Z Blanką Czekalską, podróżniczką i autorką bloga BPE Foto Podróże Małe i Duże, rozmawiamy o czerwonej sukience, która stała się jej znakiem rozpoznawczym, o górach, Bliskim Wschodzie, miejscach przereklamowanych i tych, które wciąż mają w sobie prawdziwą magię.

Ile masz czerwonych sukienek?
Jedną słuszną, która ze mną podróżuje, ale tak naprawdę chyba z dziesięć czerwonych i dziesiątki innych. W ogóle bardzo lubię żywe kolory, a sukienki to moja słabość. Są osoby, które idą po chleb a wracają z torebką albo z butami, a ja… wracam z sukienką (śmiech).

Skąd pomysł na to, żeby czerwona sukienka stała się Twoim znakiem rozpoznawczym?
Chciałam mieć coś charakterystycznego, coś, co będzie kojarzyło się właśnie ze mną. Tę konkretną sukienkę znalazłam chyba na Allegro i od razu wiedziałam, że będzie idealna. Jest lekka, po złożeniu zajmuje mało miejsca, prawie się nie gniecie, a do tego jest zawijana, więc bardzo łatwo ją założyć. Czasem wystarczy, że mam pod spodem top i spodnie, i już można zrobić zdjęcie bez rozbierania się (co zresztą jest nie na miejscu np. w krajach arabskich)
Oczywiście nie zawsze ją zakładam. Czasem nie ma warunków, czasem nie ma czasu, a czasem po prostu nie mam nastroju. Bywa, że sukienka jedzie ze mną przez całą podróż i nawet nie wyciągam jej z torby. Najczęściej wykorzystuję ją w plenerze, rzadziej w miastach.

Za tymi zdjęciami, po drugiej stronie obiektywu, stoi pewien człowiek…
Tak, najczęściej zdjęcia robi mój mąż. Dosłownie dwa razy próbowałam ustawiać telefon i robić je sama sobie, ale zwykle to właśnie on stoi za aparatem.
Niektóre zdjęcia są bardzo naturalne, bo sprzyja miejsce i pogoda, ale często przebranie się to prawdziwe wyzwanie. Zdarzało się robić nam sesje przy temperaturze około zera i przy silnym, porywistym wietrze. Tak było choćby pod Etną albo na wyspie Man. W takich momentach przebranie się trwało dosłownie chwilę, a potem od razu wracałam do kurtki, bo inaczej nie dałoby się wytrzymać.

Wasze zdjęcia z podróży pokazują tętniące życiem miasta, piękne kadry z przyrodą w tle, ale wiem też, że za wieloma z nich stoi wysiłek i niebezpieczeństwo.
Bo właśnie to lubię najbardziej — różnorodność. Zawsze staramy się, żeby w podróży było wszystko: miasta, krajobrazy, zwykłe włóczenie się po okolicy, ale też góry i bardziej wymagające wyprawy. Każda podróż jest inna i to jest w tym najciekawsze. Jeśli mamy konkretny cel górski, to oczywiście trzeba się na niego odpowiednio przygotować. Inaczej się wtedy pakujemy, inaczej planujemy, musimy być gotowi na różne warianty i niespodzianki.
Powyżej pięciu tysięcy metrów byliśmy dwa razy: w Himalajach i na Kilimandżaro. Był też czterotysięcznik - Toubkal, wiele 3-tysięczników: Teide, Etna, trochę szczytów w Kaukazie, czy Alpach i wiele mniejszych gór. Zresztą wysokość nie zawsze jest najważniejsza. Czasem dużo niższy szczyt okazuje się trudniejszy niż wysoka góra, jeśli warunki są gorsze albo szlak bardziej wymagający.
Bardzo mocno pamiętam Himalaje. W 2018 roku dotarliśmy do bazy głównej pod Everestem, na wysokość około 5400 metrów. Niestety przed samym końcem dopadło mnie zapalenie zatok i zrezygnowałam z noclegu w bazie. Moi chłopcy zostali tam jeszcze na noc, przy minus siedemnastu stopniach, w namiotach. Sam Everest jednak zobaczyłam i to było ogromne przeżycie.
Przy najbardziej ekstremalnych wyprawach korzystamy z pomocy przewodników i Szerpów, bo na tej wysokości człowiek bardzo szybko traci siły. Pamiętam to dobrze z Kilimandżaro. Powyżej 5000 miałam wrażenie, że mój plecak waży tonę. Dosłownie z minuty na minutę. I wtedy człowiek musi odpuścić , nie „strugać” bohatera, tylko oddać plecak komuś lepiej zaaklimatyzowanemu.

