Na zdjęciu wnętrza prywatne: widzimy niewielkie biuro Erwina Weichmanna z sekretarzykiem, przy którym pracował. Na blacie – postać ważnego dla niego poety, na ścianie, tuż pod ręką – zdjęcie domu tekstylnego z Gleiwitz. Cóż za inwestorska świadomość! 

Z Leszkiem Jodlińskim* o historiach Żydów z Górnego Śląska rozmawia Małgorzata Lichecka. 

Pana najnowsza książka wzięła się z tęsknoty, z chęci dobitniejszego upamiętnienia czy może z obowiązku historyka? 

O Żydach z Górnego Śląska napisałem między rokiem 2005 a 2019 kilkanaście tekstów, były jednak rozproszone, dlatego postanowiłem je zebrać, uzupełnić i dopełnić. Zatem w „Pustych krzesłach” mamy nowe materiały, jak chociażby kilka fotografii dotąd nigdzie niepublikowanych. Opowiadam historie ludzi niedocenianych przez współczesnych, a my, jako ich symboliczni sąsiedzi, winniśmy zadbać, by pamięć o nich była lepsza, a wiedza pełniejsza. Badanie losów bohaterów mojej książki często przypomina serię olśnień: jak w przypadku Karlinerów. Oto jestem w 2008 roku w paryskiej dzielnicy Le Marais, w Muzeum Pamięci Shoah, i nagle trafiam na krajana – Waltera Karlinera z Pyskowic, który jest w tym muzeum centralną postacią! To odkrycie nieoczekiwanie zbliżyło Paryż z odległymi i nierealnymi z tego punktu widzenia Pyskowicami. Pomyślałem wtedy, jaki ten świat mały, a zaraz potem, jak jeszcze niewiele wiemy o żydowskiej historii Górnego Śląska. 

Podobnie było z Ludwigiem Guttmannem, zazwyczaj spłaszczanym do figury twórcy paraolimpiady. A ja, otwierając pewną zieloną teczkę, myślałem o szpitalu żydowskim, który prowadził we Wrocławiu, będącym czymś w rodzaju szpitala przemienienia, do którego wchodzono i zaraz potem znikano, „odnajdując się” po drugiej stronie granicy, w Czechach, jeszcze potem emigrowano, najczęściej za ocean, do obu Ameryk. Tak, Śląsk jest pępkiem świata, wcale nie na uboczu tych historii, lecz bardzo często w głównym ich nurcie. Mam słabość, i w książce to chyba widać, do Franza Bernheima, ważnej postaci na trwałe wpisanej w dzieje prawa międzynarodowego. Więc idąc ulicą Zwycięstwa w Gliwicach, mijając dawny dom towarowy DEFAKA (dziś Ikar), jestem dumny, bo to tu rozgrywały się ważne dla świata wydarzenia. 

„Puste krzesła” – wymowny i jednocześnie pojemny tytuł. Opowiedział pan siedem i pół historii, jest ich jednak znacznie więcej, bo Żydzi ze Śląska to terra incognita. Nazwisk nie upamiętnionych jest dużo, a lista praktycznie się nie kończy. 

Inspiracją do napisania książki była fotografia zrobiona we wrocławskiej synagodze Pod Białym Bocianem. Widać na niej rzędy pustych krzeseł i posadzkę z gwiazdą Dawida. Fotografię miałem kilka razy w ręku, ale gdzieś tam odkładałem, skupiając się na innych, aż do mnie przemówiła, jakby czekając na moją uwagę. A znaczenie i pojemność – zamierzone. Ten obraz wydaje się więcej niż symboliczny dla losów Żydów z Górnego Śląska. Na puste krzesła można też patrzeć mniej pesymistycznie, bo przecież możemy się po prostu do kogoś przysiąść i wysłuchać jego historii, używając oczywiście wyobraźni, bo tych ludzi już nie ma. Zamykając oczy, możemy przenieść się do St. Louis, do Erwina Weichmanna czy do Lipawy i Hannah Kramer, która wzruszała się, ilekroć słyszała o szprotkach z Morza Bałtyckiego (urodziła się na Łotwie, ale po wojnie nigdy już tam nie pojechała). „Puste krzesła” czekają na kolejnych bohaterów i to niekoniecznie z pierwszych stron gazet, musimy być tylko uważni i chcieć ich wysłuchać. 

