Mówienie o nim „amator” jest nieuprawnione, chociaż Akademii Sztuk Pięknych nie skończył. Niewielu jednak wie, że to jego ręce stworzyły piękną ornamentykę kamienic nad gliwickim McDonalds’em i przy ul. Wyszyńskiego. To one odtworzyły spaloną w pożarze kościoła pw. Podwyższenia Krzyża Świętego chrzcielnicę. Takich sukcesów ma zresztą bez liku.
  
      Jerzy Chachuła (68 l.) nie lubi się chwalić, bo sztukę uważa za coś, co pozwoli mu odcisnąć swój ślad na ziemi. – Mnie już nie będzie, a moje prace zostaną – zagaja filozoficznie. – Dzisiaj sztuka pozwala mi zapominać o chorobie, z którą się zmagam. Mam raka i dziękuję Bogu za każdy przeżyty dzień.
     Pan Jerzy mieszka w Sośnicowicach. Wśród pól i lasów w każdej wolnej chwili oddaje się swojej pasji. A zaczęło się bardzo, bardzo dawno temu. – Mieszkałem w Gliwicach i miałem to szczęście, że moi rówieśnicy, zamiast uganiać się wyłącznie za piłką, lubili też dłubać coś w drzewie, glinie – wspomina. –  Chodziłem na zajęcia do Stacji Młodego Technika w Gliwicach.
    Rodzice nie przywiązywali jednak należytej wagi do hobby syna i wysłali go do szkoły samochodowej. Kiedy ją skończył, poszedł do wojska i kuriozalnie właśnie w armii dalej szlifował swój artystyczny talent. – Tworzyli akurat grupę plastyczną. Byli stolarze, artyści, kowale, malarze i rzeźbiarze… Zgłosiłem się. Była to alternatywa dla innych obowiązków w wojsku, które – jak wiadomo – do łatwych nie należą. Poznałem tam wielu ciekawych ludzi, np. Ziutka Pawlaka z Krakowa. Razem tworzyliśmy potężne płaskorzeźby z gipsu o tematyce wojskowej: przeprawa przez Odrę, bitwa pod Lenino… Kiedyś miałem mały wypadek. Do oka dostał mi się amoniak i na 3 miesiące znalazłem się w gliwickim szpitalu wojskowym. Ktoś dowiedział się, że rzeźbię i doniósł  komendantowi. Ten poprosił mnie o zrobienie dla szpitala płaskorzeźby. Zgodziłem się. Wziąłem do pomocy dwóch kolegów i… do dzisiaj nasza praca wisi tam na ścianie.
    Po powrocie z wojska rozpoczął pracę zawodową. PKS, Instytut Spawalnictwa, Państwowy Ośrodek Maszynowy, Instytut Ochrony Roślin… Równocześnie angażował się w życie środowiska plastycznego Gliwic, będąc częstym bywalcem Galerii 6 na gliwickim Rynku. W międzyczasie się ożenił. Urodziły się córki, dziś duma pana Jerzego. Zaczął budować dom. Szczęście rychło go ominęło. Zmarła żona.
    Padła propozycja, by zaczął restaurować gliwickie zabytki. Pracował w znanej gliwickiej pracowni Bernarda Klinika. Był specem od beznadziejnych przypadków. Pan Jerzy na dowód swoich osiągnięć pokazuje album ze zdjęciami. Odtwarzanie drewnianej chrzcielnicy w spalonym kościele Świętego Krzyża, odnawianie zniszczonej betonowej rzeźby-ornamentu przy ul. Zwycięstwa nad McDonaldsem, na budynku przy ul. Wyszyńskiego, rzeźbienie figury św. Barbary do kościoła w Kozłowie, św. Józefa z dzieciątkiem, „Tunel życia” – płaskorzeźba trzech postaci i czterech nóg, przy czym układ nóg idealnie pasuje do każdej postaci… Zdjęć obrazujących efekt jego prac jest kilkaset. Rzeźby porozstawiane są również w przydomowym ogrodzie.   
    Pan Jerzy to także malarz. W jego domu aż roi się od obrazów jego autorstwa. Ma swojego konika. Jest nim płaskorzeźba, wizerunek… konia. Studium głowy rumaka – wykonywane w drzewie, na zamówienie – pochłania go teraz bez reszty. –To zwierzę jest niezwykle wdzięcznym dla mnie tematem prac malarsko-rzeźbiarskich – konstatuje.

Galeria

wstecz

Komentarze (0) Skomentuj