

Posłuchała Cejelewskiego 

Zdjęcia są istotne. Po pierwsze, dla dokumentacji wszelkich działań związanych z cmentarzem, wydarzeniami, wystawami, osobami, także tymi z przeszłości. Po drugie, lubili je robić, ona lubiła. Malanowicz aparat ma zawsze przy sobie. Może z przyzwyczajenia zawodowego, wszak jest architektką? Może dlatego, że wie, jak cenne, po czasie, są zdjęcia, ile mogą nieść ze sobą wiedzy? A może z powodu zawodności pamięci i tego, co w danej chwili rejestruje ludzie oko? Więc aparat był niezbędny. Kiedyś od Grzegorza Celejewskiego, fotoreportera „Gazety Wyborczej”, usłyszała, że zdjęcie powstaje w głowie. Bardzo jej się to spodobało i tak o fotografowaniu myśli do dziś.
 
Zdjęcia są istotne także dla strony internetowej, którą założyli jeszcze przed rejestracją stowarzyszenia. Ale to potem, najpierw nieustannie pytano, gdzie można oglądać zdjęcia z Gliwic, szczególnie aktywny w tym pytaniu był Mirek z Kanady. Fotografie oczywiście się pojawiały, Malanowicz nie miała jednak dobrego sprzętu, tylko tradycyjny aparat dla własnych potrzeb. I ten Mirek przysłał pieniądze na cyfrówkę, bo chciał zdjęć dobrej jakości. 
– Poznałam go, ale dopiero po latach. Obcy gość wyskoczył z pieniędzy, bo tak chciał te Gliwice oglądać – Malanowicz do dziś nie może się nadziwić szczodrości. 

Marian Jabłoński po prostu przyszedł na cmentarz 

Lata 2007 i 2008 są dla Metamorfoz falą wznosząca, lecz i czasem rewolucji. Wydano przewodnik z renomą, wybudowano ogrodzenie, cmentarz wyglądał coraz lepiej, odkrywano kolejne nagrobki, przygotowywano reportaże z różnych dziedzin, łażono po mieście, wchodzono w miejsca zakazane, podążano tropami dawnych mieszkańców, tworząc unikalne zbiory, z których do dziś korzysta wielu akolitów. W stowarzyszeniu były wówczas 33 osoby, popularność działań Metamorfoz przyciągała. Nigdy przedtem ani nigdy potem nie będzie ich tak wielu. Wręcz przeciwnie, z upływem lat zostają najwierniejsi z wiernych, a Malanowicz ma nierzadko uczucie, że jest sama. 

A Marian Jabłoński po prostu przyszedł na cmentarz. Mieszkał naprzeciwko, ona obok, więc ich spotkanie było tylko kwestią czasu. Jabłoński zaangażował się w porządkowanie, kopał z entuzjazmem, pomagał też przy ogrodzeniu. Historia interesowała go bardzo, miał żyłkę detektywa, lubił tropić różne tajemnice, a cmentarz Hutniczy był ich pełen. 
Dla Malanowicz był to czas radości przez łzy. Całą energię przerzuciła na inną misję – chorobę w domu: umierał jej mąż, chciała być z nim i przy nim, dlatego zrezygnowała z prezesury w Metamorfozach. Pojawił się nowy – Jabłoński, który szefował Metamorfozom do 2007 roku. 

Stowarzyszenie zaczęło jednak trochę z cmentarza wychodzić. W 2007 po raz pierwszy przygotowało rajd Lato z Metamorfozami. Okolice Gliwic poznawano na rowerach oraz pieszo, zdobywając punkty do nagród. Zmiana wynikała też z tego, że Malanowicz szybko się nudzi i nie lubi rutyny w działaniu. Był to również sprawdzian z możliwości, rozszerzenie stref wpływu, pozyskanie kolejnych zainteresowanych. Nowe misje będą się zatem pojawiać sekwencyjnie: co dwa, trzy lata. 

Miasta wielkiej ciszy 

W 2008 roku cmentarz skończył 200 lat. Stowarzyszenie postanowiło zrobić sobie przyjemność i zaprosić do Gliwic innych pasjonatów z Polski. Głównym punktem uroczystości była konferencja „Miasta wielkiej ciszy”, poświęcona ratowaniu starych cmentarzy. A wśród zaproszonych gości: Stowarzyszenie Magurycz, zajmujące się ratowaniem przed zniszczeniem zabytków sztuki sepulkralnej, głównie na Łemkowszczyźnie i Bojkowszczyźnie, Społeczny Komitet Renowacji Cmentarzy Olęderskich w gminie Nekla, z Wielkopolski, opiekujący się pozostałościami po cmentarzach ewangelickich, gdzie pochowano potomków dawnych osadników, Stowarzyszenie Na Rzecz Ochrony Krajobrazu Kulturowego Mazur „Sadyba”, Towarzystwo dla Natury i Człowieka – ich projekt „Cmentarze pogranicza” ma na celu ratowanie opuszczonych nekropolii, głównie obrządku wschodniego, na Lubelszczyźnie, dalej Stowarzyszenie Ochrony Dziedzictwa Narodowego wraz z Teresą i Zdzisławem Sabatami z Kielc – przedmiotem ich troski jest m.in. Stary Cmentarz w Kielcach. 

