Podczas charytatywnej wyprawy „Rowerowym szlakiem po jednostkach policji garnizonu śląskiego” zebrano ponad 40 tys. zł. Pieniądze przekazano bohaterce akcji – chorej Wiktorii, licealistce z Gliwic. 

Dwaj policjanci z powiatu cieszyńskiego, Michał Mazurek i Grzegorz Waleczek, wpadli na pomysł akcji charytatywnej i historycznej zarazem. Charytatywnej, bo zamierzali zebrać pieniądze dla kogoś potrzebującego. Historycznej, bo chcieli poznać dzieje policyjnych budynków i wydać o nich album. Wszystko to połączone miało być ze sportem. Wsiedli więc mundurowi na rowery, przejechali 1319 kilometrów w ciągu dwóch tygodni, odwiedzili 129 jednostek policji w śląskim garnizonie i zebrali ponad 40 tysięcy złotych. Na ich rowerowym szlaku znalazły się także Gliwice, Knurów oraz Pyskowice.  

Podczas pewnego przesłuchania w Strumieniu...
Służący w komisariacie w Strumieniu Grzegorz Waleczek przesłuchiwał świadka zdarzenia drogowego. Nagle mężczyzna powiedział: „Tu, gdzie stoi pana biurko, było kiedyś moje łóżko”. Policjant się zdziwił i po oficjalnym przesłuchaniu w sprawie zdarzenia przepytał świadka na okoliczność „łóżka w miejscu biurka”. Wtedy okazało się, że w budynku obecnego strumieńskiego komisariatu znajdowała się przed laty państwowa inspekcja zwierząt. Prócz tego jeszcze trzy mieszkania dla rodzin weterynarzy (świadek był synem lekarza). 

- Zacząłem tego pana oprowadzać po naszym komisariacie, a raczej to on oprowadzał mnie – śmieje się Waleczek. - Pokazał, gdzie jego rodzina miała kuchnię, gdzie był pokój siostry, a gdzie sypialnia rodziców. W naszej dyżurce na przykład znajdowała się sala operacyjna, zaś tam, gdzie dziś mamy salę odpraw, była rampa dla koni.

A może by tak zwiedzić komisariaty? 
Jakiś czas po tej wizycie Waleczek i jego kolega z komisariatu, Michał Mazurek, wybrali się na wspólny urlop nad morze, na rowerach. Tam w ich głowach narodził się pomysł: a może by tak za rok objechać polskie komendy i komisariaty, poznać ich historię. Od razu też pomysł zweryfikowali: na całą Polskę nie starczy urlopu, ale można ograniczyć się do Śląska. Po powrocie do domu wzięli więc do rąk mapy, poszukali adresów policyjnych jednostek, zaczęli wytyczać trasę – ze startem w Strumieniu, a metą w Katowicach, w komendzie wojewódzkiej. 

Potem mundurowi stwierdzili, że warto zostawić po wycieczce jakiś ślad, najlepiej w postaci albumu z historią budynków śląskiej policji – tego nikt wcześniej nie zrobił. A przy okazji można by, objeżdżając jednostki, zbierać pieniądze na jakiś ważny cel charytatywny, komuś pomóc. Waleczek i Mazurek podzielili się swoim pomysłem z przełożonymi i zyskali ich aprobatę.

Kiedy wieść o wyprawie się rozniosła, pojawili się sponsorzy. Chcieli zafundować profesjonalną odzież, sakwy, napoje, odżywki, a nawet rowery – i to nie byle jakie, bo warte 7 tys. zł. Był jednak warunek: rowerzyści mieli obnosić się wszędzie z reklamami sponsorów, jeden zażyczył sobie nawet, by jechali z chorągiewkami z jego logo. 

- Stwierdziliśmy z kolegą: nie tędy droga. Nasze cele, historia i zbiórka charytatywna, odsunęłyby się na drugi plan. Postanowiliśmy zrezygnować z pomocy firm i zrobić wszystko za własne pieniądze – opowiada Grzegorz. 

Sztafeta do spraw walki z zespołem moya-moya 
Pozostało tylko jedno: znaleźć osobę, która otrzyma zebrane podczas wyprawy pieniądze. - Przeczytaliśmy gdzieś komunikat, że pilnej pomocy potrzebuje 16-letnia córka policjanta z Pyskowic, Wiktoria Gruszka. Zadzwoniliśmy więc do pyskowickiej jednostki i dowiedzieliśmy się dokładnie, o co chodzi – mówi Waleczek.  