Zdarzyło Ci się w podróży naprawdę otrzeć o niebezpieczeństwo?
Tak, wiele razy, ale najgorzej wspominam trudną sytuację w górach. Weszliśmy w mgłę, zaczęło potwornie padać, praktycznie nie było widać, gdzie iść dalej. W pewnym momencie źle zeszliśmy i skończyło się to moim bardzo poważnym upadkiem. Mąż opatrzył mi rany i nie było wyjścia — trzeba było iść dalej. To była chyba najgorsza górska sytuacja, jaka mi się przytrafiła. A było to zaledwie na 1000 metrów n.p.m.
Mocnym doświadczeniem była też Etna. Szliśmy z przewodnikiem i on od razu powiedział, że albo idziemy ekspresem, albo nie bierze za to odpowiedzialności. Udało się wejść, ale już przy zejściu wulkan zaczął dymić. Miejsce, do którego wtedy dotarliśmy, kilka dni później, po erupcji (największej zresztą w tym stuleciu), właściwie przestało istnieć.
Znaleźliśmy się też w innej trudnej sytuacji w Hongkongu. Był to czas, kiedy przez rejon przewijały się największe protesty i niechcący trafiliśmy na „linię ognia”, bo kiedy 2 miliony ludzi wyszło na jedną ulicę, pechowo właśnie przy niej zarezerwowaliśmy nocleg. Dokładnie pod naszym hotelem, jak tylko dopadliśmy jego drzwi, rozbierano już kostkę brukową i chwile później rozpylono gaz łzawiący. Siedzieliśmy wtedy uziemieni przez dobre kilka godzin. Z kolei w innym miejscu (podczas tej samej podróży) udało nam się opuścić hotel minutę przed tym, jak objęto obiekt kwarantanną, bo znaleziono w nim osobę, która uciekła z Wuhan z zapaleniem płuc. A było to 2 miesiące przed tym jak wirus dotarł do Europy.

Zwiedziłaś już kawał świata. Liczysz te miejsca? I czy są regiony, które szczególnie zapadły ci w pamięć?
Odwiedziliśmy pięćdziesiąt dziewięć krajów. Wliczam w to także terytoria niezależne czy miejsca o szczególnym statusie, które formalnie nie zawsze są osobno liczone jako państwa, ale mają swoją odrębność.
Bardzo mocno został mi w pamięci Bliski Wschód. To są ciekawe miejsca i naprawdę wspaniali ludzie. Mam takie poczucie, że często właśnie tam, gdzie dzieją się trudne rzeczy, spotyka się ludzi najbardziej serdecznych i otwartych. Z tamtych podróży zostało mi mnóstwo dobrych wspomnień.
W Kuwejcie już pierwszej nocy po przylocie trafiliśmy na wesele. Poznaliśmy w hotelowej windzie parę, która przyjechała tam na swój ślub. Mieszkali w Stanach, ale w Kuwejcie mieli rodzinę. Wystarczyła rozmowa w windzie, aby dostać zaproszenie na wesele. Długo się zastanawialiśmy, czy iść, bo nie mieliśmy ani odpowiednich ubrań, ani nie znaliśmy zwyczajów. Uznaliśmy jednak, że taka okazja może się nigdy nie powtórzyć. I rzeczywiście, było warto, bo bawiliśmy się świetnie prawie do rana i jest teraz o czym opowiadać.
W ogóle bardzo lubimy rozmawiać i poznawać nowych ludzi. W Kuwejcie mieliśmy jeszcze jedną taką sytuację. Trafiliśmy do Biblioteki Narodowej i poznaliśmy jego założyciela z żoną. Spędziliśmy z nimi kilka godzin na ciekawej rozmowie. Takie spotkania zostają w pamięci równie mocno jak krajobrazy.
Ostatnio byliśmy na przykład w Maroku — spędziliśmy sporo czasu w Marrakeszu, byliśmy też w Atlasie. Mieszkaliśmy w Medynie, ale nie w tej najbardziej turystycznej części, tylko bardziej lokalnie. I to było świetne, bo po chwili człowiek zaczynał już rozpoznawać ludzi z okolicy, a oni rozpoznawali nas.