Kogo zatem posadziłby pan w pierwszym rzędzie? 

Siedzi w nim Bernheim i Guttmann, ale bardzo blisko nich także Erwin Weichmann, kupiec z wyobraźnią, który w konserwatywnym Gleiwitz postawił ultranowoczesny dom tekstylny. W „Pustych krzesłach” nie zajmuję się architekturą, choć, w niewielkim wymiarze, jest oczywiście obecna. Kreślę portret człowieka z krwi i kości. Ale gdy myślę Weichmann, od razu widzę mobilne miedziane domy zaprojektowane przez berlińczyka Roberta Kraffta, seryjnie produkowane dla Palestyny. To ten sam, który zaprojektował kawalerkę właściciela domu tekstylnego z Wilhelmstrasse 31a. 

W moim pierwszym rzędzie znaleźliby się, symbolicznie, ci, których nazwiska znamy z macew cmentarzy żydowskich, i tu się może narażę, ale nie byłoby wśród nich Oscara Troplowitza, bo myślę, że on już na tym krześle od dawna siedzi. Chciałbym natomiast, żeby pojawił się Cohn – jako postać ważna dla historii gminy żydowskiej z Katowic, dalej Erich Schlesinger, który mieszkał w Gliwicach do 1947 roku i złożył bardzo obszerne świadectwo w Żydowskim Instytucie Historycznym, a potem podobne w Leo Baeck Institute w Nowym Jorku o tym, co działo się z Żydami w Gliwicach do 1945. Myślę także o powszechnie szanowanym żydowskim prawniku Arthurze Kochmannie – dzięki jego relacjom i skrupulatnym raportom można, chwila po chwili, odtworzyć sytuację społeczności żydowskiej. Szczególnie, że był on też bardzo zaangażowany w tworzenie petycji Bernheima. 

Problem wykluczenia Żydów z Górnego Śląska, o którym mówi pan we wstępie do książki, bardzo często pojawia się w dyskursie publicznym. Chodzi o pamięć historyczną i niejako potrójne wykluczenie: najpierw, w latach 30., przez naród niemiecki, bo wielu Żydów czuło się Niemcami. Po 1945 roku „odrzucili” ich polscy Żydzi (bo Niemcy), w Niemczech był to także wstydliwy wątek. Do dziś to jedna wielka nieobecność, którą stara się przerwać kilku pasjonatów i instytucji, chociażby Dom Pamięci Żydów Górnośląskich, filia Muzeum w Gliwicach. Czy ten węzeł da się kiedyś rozplątać? 

Dodam do tego rzecz wcale nieułatwiającą odpowiedzi na to pytanie: są jeszcze środowiska żydowskie, które nie chcą (z różnych względów) uznać tej części swojej tożsamości. Badając losy Żydów niemieckich, więc także tych ze Śląska, spotykałem się z bardzo różnymi postawami: Erich Mendelshon po wojnie, już w USA, stał się Erickiem Mendelshonem i nie miał ochoty słuchać niczego, co brzmiało z niemiecka. Są ludzie, którzy, jeśli nawet raz na zawsze chcieli wyrugować to, że wychowali się w kulturze niemieckiej, często w ostatnich minutach, godzinach, tygodniach swojego życia mówili do bliskich wyłącznie po niemiecku. Taki paradoks. I proszę wybaczyć banalne określenie, ale tak, czas trochę leczy rany, a wiedza na pewno jest w tym działaniu elementem pozytywnym. 