A chodzi  to, że dziewczynie zanikają tętnice wewnątrzczaszkowe – szyjne i kręgowe, co z kolei prowadzi do niedokrwienia ośrodkowego układu nerwowego oraz zagrażających życiu udarów niedokrwiennych mózgu. Niedotleniony i niedożywiony mózg reaguje silnymi, napadowymi bólami głowy, zaburzeniami równowagi, mowy.

Choroba Wiktorii nazywa się zespołem moya-moya i należy do najrzadszych schorzeń. Cierpią na nią głównie młodzi Azjaci, a po raz pierwszy rozpoznana została w Japonii. W Polsce choruje obecnie około 35 osób. Jest trudna w leczeniu, bo nieznane są jej przyczyny. Chory nie może się wysilać, stresować, niedobre są dla niego zmiany ciśnienia – wąziutkie, zanikające naczynia nie pompują krwi i mózg nie zostaje dotleniony. Efekt jest taki, jak przy udarach. (Historię Wiktorii opisywaliśmy tu: http://www.nowiny.gliwice.pl/nie-chce-by-moya-moya-byla-taka-moja-nastolatka-walczy-z-rzadko-spotykana-choroba)

Po Śląsku z żabami ze Strumienia 
Starszy sierżant oraz sierżant sztabowy wyruszyli spod komisariatu w Strumieniu w czwartek, 1 czerwca, zaopatrzeni w materiały promocyjne swojej gminy, jak zielone żabki na przykład. Szybko okazało się, że ich wyprawa nabrała charakteru sztafety, bo po drodze dołączali inni – policjanci, strażnicy miejscy, mieszkańcy. Na ziemi gliwickiej kawałek trasy przejechała z nimi nawet sama Wiktoria. 

- Rozgłos, jaki zaczął towarzyszyć naszemu skromnemu, prywatnemu przedsięwzięciu, był zaskakujący – opowiada Waleczek. Okazuje się, że wszędzie, gdzie rowerzyści mieli się pojawić, czekali funkcjonariusze, komendanci, rzecznicy prasowi, mundurowi innych służb, mieszkańcy, a w Wiśle nawet Adam Małysz. 

5 czerwca po południu rowerowa sztafeta dotarła do powiatu gliwickiego. Policjanci odwiedzili najpierw komisariat w Knurowie, potem w Sośnicy, dalej „trójkę” przy ul. Pszczyńskiej, „jedynkę” w centrum miasta oraz komendę miejską. W Gliwicach powitali ich strażnicy miejscy, którzy, również na rowerach, wskazywali gościom drogę. Na drugi dzień na trasie znalazł się komisariat przy ul. Warszawskiej oraz jednostki w Łabędach i Pyskowicach. 

Mundurowi zebrali pieniądze, poznali osobiście bohaterkę swojej akcji oraz zaliczyli cel drugi: historię jednostek. Bo ta u nas też ciekawa. W komisariacie przy Kościelnej na przykład był kiedyś żydowski dom starców, w komendzie przy Powstańców Warszawy – siedziba Górnośląskiej Spółki Brackiej (takiej dzisiejszej kompanii węglowej), a potem, za PRL-u, urząd bezpieczeństwa, zaś w komisariacie  pyskowickim, podczas wojny, siedzibę miało gestapo.   

Po wizycie na ziemi gliwickiej rowerzyści popedałowali dalej, w powiat tarnogórski. Na ich trasie znalazły się jeszcze, między innymi, Bytom, Będzin. Bielsko-Biała, Pszczyna, Mikołów, Częstochowa, Tychy, Zawiercie, Żory, Kłobuck. 

Zgodnie z planem, sztafeta dotarła na metę, czyli do KWP w Katowicach, po 14 dniach. Tu powitał ich zastępca komendanta wojewódzkiego, przedstawiciele komendy głównej, wojewody śląskiego, władz samorządowych, artyści oraz wszyscy, którzy wspierali akcję. Podano też zebraną dla nastolatki kwotę – było to około 40 tysięcy złotych, jednak zbiórka trwała dalej, więc ostateczna suma będzie większa. 

Na mecie nagrodzeni przez zastępcę komendanta wojewódzkiego zostali Mazurek i Waleczek – za wymyślenie i przeprowadzenia akcji, poświęcenie jej swojego prywatnego czasu i pieniędzy. Policjanci jednak od razu przekazali otrzymane koperty Wiktorii. 

Marysia Sławańska 






Galeria

wstecz

Komentarze (2) Skomentuj

  • Beblok 2017-07-13 10:35:49
    Urząd Bezpieczeństwa mieścił się w byłym szpitalu wojskowym, podobnie jak podczas wojny gestapo a po wojnie NKWD.
  • Magda 2017-07-14 00:49:34
    Fajna inicjatywa. O sporo zebranych pieniędzy ns szczytny cel. Brawo!!