Zaproszono również stowarzyszenia i osoby zajmujące się ratowaniem pamiątek przeszłości na Śląsku: Towarzystwo Miłośników Bytomia (cmentarz Mater Dolorosa w Bytomiu), Stowarzyszenie Na Rzecz Ratowania Dziedzictwa Żydowskiego Pamięć-Zikaron (cmentarze żydowskie w Gliwicach), Dariusza Walerjańskiego (cmentarz żydowski w Zabrzu) oraz Grzegorza Kamińskiego (cmentarze żydowskie w Wielowsi, Toszku i Pyskowicach). 

Malanowicz poznała wtedy nastolatka z Pszczyny. Sam opiekował się i porządkował tamtejszy cmentarz żydowski. W 2008 roku 14-letni Sławek Pastuszka zaczynał właśnie swoją przygodę. Dziś jest uznanym znawcą historii, opiekunem odrestaurowanego pszczyńskiego cmentarza, autorem wielu publikacji, związanym m.in. z gliwickim Domem Pamięci Żydów Górnośląskich, filią Muzeum w Gliwicach. 

Nepomucen „robił” za św. Urbana 

Malanowicz ma w portfolio 90 pomników Nepomucena. Dziesięć lat temu wymyśliła Misteria Nepomuckie, miało też powstać wydawnictwo na temat figur świętego. Zasiadła do dokumentów, rękopisów, analizując pomnik za pomnikiem. Objeździła cały powiat, tropiąc Nepomucena, często w okolicznościach dość zaskakujących. Zrewidowała też ugruntowaną miejscową tradycję: otóż w Kotliszowicach św. Urban, do którego się modlono, okazał się... Nepomucenem. Kiedy dokonała tego odkrycia, przestraszyła się, jak to powie tamtejszym mieszkańcom. Przecież przez lata modlili się nie do tego świętego... 

Z Nepomuków powstały tomy materiałów. Rok wyjęty z życia i praca mozolna, która nigdy nie ujrzała światła dziennego, bo opracowania nie wydano. Był za to inny wydawniczy sukces – zeszyty edukacyjne dla szkół (do dziś korzystają z nich nauczyciele, którym chce się uczyć historii lokalnej).
 
Znaczek wielce pożądany 

Sowizdrzał z tobołkiem, postać symbolizująca wędrówkę, był rozpoznawalnym logotypem najdłużej wychodzącej przedwojennej gazety miejskiej – „Der Oberschlesische Wanderer”. Doskonale nadawał się na emblemat kolejnej akcji stowarzyszenia – ustanowienia odznaki Wędrowca Gliwickiego. Stała się ona turystycznym rarytasem, znaczkiem wielce pożądanym do zdobycia tylko w trudach wędrówek i dla znających historię miasta, bo Malanowicz nie odpuszczała i o tę wiedzę się dobijała. 

Lata 2011, 2012 i 2013 to czterdzieści osiem wycieczek z Wędrowcem, wystawa na cmentarzu, prezentująca wszystkie dotychczasowe odkrycia i jeszcze wiele innych drobiazgów organizacyjno-formalno-projektowych. I nie ma już z Metamorfozami Jabłońskiego, prezesem znów jest Malanowicz. 

Słynny Baildon z równie słynnym Kalidem 

Widać go z daleka, ściąga wzrok stalowoszarym kolorem. Czarne złoto wytapiane w Królewskiej Odlewni stało się idealnym materiałem na pomnik człowieka dla śląskiego hutnictwa najważniejszego. John Baildon ma na cmentarzu Hutniczym pięknie odrestaurowany pomnik, który stał się doskonałym pretekstem do zbudowania wokół tej historii cyklu zdarzeń. Tak to już w Metamorfozach jest – iskra, a z niej pożar, często przypadkowy, ale, w przeciwieństwie do prawdziwego, zawsze z dobrym skutkiem. 

