Wywiad z Brunonem Gabrysiem, laureatem Gliwickiego Lwa, założycielem firmy AIUT.

W trzy dekady od garażu – do firmy zatrudniającej 1000 inżynierów, w kilku lokalizacjach na całym świecie. Brunon Gabryś, właściciel firmy AIUT, opartej nie na zachodnim, a polskim, rzec nawet można - gliwickim kapitale, ma uzasadnione powody do dumy. Kilka dni temu otrzymał wyraźny sygnał, że praca, którą włożył w założenie i rozwój firmy jest w naszym mieście zauważana. Prezydent Adam Neumann potwierdził to wręczając mu statuetkę Gliwickiego Lwa. Laureata poprosiliśmy o rozmowę.

W gabinecie uwagę zwraca gablota z ogromnym żaglowcem – prezentem od syna wręczonym z okazji 30-lecia firmy AIUT. Ścianę zdobi mapa świata, wydana przez National Geographic, w którą wbite są chorągiewki – to lokalizacje, w których działa gliwicka firma. Brunon Gabryś siada przy stole z zabawnym „kubkiem szefa” i rozpoczynamy rozmowę.

Co się czuje widząc, jak zbudowało się tak dużą firmę od podstaw?
Na ogół się tego nie zauważa. To jest jak z dziećmi. Rosną, codziennie są starsze i nagle się człowiek orientuje, że dopiero były w przedszkolu, a już są na studiach. Tak samo z firmą. Codziennie coś tu się robi, załatwia i firma rośnie.

Przywykliśmy do tego, że tak duże firmy otwierane są w Polsce przez zagraniczny kapitał. A tu jest firma nasza, gliwicka. I to będąca aktywnym elementem czwartej rewolucji przemysłowej, zajmująca się tak nową technologią, jak Przemysłowy Internet Rzeczy. Winniśmy czytelnikom wyjaśnienia, co to w ogóle jest…
Przemysłowy Internet Rzeczy, podobnie jak Przemysł 4.0 to są hasła, za którymi do końca nie wiadomo co się kryje. Kolega, z którym prowadzimy tę firmę, śmiał się już kilka lat temu: Ja nie wiedziałem, że my od 10 lat robimy Przemysł 4.0. To jest tak, że pewne rzeczy się robi, a potem ktoś je nazywa. Tak samo jest z Internetem Rzeczy. To są po prostu urządzenia służące do komunikacji, monitoringu i zbierania danych. Zbierane są dane o różnych rzeczach, np. dotyczących opomiarowania mediów, czyli gazu, ciepła czy prądu. Standardowe liczniki, którymi posługiwano się dotychczas, trzeba było przyjść i odczytać. Teraz system ten opiera się na komunikacji radiowej, a sygnał z licznika wysyłany jest częściej, co niesie ze sobą zmianę jakościową. W oparciu o to można robić bilanse, można wykrywać kradzieże czy wycieki, a także robić profile, bo mamy tych danych dużo.
Ta technologia obejmuje różne sfery życia, ale przede wszystkim przemysł. Wytwarzamy systemy, które monitorują dokładniej pracę urządzeń, całych linii czy pracowników. To jest na ogół skojarzone z systemem sterowania, czyli automatyką. Internet Rzeczy ma też zastosowanie w tzw. inteligentnych budynkach. W praktyce oznacza to po prostu ich oczujnikowanie.

Czy wiedział Pan, zaczynając budować swoją firmę, że trafi Pan w technologię przyszłości?
Tak. To było dla mnie dość oczywiste. Wtedy wchodziły maszyny, kolejnym logicznym krokiem jest automatyka – cały czas postęp idzie w stronę uwolnienia ludzi od pracy ciężkiej, monotonnej, nudnej i niebezpiecznej. Tak, żeby mieli więcej czasu na rozrywkę (śmiech). Efektem podążania w tym kierunku jest większa wydajność, zmniejszenie pracochłonności i zatrudnienia. Wiążą się z tym pewne obawy, artykułowane przez pracowników - co będzie, jeśli zastąpią nas roboty. Nie martwiłbym się – to tak nie będzie wyglądało. Automatyzacja jest jednak potrzebna – dla wyżej jakości i wydajności. Przykładem może być produkcja samochodów, w której nie osiągnie się oczekiwanej jakości ręcznie. Nie da się. Tam są tak wyśrubowane tolerancje i dokładności, że musi się tym zajmować urządzenie elektryczno-mechaniczne, które wykonuje swoją pracę w sposób powtarzalny.

