Tym samym Sobania poprawił osiągnięcie amerykańskiego ultramaratończyka Deana Karnazesa, który w 2006 roku pokonał 50 maratonów w 50 stanach w 50 dni. Polak zrobił to o dzień szybciej. Finał jego miał miejsce na Times Square w Nowym Jorku, gdzie czekali na niego bliscy, przyjaciele i osoby śledzące tę niezwykłą wyprawę.
Od Golden Gate do Times Square
Amerykańskie wyzwanie Tomasza Sobani rozpoczęło się w San Francisco, na moście Golden Gate. Plan był ekstremalny już w założeniu: 50 stanów, 50 maratonów i 50 dni. Każdego dnia inny stan, inna trasa, inna pogoda, inne warunki i ta sama konieczność, by rano znów stanąć na starcie.
W praktyce projekt okazał się jeszcze bardziej wymagający, niż wskazywały liczby. Nie chodziło wyłącznie o bieganie. Każdy dzień wymagał logistyki, przejazdów, regeneracji, jedzenia, dbania o ciało i głowę. Do tego dochodziły zmęczenie, ból, monotonia wysiłku i presja, bo przy takim tempie margines błędu właściwie nie istnieje.
Sobania nie tylko zrealizował plan, ale w ostatnim dniu podkręcił tempo całej historii. Zamiast zamknąć projekt w 50 dni, zdecydował się na dwa maratony w ciągu doby. Najpierw New Jersey, potem Nowy Jork. W ten sposób 50. maraton stał się nie tylko symbolicznym finiszem, ale też momentem ustanowienia nowego rekordu.
Wyczyn z pogranicza sportu i psychiki
W przypadku takiego przedsięwzięcia liczby robią wrażenie, ale nie oddają wszystkiego. 50 maratonów to ponad 2100 kilometrów biegu. Jednak prawdziwe znaczenie tego projektu kryje się gdzie indziej – w codziennym zaczynaniu od nowa.
Po jednym maratonie większość biegaczy potrzebuje czasu na odpoczynek. Sobania kolejnego dnia musiał ponownie ruszać w trasę. Zmęczone mięśnie, przeciążone stawy, senność, ból, zmiany temperatury, długie przejazdy i świadomość, że nie ma miejsca na słabszy dzień – to wszystko sprawiało, że bieg przez Stany był nie tylko testem fizycznym, ale przede wszystkim psychicznym.
Właśnie dlatego o Sobani mówi się nie tylko jako o sportowcu. Jego projekty od dawna mają wymiar motywacyjny. Sam biegacz powtarza, że chce pokazywać, iż człowiek może więcej, niż myśli.
Chłopak ze Śląska, który pobiegł za marzeniem
Tomasz Sobania bywa nazywany „polskim Forrestem Gumpem”. To określenie przylgnęło do niego nieprzypadkowo. Biega daleko, długo i z uporem, który dla wielu osób wydaje się niemal filmowy. Za tą etykietą nie stoi jednak bajka, lecz bardzo konkretna droga człowieka z małego śląskiego miasta.
Sobania pochodzi z Toszka, a związany jest także z Gliwicami. Zanim stał się rozpoznawalnym biegaczem ekstremalnym, pisał książki, szukał własnej drogi i stopniowo budował swoją sportową tożsamość. Bieganie, jak sam opowiadał w różnych rozmowach, nie od początku było wielkim planem. Z czasem stało się jednak sposobem na życie, podróżowanie, pomaganie i przekraczanie granic, które dla innych wydają się nie do ruszenia.
Na swoim koncie ma już wcześniejsze ekstremalne projekty. W 2025 roku ukończył bieg w poprzek Stanów Zjednoczonych. Przebiegł wtedy ponad 5250 kilometrów, pokonując 125 maratonów w 139 dni. Był pierwszym Polakiem, któremu udało się zrealizować taki projekt. Najnowsze wyzwanie – 50 maratonów w 50 stanach – dopisało do tej historii kolejny rozdział.
Książka o biegu, rodzinie i przekraczaniu siebie
Z rekordowym wyczynem zbiega się premiera nowej książki Tomasza Sobani. Do księgarń trafia właśnie „Biegiem przez USA. Historia polskiego Forresta Gumpa”, napisana wspólnie z Adrianem Kowarzykiem i wydana przez Novae Res.
Nie jest to wyłącznie relacja z biegu. Książka opowiada o drodze Sobani, jego rodzinie, Toszku, dojrzewaniu do wielkich decyzji i cenie, jaką płaci się za życie podporządkowane ekstremalnym celom. Najbardziej intensywna część dotyczy biegu przez Stany Zjednoczone – setek kilometrów, dziesiątek maratonów, zmęczenia, kryzysów i momentów, w których ciało przestaje być jedynym przeciwnikiem.
To opowieść o granicach ludzkiej wytrzymałości, ale też o tym, co dzieje się w głowie człowieka, który każdego dnia musi znaleźć odpowiedź na jedno proste pytanie: czy potrafi zacząć jeszcze raz? W tym sensie książka ma wymiar sportowy, motywacyjny i bardzo osobisty. Pokazuje nie tylko sukces, ale też kulisy drogi, która do niego prowadzi.
aku


Komentarze (1) Skomentuj
Gliwiczanie