Żydzi ze Śląska stali się elementem cokolwiek pomijanym i przemilczanym przez długi czas. W Polsce z oczywistych przyczyn byli niedostrzegani przez Żydów polskich, od których dzieliło ich wszystko, poczynając od języka i tak mocno manifestowanej przez Żydów niemieckich przynależności do tej kultury. W powojennych Niemczech poprawność polityczna sprawiła, że ci ze Śląska są praktycznie nieobecni w szerszej świadomości. Milczy o nich wystawa w Muzeum Śląskim, zdawkowo odnosi się do ich losów ekspozycja w Muzeum Historii Żydów Polskich Polin w Warszawie. 

Teksty z „Pustych krzeseł” mają ożywić te postaci, przywrócić należne im miejsce. Książka już trafiła do kilku osób w Izraelu i spływają do mnie informacje – od euforycznych po wyważoną wdzięczność. Może dlatego, że do dziś mówi się tam na takich ludzi „yekke” (od noszenia marynarek, na które mogli sobie pozwolić bardziej wyedukowani). Od tej tożsamości trudno im uciec, a totalne wyparcie spowodowało, że drugie i trzecie pokolenie niewiele wiedziało o swoich najbliższych. Dziś, po premierze książki, słyszę od tych ludzi: dobrze, że ktoś się tym zajmuje. To już procentuje, podobnie jak to, co robi Dom Pamięci Żydów Górnośląskich i inne środowiska odnoszące się do dziedzictwa śląskich żydów. 

W książce pojawiły się unikalne i dotąd niepublikowane materiały dokumentacyjne i fotograficzne. Ciekawi mnie, dokąd pan podążał za opisanymi postaciami, ruchliwymi często nie z własnej woli, goniącymi za karierą, lepszym życiem, ale też uciekającymi przed nazistami.

Jak już wspominałem na początku naszej rozmowy, nowością, i to ze światową premierą, są zdjęcia dokumentujące wnętrza prywatne, właściwie kawalerskie, mieszkania Erwina Weichmanna w domu tekstylnym w Gliwicach. Pokazuję także fotografię domu towarowego z jego sieci w Opolu – wszystkie o spójnym wyglądzie, począwszy od typografi, na aranżacji witryn skończywszy. Użyte formy wystroju, dekoracji wnętrz i stolarki konsekwentnie realizują artdecowską estetykę formalną. Trzeba pamiętać też o tym, że Weichmann miał wspólnika – 28 marca 1930 r. w gliwickiej kancelarii notarialnej Maxa Koppenhagena doszło do utworzenia spółki akcyjnej, a udziałowcami byli gliwiccy kupcy: Erwin oraz Max Altgassen. Do 1933 roku firma święciła triumfy, a obaj uważali ją za wielce udane przedsięwzięcie. Wracając do fotografii wnętrz prywatnych: widzimy na nich niewielkie biuro Weichmanna z sekretarzykiem, przy którym pracował. Na blacie – postać ważnego dla niego poety, na ścianie, tuż pod ręką – zdjęcie domu tekstylnego. Cóż za inwestorska świadomość. 

Oglądamy także sypialnię oraz łazienkę urządzoną w formie mini fitness, bo tuż przy drzwiach Weichamann, który prowadził sportowy tryb życia, zamontował bokserską gruszkę. Z tej łazienki do naszych czasów zachował się jedynie marmurowy blat. Opublikowałem również zdjęcie, którego nie mogło zabraknąć w eseju o tej postaci – widzimy na nim rodzinę Weichmanna w komplecie, ze służącą panną Duda (oryginalna pisownia z korespondencji – red.). Musiała wiele dla nich znaczyć, bo pisze o niej dość często w korespondencji ze mną Peter Winston, syn Erwina, mieszkający do swojej śmierci w 2014 roku w St. Louis. Spotkaliśmy się, wirtualnie, kiedy był już bardzo wiekowym człowiekiem i przenosił się do domu starości. To mój ostatni kontakt z rodziną Weichmanna. Być może nie była już zainteresowana tą historią. Na szczęście, jeszcze za życia Petera, trafiła do mnie spora część materiałów – niektóre fragmenty jego relacji wymagały oczywiście korekty, bo w 1933, roku emigracji całej rodziny, miał zaledwie 8 lat. 

