Ich owoce trafiają głównie do mieszkańców Gliwic i powiatu gliwickiego, a wokół prowadzonego przez małżeństwo fanpage’a Truskawki z Wilczy wyrosła już spora społeczność lokalnych klientów.
Zaczęło się od małego ogródka
Truskawki są w rodzinie Ludwików od 48 lat. Ich uprawę rozpoczął Jan Ludwik, ojciec Grzegorza, a jego syn właściwie wychował się wśród truskawkowych grządek. Dziś razem z żoną prowadzi gospodarstwo liczące około 70 hektarów. Same truskawki zajmują ponad dwa hektary.
– Wszystko zaczęło się od uprawy ogródkowej, która powolutku rozrastała się na coraz większy obszar. Po przejęciu małego gospodarstwa zaczęliśmy je rozwijać. Truskawek docelowo chcielibyśmy mieć znacznie więcej – mówi Joanna Ludwik.
Zanim jednak pierwsze czerwone owoce trafią do koszyków, na polu trzeba wykonać mnóstwo pracy. Przygotowania zaczynają się nawet dwa lata wcześniej. Najpierw Ludwikowie wybierają odpowiednie pole i przedplon, badają glebę, a później przygotowują ziemię. Sadzonki trafiają do niej rok przed pierwszym zbiorem.
Odmiany Joanna i Grzegorz dobierają równie starannie. Korzystają z doświadczeń innych plantatorów, próbują owoców, sprawdzają ich wygląd i trwałość. Sadzą kilka odmian dojrzewających w różnym czasie, aby sezon trwał możliwie długo. W Wilczy rosną między innymi Rumba, Talia, Tea, Rendezvous i Malwina, a w kolejnym sezonie dołączą Cadenza i Scala.
W szczycie sezonu przy zbiorach i pielęgnacji pomaga do dziesięciu osób. Joanna i Grzegorz wychowują czworo dzieci, które pojawiają się także na polu i podczas sprzedaży.
Prosto z pola na talerz
Nazwa Truskawki z Wilczy pojawiła się w 2020 roku wraz z profilem na Facebooku. Ludwikowie chcieli ograniczyć sprzedaż hurtową i docierać bezpośrednio do klientów.
– Chodziło nam przede wszystkim o jakość. Chcemy, żeby klient dostał truskawkę jak najświeższą i najbardziej smakowitą, taką, która ma najwięcej wartości – podkreśla Joanna.
To właśnie ona prowadzi fanpage.
– Bardzo chcieliśmy pokazać, ile pracy rolnik wkłada w uprawę. Pomysły pojawiają się spontanicznie, bo pokazujemy to, co naprawdę się u nas dzieje – opowiada.
Początkowo klientami byli głównie mieszkańcy najbliższej okolicy. Facebook i poczta pantoflowa szybko zrobiły swoje. Dziś po owoce przyjeżdżają mieszkańcy Gliwic i powiatu gliwickiego, ale również stali klienci z Rudy Śląskiej, Mikołowa czy Bielska-Białej. Truskawki z Wilczy podróżują nawet do Niemiec.
– Nasi klienci są bardzo świadomymi konsumentami. Chcą wiedzieć, co kupują, od kogo i jak to rośnie. Przyjeżdżają do nas jak do dobrych znajomych. Widzą nas przy pracy, więc tutaj nie ma miejsca na żadną ściemę – mówi Joanna.
Nazwą Truskawki z Wilczy zaczęli posługiwać się inni sprzedawcy, dlatego Ludwikowie myślą o jej zastrzeżeniu. Dla nich oznacza ona zarówno jakość owoców, jak i relację z klientami.
Nie wszystko da się zaplanować
Najwięcej do powiedzenia na plantacji ma pogoda. Tegoroczne przymrozki opóźniły sezon, a późniejsze upały go skróciły. Gdy temperatura spadała, truskawki przykrywano agrowłókniną i rozpalano ogniska wokół plantacji. Większość owoców udało się uratować.
Zdarzają się również amatorzy darmowych truskawek, słoneczników, a nawet kolb kukurydzy. Joanna nazywa to częstowaniem się bez pytania i ma nadzieję, że pozostanie zjawiskiem sporadycznym.
Kolejne wyzwanie czeka przy straganach, gdzie lokalne owoce konkurują ceną z importowanymi.
– Gdy nasza truskawka dopiero wchodzi na rynek, greckie i serbskie owoce są już na nim od dawna. Są dużo tańsze i klienci często je wybierają – przyznaje Joanna.
Świeżą truskawkę można rozpoznać po jędrności, zapachu i zielonej, niezwiędniętej szypułce. Owoc powinien zachowywać kształt, zamiast rozpadać się w koszyku i puszczać sok.
Obok truskawek w Wilczy dojrzewają też maliny, agrest i słoneczniki. Apetyt na maliny – jak przyznają gospodarze – stale rośnie. Pomysłów na kolejne uprawy jest więcej, ale gospodarze zdradzą je dopiero wtedy, gdy sprawdzą, co z nich wyrośnie.
Estera Ciecierska


Komentarze (0) Skomentuj