Czy świat cię nie rozczarował? Pytam zarówno o ludzi, jak i o same miejsca.
Jeśli chodzi o ludzi, to szczerze mówiąc — nie. Nigdy nie miałam takich naprawdę przykrych doświadczeń z mieszkańcami odwiedzanych krajów. Jedyne miejsca, w których czułam się niepewnie, były w zachodniej Europie. Zdarzyło mi się na przykład wejść samotnie w nieciekawą dzielnicę Brukseli i wtedy zrobiło się nieprzyjemnie. Ale poza tym świat mnie pod tym względem raczej nie rozczarował. Nawet jeśli chodzi o drobne kradzieże, to jedyne złe doświadczenia miałam we własnym mieście, a nie gdzieś daleko.
Jeśli chodzi o miejsca, to dziś coraz wyraźniej widzę, jak bardzo psuje je masowa turystyka. Są kraje i miasta, które przez nadmiar turystów tracą atmosferę. Bardzo źle odebrałam na przykład Barcelonę. Uważam, że została mocno popsuta przez tłumy. Podobne odczucia miałam wobec Japonii. Oczywiście były tam piękne, magiczne miejsca, ale przy takiej liczbie turystów wiele miejsc traci swój klimat. Kiedy w sezonie stoi się np. dwie godziny do toalety i nie można się ruszyć w tłumie, cała magia po prostu znika.

Stąd pewnie nazwa waszego bloga — Foto Podróże Małe i Duże.
Dokładnie tak. Te małe podróże są dla mnie równie ważne jak wielkie wyprawy. Publikuję relacje z nich na bieżąco. Coraz częściej myślę też, że egzotyka bywa przereklamowana. Wydaje nam się, że to, co dalekie, będzie automatycznie zachwycające, a tymczasem bardzo wiele pięknych miejsc mamy znacznie bliżej. Czasem ktoś patrzy na moje zdjęcie i jest przekonany, że zostało zrobione gdzieś na drugim końcu świata, a to okazuje się miejscem istniejącym prawie za rogiem.
Teraz wybieramy się do Czech. Blisko, ale to też jest podróż. I bardzo lubię taki sposób patrzenia na świat. Nie wszystko musi oznaczać odległy lot i wielką wyprawę, żeby było wartościowe.

A są miejsca, do których wróciłabyś bez wahania?
Tak. Na liście moich ulubionych miast jest: Ryga, Tallin, Praga, Lizbona. Uwielbiam też Skandynawię: Islandia, Norwegia, Dania i północ w ogóle. Najwyraźniej w poprzednim wcieleniu byłam córką Wikinga. Może dlatego południe Europy coraz mniej mnie pociąga. Lubię miejsca spokojniejsze, mniej przereklamowane, takie, których nie znajdziecie w folderach biur turystycznych, w których można naprawdę poczuć przestrzeń i rytm miejsca.
Coraz bardziej cenię podróże, w których nadal da się coś przeżyć naprawdę, a nie tylko przeciskać się przez tłum. Niebywałe, ale nadal można znaleźć na świecie miejsca, w których jest się jedynymi turystami.

Rozmawiała: Adriana Urgacz-Kuźniak

Blanka Czekalska
architekt z zawodu, dekorator wnętrz i grafik z zamiłowania. Fotograf i podróżniczka z pasji. Sądeczanka, od 2009 roku mieszkająca wraz z rodziną w Gliwicach. Jej rodzinny „team” składa się z 3 osób (nazwa bloga „FOTO podróże BPE” to od inicjałów imion). Rodzinnie przeszli większość gór Polski, Słowacji, Czech, a także Alpy, czy Kaukaz. W 2018 roku z 14-letnim wówczas synem dotarli także w Himalaje (do Everest Base Campu - na wysokość ponad 5400 m n.p.m.). Od 2022 roku syn jest pełnoletni i przeciera już własne szlaki, a Blanka z mężem podbija świat najczęściej bez niego. Obecnie podróżnicy mają na koncie już prawie 60 krajów. We wrześniu 2023 roku zdobyli wspólnie Dach Afryki, czyli Kilimandżaro (5895 m n.p.m.). 

Galeria

wstecz

Komentarze (0) Skomentuj