Podróże geograficzne, dosłowne, związane z „Pustymi krzesłami”, dotyczyły Izraela i historii mających tam swoje finały lub ciągi dalsze. Odwiedziłem także Fundację Nowej Synagogi w Berlinie, wirtualnie – Instytut Leo Baecka w Nowym Jorku i Yad Vaschem. W tym ostatnim jest dużo więcej informacji niż w Nowym Jorku i Berlinie razem wziętych. No i oczywiście podróże po Polsce: do archiwów będących bezcennym źródłem wiedzy – wystarczy pojechać na Tłomackie 3-5, do Żydowskiego Instytutu Historycznego, a znajdziemy tam teczką osobową Ludwiga Guttmana, lekarza. 

W „Pustych krzesłach” prezentuje pan „szczęściarzy”. Cudzysłów jest konieczny, bo przecież doskonale wiemy, że większość przeszła przez piekło. Ale w odpowiednim momencie (czy istniał taki?) podjęła odpowiednie (czytaj: ratujące życie) decyzje. Udało się uciec i zacząć od nowa. Do pewnego stopnia, co wcale nie było łatwe, odnalazła się też w swoich nowych ojczyznach. 

Ósmą historią jest ta o nocy kryształowej – w Gliwicach i Bytomiu. Czytając teksty źródłowe, usiłowałem sobie wyobrazić, choć to w zasadzie niemożliwe, jak straszliwa musiała być to noc, skoro informacja o jej brutalności znalazła się nawet w prasie niemieckiej, sprzyjającej nazistom. Nie piszę o „szczęściarzach”, nie ma żadnego optymizmu. Być może w „Pustych krzesłach” nie wybrzmiewa to zbyt dobitnie, ale to opowieści o ogromnym poczuciu winy i niezasłużonym szczęściu tych, którzy przeżyli: każda z osób przeze mnie opisanych, kiedy już znalazła się w bezpiecznej odległości (czy taka w ogóle istnieje?!), słała listy i czekała na odpowiedzi, bo te oznaczały życie. A kiedy przestały przychodzić, był to znak, że bliskich już nie ma. Tak było w przypadku rodziny Weichmanna czy Hirschów. W pewnym momencie, tam – za granicą, przestawano mówić o najbliższych. A w uszach wciąż brzmiało: „czym myśmy zasłużyli, że żyjemy”. To gorzki smak tych opowieści, a szczęście było dla wszystkich moich bohaterów ekskluzywnym dobrem. Billy Wilder powiedział, że „pesymiści skończyli w Hollywood, a optymiści w Auschwitz”. Jakże to prawdziwe. I w mojej książce to powiedzonko znanego reżysera znajduje swoje tragiczne potwierdzenie. 


*Leszek Jodliński (ur. 1967 r. w Gliwicach) – historyk sztuki, menadżer kultury, dyrektor muzeów w Gliwicach, Śląskiego w Katowicach i Górnośląskiego w Bytomiu. Laureat nagród im. Wojciecha Korfantego (2013) oraz Śląska Rzecz (2011) za współtworzenie pierwszej w Polsce stałej trasy zwiedzania w Muzeum Śląskim (dla osób niewidomych i niedowidzących). Tłumacz „Dziennika Franza Pawlara. Górny Śląsk w 1945 roku. Opis pewnego czasu” (2015/2018), uznanego przez internautów za jedną z najlepszych książek historycznych 2016 roku. Od 2018 r. jest współwłaścicielem wydawnictwa Azory, nakładem którego ukazał się album „Gliwiczanie w fotografii odświętnej. Portret mieszkańców Gleiwitz” (2019). 


19 czerwca o godz. 18.30 w Stacji Artystycznej Rynek premiera książki „Puste krzesła”. Prowadzenie – Dariusz Walerjański. 

Galeria

wstecz

Komentarze (0) Skomentuj