„Co za gospody w tej Polsce! Co za kuchnia: mięso jest tu tkaniną z grubych sznurów. Myślisz, że jesz, krajesz konopie, które ci zostają w zębach”. Takie przykre wspomnienia kulinarne zostawiły Honoriuszowi Balzakowi Gliwice, które rzekomo odwiedził w trakcie podróży z Francji na Ukrainę, gdzie mieszkała jego przyjaciółka, a późniejsza żona Ewelina Hańska.
Słynny powieściopisarz francuski prawdopodobnie zjadł ten posiłek Pod Złotą Gęsią, gdzie później mieściła się restauracja Bagatela. Złotej Gęsi już nie ma, a i Bagatela odeszła w zapomnienie. Na początku 2015 roku kultowa gliwicka restauracja zamknęła podwoje. Był w niej jakiś nadzwyczajny klimat, wspomnienie czasów, które bezpowrotnie odeszły. Boazeria na ścianach, kamienna podłoga, bar z laminatu.... Czas zatrzymał się na późnym PRL-u. I choć nie wszystkim się restauracja gliwickiego Społem podobała, przez dziesięciolecia miała liczne grono zadowolonych konsumentów. 

Gotuj z Honeckerem
Bogumiła Kulesza przyszła do pracy w Bagateli w styczniu 1986 roku. 
- Zatrudniona byłam w innej jadłodajni społemowskiej - Grilleksie i ówczesna kierowniczka zapytała, czy nie chciałabym przenieść się do nowej restauracji, którą spółdzielnia otwiera na Matejki - wspomina. - Nie wahałam się ani chwili i nigdy tej decyzji nie żałowałam. Przepracowałam w Bagateli, jako kelnerka, 25 lat!  

Kulesza mówi, że zanim Bagatela przyjęła pierwszych gości, przez kilka tygodni trwał wielki remont i doposażanie restauracji. 
- Wiele lat lokal stał pusty. Podobno wcześniej zawalił się strop i potrzebny był generalny remont. Co znajdowało się tu przedtem? Nie wiem, przed wojną hotel i restauracja Pod Złotą Gęsią. A po wojnie? Klienci mówili nam, że też restauracja. Ale czy to prawda?

Elżbieta Korol w Bagateli pojawiła się miesiąc po swojej koleżance i tak jak ona była kelnerką. 
- W lutym 2015 obchodziłabym 29. rocznicę pracy. Niestety, nie doczekam, bo z końcem stycznia restaurację zamknięto. Żal mi, pozostawiłam tam cząstkę siebie. Zżyłam się z klientami, niektórzy byli dla mnie jak rodzina...

Legendarne kelnerki gliwickiej Bagateli wspominają pierwsze tygodnie pracy przy Matejki, kiedy PRL chylił się ku schyłkowi, ale braterska przyjaźń między krajami tzw. demoludów trwała w najlepsze. 

- Nasze miasto miało związki z Dessau w Niemieckiej Republice Demokratycznej i włodarze obu miejscowości wymyślili kulinarną wymianę – mówi Kulesza. - Nasi kelnerzy, kucharze pojechali za zachodnią granicę, a w Bagateli na początku 1986 roku zorganizowaliśmy tydzień kuchni NRD.
- Do naszej restauracji przez tych kilka dni ciągnęły prawdziwe tłumy gliwiczan – dodaje Korol. - Każdy chciał spróbować, jak smakuje golonko po bawarsku, bratkartoffel. Cztery kelnerki i dwaj kelnerzy uwijali się jak w ukropie. Dodatkowo bufetowa i jej pomoc. Trzydzieści osób personelu! Przez kolejne trzy lata powtarzaliśmy tę imprezę.

Kawa na wynos
Bagatela święciła sukcesy i miała nadzwyczajne wzięcie u konsumentów. W niedzielę, żeby zająć stolik, trzeba było czekać w długiej kolejce. W sklepach pustki, a w Bagateli można było zjeść roladę z kluskami i kapustą, schabowego, wypić kawę, wódkę, piwo. Takie to były dziwne czasy.

