Pani Ewa nie na żarty się przestraszyła, kiedy tuż przed świętami w okolicach jej domu w Żernicy, w ciągu kilku minut, przeleciała seria rakiet dymnych, które wylądowały nieopodal padoku z końmi. Zwierzęta wpadły w panikę.  - Moim zdaniem, te środki pirotechniczne wystrzelone zostały z poligonu przy ul. Ku Dołom – mówi gliwiczanka. - Nie chcę myśleć, co by się stało, gdyby wylądowały między samochodami. Murowana katastrofa drogowa. 
   
Wojsko przekonuje, że to nie jego sprawka. - Jednostki z garnizonu Gliwice, prowadzące zajęcia w rejonie obiektu szkoleniowego "Wójtowa Wieś", nie wykorzystywały środków pozoracji, mogących spowodować opisane w zgłoszeniu skutki – informuje major Adam Żabiński z 4 Wojskowego Oddziału Gospodarczego w Gliwicach.

Zabudowania pani Ewy są ostatnimi przy ul. Powstańców Śląskich w Żernicy. Za nimi tylko padok, gdzie wypasają się konie, około dwustumetrowy pas ziemi uprawnej i autostrada A4. Za nią z kolei, w odległości kilkuset metrów, znajduje się poligon "Wójtowa Wieś". 

- W Żernicy jesteśmy już przyzwyczajeni do sąsiedztwa poligonu i prowadzonych na nim działań szkoleniowych, wybuchów, trzęsących się szyb w oknach, ale po raz pierwszy zdarzyło się, że ćwiczenia przeniesiono na teren prywatny - twierdzi pani Ewa.

Jej zdaniem, 18 grudnia w godzinach południowych od strony poligonu  wystrzelono w stronę domostw kanonadę rac, które z wielkim świstem przelatywały nad autostradą i lądowały tuż obok koni, będących akurat na padoku.  Zaraz po tym zdarzeniu kobieta próbowała skontaktować się z kimś z wojska, ale nigdzie nie znalazła właściwego telefonu. Roztrzęsiona zadzwoniła pod numer alarmowy 112. 

- Połączono mnie z komisariatem policji w Knurowie. Dyżurny wysłuchał i obiecał sprawę sprawdzić. Zasugerował jednak, że najpewniej to młodzież zabawia się przed końcem roku i odpala petardy.

Po kilku godzinach mieszkanka Żernicy ponownie zadzwoniła na policję. Ten sam dyżurny powiedział, że wysłał na poligon patrol, który, po rozmowie z jakimś żołnierzem, usłyszał, iż w tym dniu były prowadzone ćwiczenia polegające na namierzaniu celu wojskowego. Żołnierz miał jednak dodać, że niemożliwe jest,  by jakiekolwiek środki pirotechniczne przeleciały przez autostradę.  

- Ładny to cel: prywatne domostwa - złości się pani Ewa. - Jeśli oni tak namierzają, to uchowaj nas, Boże, przed wojną. Totalny brak profesjonalizmu.

Major Żabiński, rzecznik prasowy 4 WOG, z którym się skontaktowaliśmy, obiecał sprawę sprawdzić. Po kilkudziesięciu minutach odezwał się, informując, że 18 grudnia w godzinach południowych żołnierze nie ćwiczyli na poligonie przy ul. Ku Dołom i nie używali tym samym hukowych czy błyskowych środków pozoracji.

Minął weekend i nagle… było inaczej. - Przeprowadziliśmy dochodzenie. Okazało się, że wspomnianego dnia były jednak prowadzone zajęcia szkoleniowe – przyznaje major. - Ale nie wykorzystywano środków pozoracji, mogących spowodować opisane w zgłoszeniu skutki – zapewnia.
Kto zatem strzelał? 
 
(san)

Galeria

wstecz

Komentarze (1) Skomentuj

  • Barańska Teresa e mail terenia-andrew@tlen.pl 2019-01-15 11:28:53
    Jest to nie pierwsza sytuacja gdzie z przyczyny ćwiczeń wojskowych na poligonie w Gliwicach latają race czy petardy . 1 kwietnia 2018 r wylądowały na ogródkach działkowych Wójtowianka gdzie uległy spaleniu dwie altanki . Oczywiście wojsko się wyparło . Była prowadzona sprawa ale oczywiście przegraliśmy . Osiem dni później raca spadła na dach domku rodzinnego i tego już się wyprzeć nie mogli bo były niezbite dowody .Niestety dogadali się z właścicielem i sprawy nie było . A jak się dogadali to wiadomo .