Swój rok miał i Theodor Kalide. W listopadzie 2012 roku Malanowicz przyszła na cmentarz żydowski przy Poniatowskiego, na akcję związaną z ratowaniem domu przedpogrzebowego, i zobaczyła tłum ludzi. – Wkurzyłam się, że moich hutników nikt aż tak nie oblega i z tej mojej złości narodził się właśnie rok Kalidego. Pomogło nam gliwickie muzeum. Były wycieczki, wystawy, można było oglądać, a nawet dotykać, miniatur rzeźb. I może dzięki nam dziś dużo osób wie, gdzie jest pochowany ten Kalide – tłumaczy. 

Do zapomnianych – przypomnianych przez Metamorfozy doszli, oprócz Baildona i Kalidego, Schottelius, Holzhausen, Beermann, Jacob, Jungst. 

Listy z frontu, czyli skok w grę 

Prezes przyznaje z rozbrajającą szczerością: gry terenowe wzięły się ze znudzenia wycieczkami. – Zawsze tak u mnie jest. Jeśli coś mnie nuży, wymyślam kolejny poziom – odpowiada, kiedy pytam, dlaczego nie chce iść ścieżką sprawdzonych i lubianych imprez. Ale podejrzewam też, że chodzi o adrenalinę, szał organizacyjny, na który Malanowicz, owszem, narzeka, ale który kocha bezgranicznie, bo wtedy wie, że żyje. 

Pierwszą grą były „Listy z frontu”, i dobrze się sprzedały. Całość przygotowano bardzo starannie, wiedza historyczna była rzetelna, no i zaczęły się przebieranki – członkowie i sympatycy stowarzyszenia włożyli stroje z epoki, mundury i surduty. „Zaangażowano” też… gołębia pocztowego, bo ptaki te pełniły podczas wojen bardzo ważną rolę. Potem grano w „Potrójne życie Wilhelma B.” (2016 r.), „Niech się mury pną do góry” (2017) na 500 lat reformacji i w „Wehikuł czasu” (2018). I chyba na tym koniec, bo Malanowicz znowu czuje znużenie formą. 

Dziewięć mgnień Gliwic 

Trzymam w ręku dziewięć niewielkich kolorowych książeczek. Na okładkach charakterystyczne dla miasta obiekty, część z nich to historyczni celebryci – jak rynek, ratusz, Haus Oberschlesien, część mniej znana. Przewodnik Metamorfoz, bo o tę publikację chodzi, pojawił się w głowie Malanowicz niezależnie od pomysłu, jaki miał Grzegorz Krawczyk, dyrektor muzeum. Oboje w tym samym czasie postanowili wydać przewodniki. 

– Wiedziałam, kto w czym się w stowarzyszeniu specjalizuje, rozdzieliliśmy pracę i zajęli rzeźbami, browarami, szlakiem literackim, żydowskim, starówką, industrią. Było z tym dużo zachodu i przesiedziałam nad przewodnikiem niezliczoną liczbę godzin. Dlatego, gdy dowiedziałam się o muzeum, najpierw bardzo się zmartwiłam, potem pobiegłam do dyrektora i tak zawiązała się nasza współpraca. Przewodniki doskonale się uzupełniają – wyjaśnia Malanowicz. 

Stały się też podstawą dziesięciu niezwykle popularnych spacerów, przygotowanych w lipcu i sierpniu 2019 r. 

Duchy Starej Huty 

Lista odkrytych nagrobków – długa, odremontowanych – też, cmentarz jest ogrodzony, ma stałą wystawę obrazującą jego historię, jest terenem gier miejskich, konferencji, nabożeństw ekumenicznych, inscenizacji, jak niezwykle udana z 2019 roku, o tajemniczym tytule „Duchy Starej Huty”; występuje w filmach dokumentalnych, książkach (Metamorfozy wydały ich kilka), pracują tu wolontariusze – uczniowie i wszyscy chętni. Znajduje się na trasach wielu wycieczek, także tych z regionu i Polski. Nasz gliwicki skarb. 

Malanowicz ma do niego piechotą około siedmiu minut. To atut i przekleństwo zarazem, bo wciąż chce go mieć na oku. 

Małgorzata Lichecka

Galeria

wstecz

Komentarze (3) Skomentuj

  • Mika 2020-01-11 09:56:08
    Świetny tekst. Gratuluję redakcji pomysłu na ujęcie tematu. Metamorfozy zasługują na to, bo dzięki nim gliwiczanie pamiętają o historii.
  • Lidia Z. 2020-01-11 09:57:01
    Wielkie gratulacje dla stowarzyszenia i pani Małgorzaty Malanowicz. Dzięki wam Gliwice faktycznie mają skarb
  • Beata Gliwiczanka 2020-01-11 21:29:01
    Podziwiam zaangażowanie i dziękuje wszystkim pasjonatom za poświęcony czas i energie.