- Cała jedna ściana została obwieszona proporczykami różnych państw bloku socjalistycznego – wspomina Korol. - Dostawałyśmy je od klientów. Potem, jak jakaś delegacja obcokrajowców zajmowała u nas stolik, to stawialiśmy na nim proporczyk kraju, z którego przyjechali. Byli mile zaskoczeni.

- Na jeden dzień dostawałyśmy jedną tylko skrzynkę piwa – dopowiada Kulesza. - Bywało, że do godziny jedenastej nie było już po niej śladu. A przecież miałyśmy swoich stałych gości i przedstawicieli różnych ważnych służb. Trzeba było kombinować i mieć zawsze kilka butelek na podorędziu.

Bagatela zrobiła się modna. Na poranną jajecznicę, kabanosa, śledzia przychodzili tutaj adwokaci i okoliczni rzemieślnicy. Restauracja stała się ulubionym miejscem spotkań gliwickich taksówkarzy. Każdy obowiązkowo wypijał tutaj filiżankę kawy. A że tej brakowało na rynku, w Bagateli można ją było kupić w porcjach na wynos. Z cukrem. Oczywiście znacznie drożej niż w sklepach.

Klient nasz pan
- Jednym z naszych ulubionych klientów był nieżyjący fotoreporter „Nowin” Jan Suchan – mówi Kulesza. - Niezwykle sympatyczny i emanujący ciepłem człowiek. Lubił do nas wpaść na śląski obiad. Podobnie jak prezes „Nowin”, świętej pamięci Wacław Węgrowski.
- Równie mile wspominamy Zbigniewa Łabiaka, który był szefem gliwickich taksówkarzy. A pan Walter Lorek przychodził do nas codziennie po pracy. Zjadł coś, wypił kieliszeczek rumu, poczytał, pożartował... - dodaje Korol. - Wszyscy oni mówili, że u nas jest klimat, że tak swojsko, rodzinnie.

Bagatelę polubiło też wiele innych osób i środowisk. W każdą środę spotykał się tutaj Klub Gazety Polskiej. Kilka razy w tygodniu w Bagateli swoje turnieje rozgrywali brydżyści. W poniedziałki Bagatela była miejscem spotkań zarządu Gliwickiego Stowarzyszenia Modelarzy Lotniczych. Od wielu lat spotykały się tutaj byłe pracownice poczty, banku.

- A tam, przy trzecim stoliku – pokazuje palcem Korol - siedział kiedyś Damian Damięcki. Pamiętam, jadł golonko z zasmażaną kapustą. A tuż obok jakaś pijana para się wygłupiała. Przeprosiłam go za incydent, a ten z uśmiechem odpowiedział: nie ma za co, fajną komedię zobaczyłem.

Gliwicką Bagatelę znali też: Jerzy Kryszak, Marcin Daniec, Wojciech Młynarski, Michał Bajor, Robert Janowski, Wojciech Pokora, Karol Strasburger, Stefan Friedmann, Dorota Stalińska i wielu, wielu innych. Tłumy gliwiczan czekały w szatni na ich autografy.

Gdzie jest klucz?
- Bywali u nas różni ludzie – opowiada Kulesza. - Pewnego dnia przyszedł dobrze ubrany jegomość, zjadł obiad, wypił koniaczek, wziął paczkę papierosów i poprosił o rachunek. „Ale chciałbym w międzyczasie skorzystać z toalety”, zakomunikował. Dałam mu kluczyk i tyle go widziałam. Musiałam nie tylko zapłacić z własnej kieszeni za jego obiad, ale jeszcze na domiar złego sfinansować wymianę zamka w toalecie.

- Ja kiedyś najadłam się strachu, jak podjechało pod nasz lokal kilka luksusowych samochodów i wysiedli z nich "łysole" – mówi Korol. - Karki szerokie, złote łańcuchy na szyjach i rękach. Nie do śmiechu mi było, kiedy weszli. Zamówili same wykwintne dania. Na szczęście zapłacili za wszystko i grzecznie wyszli.