W pana firmie pracuje aż 1000 inżynierów. Jak udało się Panu przyciągnąć taką rzeszę bardzo wymagających pracowników?
To jest ciągła walka. To samo się nie dzieje. Współpracujemy z Politechniką, z kołem naukowym w Knurowie, do którego chodzą dzieci ze szkoły podstawowej. Czyli cały czas propagujemy automatykę i reklamujemy się wśród potencjalnych pracowników. Oczywiście robimy też tradycyjną rekrutację. Poza tym słyszałem opinię, że do AIUT-u warto przyjść, bo można się dużo nauczyć, ale płacą nie najlepiej. I to jest prawda (śmiech). Nie przyciągamy pracowników płacą. Płace staramy się utrzymać na poziomie rynkowym. Natomiast ludzi przyciąga to, że u nas się dużo dzieje. Robimy nowe rzeczy, dla dużych klientów, wykonujemy projekty w nowoczesnej technologii, głównie dla przemysłu samochodowego. Pracujemy też w różnych krajach. Dla niektórych osób jest to atrakcyjne, bo tam możemy zapłacić więcej.

Jak firma AIUT radziła sobie z wyzwaniami, które postawiły przed firmami ostatnie wydarzenia – pandemia, wojna, kryzysy?
Nie ukrywam, że ostatnie dwa lata przeszliśmy bardzo ciężko. Najlepiej się pracuje, gdy sytuacja jest stabilna. Można przewidywać. My mamy kontrakty długoterminowe. Jeżeli w ciągu roku zmienia się wszystko – koszty pracy, materiałów nie ma albo są dwa razy droższe, to nie ma szans, żeby na tym wyjść do przodu. Płaci się więc za niestabilność. Z tym mierzyły się wszystkie firmy. Jeśli dostaw nie ma, kontrakt się wydłuża, a klient nie zapłaci za to, że pracownicy nie mają co robić. Owszem, daliśmy sobie radę, ale to był ciężki okres. W tej chwili sytuacja się stabilizuje. Wszyscy wiedzą, w jakich realiach się pracuje. Dajemy dosyć długie terminy, a klienci to akceptują. Dajemy w umowach indeksację ceny od inflacji – to na ogół też jest uznawane, bo wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że jak ceny pójdą w górę, to nie damy rady wykonać projektu w tej samej cenie. Przedsiębiorcy przyzwyczaili się do pracy w warunkach niestabilnych. Zawiera się odpowiednie umowy, a w trakcie przebiegu projektu brane jest pod uwagę ryzyko, również przez klienta. Natomiast jeśli chodzi o koniunkturę, w 2021 roku była rekordowa ilość zamówień, z czego korzystaliśmy w roku ubiegłym. W 2022 roku była na  podobnym poziomie, bo jest to dziedzina, w której cały czas jest postęp. Dlatego jesteśmy spokojni o to, że zamówienia będą. Ale trzeba się przyzwyczaić do życia w takim trochę chaosie.

Co firma AIUT będzie produkować w przyszłości? Czy w tym zakresie są już jakieś plany?
Eksplorujemy nowe kierunki – w tej chwili robimy roboty mobilne. Nazywa się to automatyzacją transportu technologicznego wewnętrznego w zakładach. Są to wózki autonomiczne, które same jeżdżą po terenie zakładu, oczywiście wyznaczonymi trasami. Wykonaliśmy też system sterowania i zarządzania tym transportem. Jest to następna faza automatyzacji. Stanowiska i linie na ogół są już zautomatyzowane, natomiast transport, czyli dowożenie na linię komponentów i zabieranie półproduktów czy produktów, to wciąż śpiewka przyszłości.

Mówiliśmy dziś dużo o pracy. A zdradzi Pan, co Gliwicki Lew robi poza nią?
Jeśli chodzi o hobby, to głównie siedzę w pracy (śmiech). Coś w tym jest, że – jak mówią – jak robi się to, co się lubi, to się nie pracuje. Jedyne, co zajmuje mnie poza nią, to rodzina.

Pana syn jest obecnie prezesem firmy AIUT…
Tak, mój syn, Marek jest obok w pokoju. To on jest już prezesem firmy i ma w niej większościowe udziały.

A w kolejnym pokoleniu?
Mam nadzieję, że też. Synowie Marka poszli w nasze ślady. Jeden zrobił już licencjat – będzie się niedługo bronił we Wrocławiu, a drugi będzie zaczynał studia. Sukcesję mamy załatwioną.

Rozmawiała: 
Adriana Urgacz-Kuźniak

Galeria

wstecz

Komentarze (0) Skomentuj