Przerażona kobieta z dzieckiem na rękach wpadła do siedziby straży pożarnej w Pyskowicach. Jej córeczka nie oddychała. Gdyby nie opanowanie i profesjonalizm strażaków, strach pomyśleć, co mogło się stać. 
Mimo że za płotem siedziby pyskowickiej PSP znajduje się budynek pogotowia, matka przybiegła po pomoc właśnie do strażaków. Ci zaś na pogotowie nie czekali, ale sami zaczęli małą dziewczynkę reanimować. Gdy po kilku minutach pojawili się ratownicy medyczni, dziecko znajdowało się już w stanie stabilnym.

Cała akcja, jaka miała miejsce w czwartek, 21 lipca tuż po godzinie 12.00 w dyżurce jednostki, trwała zaledwie cztery minuty. Dla aspiranta sztabowego Mariusza Staniocha oraz starszego sekcyjnego Radosława Rusinowskiego – bardzo długie cztery minuty.      

- Była godzina 12.11, siedziałem w dyżurce sam, kiedy z ulicy wbiegł jakiś mężczyzna. Zdenerwowany krzyczał, że na chodniku leży dziecko i nie oddycha, że potrzebna jest pomoc. Jeszcze mówił, gdy do budynku wpadła kobieta z dwuletnią dziewczynką na rękach. Krzyczała, że jej córka upadła i nie oddycha – relacjonuje Mariusz Stanioch, strażak z 19-letnim doświadczeniem. - Od razu zauważyłem, że mała jest nieprzytomna. Zawołałem kolegę, który ukończył ratownictwo medyczne, a sam delikatnie ułożyłem dziecko na podłodze, ustabilizowałem kręgosłup i udrożniłem drogi oddechowe. W tym czasie przybiegł już Radek i przejął działania.

Radosław Rusinowski w straży pożarnej służy osiem lat. Ukończył szkołę dla ratowników medycznych i nie raz swoje umiejętności wykorzystywał, nie tylko podczas służby. - Radek zawsze pomaga ludziom, także w czasie wolnym. Kiedy jest świadkiem jakiegoś wypadku, od razu reaguje, udziela pierwszej pomocy – mówi brygadier Adam Lachowicz, dowódca pyskowickiej jednostki.    
Dobrze, że dziewczynka trafiła na kogoś takiego, jak Radek Rusinowski. Błyskawicznie, fachowo i z opanowaniem zabrał się do akcji ratowniczej. I choć stres był, co sam przyznaje, jednak nie przeszkodził mu w sprawnym działaniu. 

- Sprawdziłem drożności dróg oddechowych i funkcje życiowe. Dziewczynka nie oddychała, a jej tętno było słabo wyczuwalne. Moi koledzy pobiegli po torbę medyczną, wezwali pogotowie, ale ja nie mogłem czekać. Dziecko robiło się już sine. Zacząłem więc wentylację bez sprzętu. Mała złapała oddech, bardzo płytki, zaraz ponownie go straciła. Sytuacja się powtórzyła – opowiada Rusinowski.

Strażak nie dawał za wygraną. Po trzeciej wentylacji dziewczynka zaczęła płakać – to był dobry znak. Kiedy na miejsce przybiegli ratownicy pogotowia, była już przytomna, a jej stan - stabilny. Przewieziono ją do szpitala, gdzie stwierdzono, że życiu i zdrowiu nic nie zagraża. Radosław i Mariusz, ich dowódca oraz koledzy poczuli wielką ulgę.

Strażacy zostaną z pewnością za swoją wzorową postawę nagrodzeni. Ale największą radość i tak sprawia im coś innego. - Może to, co teraz powiem, zabrzmi jakoś górnolotnie, ale proszę mi wierzyć: życie tej dziewczynki jest dla nas najlepszą nagrodą – zapewnia aspirant sztabowy Stanioch.   

- Jestem bardzo dumny z moich ludzi– mówi brygadier Lachowicz. - Tym bardziej że sytuacja, w jakiej się znaleźli, była niecodzienna. Gdy zostają wezwani do akcji, wiedzą już, czego mniej więcej mogą się spodziewać na miejscu, mają rozdzielone konkretne zadania, a podczas jazdy wozem przygotowują się psychicznie. Tu nie mogli. Kobieta z dzieckiem zjawiła się u nas nieoczekiwanie.

Strażacy często mają do czynienia z dziećmi podczas swoich akcji. Jednak nie ratowali jeszcze dziecka tak małego i w tak poważnym stanie. Przeważnie, gdy jadą na przykład do wypadku drogowego, bardziej poszkodowani są dorośli, którzy nie zapinają pasów bezpieczeństwa. Maluchy, na szczęście, są zapięte zawsze i siedzą w fotelikach, co je ratuje – doznają więc przeważnie niegroźnych otarć. A rola strażaka polega wówczas na przytuleniu takiego dziecka, rozmowie, wsparciu psychicznym. Dlatego strażacy przy każdym wyjeździe mają w wozie, tuż pod ręką, pluszaka ratownika lub inną maskotkę.   

- Strażacy zawsze przeżywają akcje – mówi dowódca Lachowicz. - Widzę ich zwieszone głowy, smutne miny, kiedy, mimo starań, nie udało się kogoś uratować. Z drugiej strony widzę ogromną radość i pozytywne naładowanie, gdy się uda. Tam było i tym razem. 
     
Jak się okazało, matka dziewczynki, mieszkanka Gliwic, była w Pyskowicach z koleżanką u kosmetyczki (salon znajduje się w pobliżu siedziby straży). Po tej wizycie, już na ulicy, dwulatka z jakiegoś powodu zaniosła się płaczem, po czym przewróciła i uderzyła czołem w chodnik – tak wynika z relacji kobiety.    

(sława)

Na zdjęciu od lewej: aspirant sztabowy Mariusz Stanioch i starszy sekcyjny Radosław Rusinowski. 






wstecz

Komentarze (6) Skomentuj