- A pamiętasz, Elu, tych dwóch, którzy weszli kiedyś i zaczęli się do nas przymilać, jakbyśmy się znały z nimi, nie wiedzieć, jak długo? – wspomina Kulesza. - To, jak się okazało, był ich sposób na wyłudzenie pieniędzy. Przyszli wtedy z dwoma innymi, prawdopodobnie Rosjanami. Zamówili kawę, pogadali, wzięli od nich pieniądze – zaliczkę na samochód i powiedzieli, że zaraz wrócą. Wyparowali jak kamfora. Ruscy wyskoczyli do nas z pretensjami, że mamy powiedzieć, kim są ci nasi znajomi, ale my byłyśmy Bogu ducha winne. Widziałyśmy ich pierwszy raz.                                   

Gdzie się podziały tamte prywatki?
Bagatela to huczne wesela, niezapomniane dancingi, imprezy sylwestrowe. Oj, działo się tutaj. - Wesela robiliśmy tak do 60 osób, żeby nie było zbyt ciasno – mówi Kulesza. 

- Pierwsze dancingi pojawiły się w latach 90. i przez cały czas cieszyły niesłabnącym powodzeniem – przekonuje Korol. - Wymyśliła je nasza ówczesna kierowniczka Lidia Kisiela. Piątkowe potańcówki skojarzyły nawet pary, które później miały wesela – a jakże - w naszej Bagateli. Młodzi ludzie mieli swoje dyskoteki, ci dojrzalsi wpadali na tańce.

Przyszła też w któryś piątek, na dancing, samotna pani i usiadła przy stoliku. Obok siedział mężczyzna. Zapytał Kuleszę, czy zna tę panią. Kelnerka mówi, że tak, że przychodzi, że miła, spokojna. „Pani Bogusiu, zapyta pani, czy mogę się się dosiąść?”. Co miała zrobić? Podeszła, zapytała i... została swatką. Para jest wciąż razem.   
                                       
To już jest koniec
Polska rzeczywistość zmienia się z każdym rokiem. Zmienia się też mapa kulinarna naszego miasta. Jedne restauracje są zamykane, w ich miejsce powstają nowe. Bagatela opierała się dzielnie. Poległa dopiero, gdy okazało się, że kamienica, w której się znajduje, nie należy już do Społem, a do miasta. Rynkowego czynszu by nie udźwignęła.   

- Pozostał żal, bo nasza Bagatela była już restauracją wielopokoleniową – smucą się moje rozmówczynie. - I co z tego, że malkontenci narzekali, że u nas komuna, że czas się zatrzymał. My zawsze miałyśmy klientów. Byli tacy, którzy mieli u nas imprezę z okazji chrztu, komunii, a potem bawili się tu na swoim weselu. 

Andrzej Sługocki 



Galeria

wstecz

Komentarze (4) Skomentuj

  • Jolka 2016-11-15 20:35:53
    Żal Bagateli. Moi rodzice się tam poznali ja też miałam sentyment do tego miejsca....
    • Basia W. 2016-11-24 16:08:28
      Nie rozumiem dlaczego tak sławną restaurację zamknęło miasto. Zawsze miała ta restauracja specyficzny klimat, duży popyt i swoich stałych, wiernych klientów. O takie, lokale powinno dbać miasto bo to była jego wizytówka i obraz historii Gliwice poprzez ten lokal. Jedyny taki lokal dla ludzi starszych i nie tylko, był doskonałym miejscem do spotkań i odpoczynku. Miasto powinno dbać o swoją renomę i o swoich mieszkańców.
  • ers 2017-01-04 15:15:08
    Jakim cudem Balzac mógł napisać o Gleiwitz: "Co za gospody w tej Polsce!"? Przecież w tamtych czasach było to niemieckie miasto! Wątpię, że jegomość nie wiedział, gdzie się znajduje. Czy tu ktoś powtarza elementy PRL-owskiej propagandy że Śląsk wiecznie piastowski i zawsze polski?
  • Gość 2017-06-29 13:46:29
    "Bagatela" znalazła nowego najemcę...