Sytuacja kwarantanny i lęku nie jest niczym nowym w warunkach globalnej wioski. Przecież jako mieszkańcy tej wioski już dawno wyizolowaliśmy się z głębokich ludzkich relacji. 
Z Krzysztofem Siwczykiem* rozmawia Małgorzata Lichecka. 

Odosobnienie, izolacja – teraz te słowa codziennie odmieniamy przez przypadki. Ale przecież poeta, twórca, żyje w izolacji. Takiej w skali mikro, potrzebnej do pisania, zebrania myśli. Jednak w czasach zarazy nabiera ona fundamentalnego znaczenia. W izolację wepchnięto wszystkich. Jak ją znosisz? Można/trzeba ją oswoić? 

Izolacji trzeba się nade wszystko nauczyć. Jednym z mistrzów izolacji był Tadeusz Różewicz, którego lekturę teraz ponawiam. Który to już raz w życiu przekonuję się, że był prorokiem różnych apokalips. Dodajmy naprędce: prorokiem bez wyznawców. Wyznawcy zawsze odkształcają i banalizują surową regułę apokalipsy. A tak poważnie – stan obecny jest w jakimś sensie rozwinięciem tego, o czym wiedzieliśmy od dawna. Za kryzysem ekologicznym przyszedł w sposób naturalny pat pandemiczny, bo wsłuchując się w głos nauki, twierdzę, że ten wirus ma etiologię naturalną, a nie jest chińską bronią biologiczną, jak twierdzą niektórzy. 

Znoszę ten pat dobrze, bo, jak mówisz, jest mi przyrodzony. Z drugiej jednak strony sytuacja kwarantanny i lęku nie jest niczym nowym w warunkach globalnej wioski. Przecież jako mieszkańcy tej wioski już dawno wyizolowaliśmy się z głębokich ludzkich relacji. Owszem, przekonywająco odgrywamy spektakl ponowoczesnego życia, biegamy z tymi macchiato do pracy, łazikujemy niczym galerianie po spustoszonym pejzażu ziemi, coś tam bredzimy o dobrych zmianach, zmianach na lepsze itd. Koronawirus jest próbą generalną przed premierą apokalipsy, o której jeszcze nic nie wiemy, ale z pewnością pracujemy na jej rzecz intensywnie. 

Co teraz porabiasz? Zmieniły się twoje rytuały w związku z epidemią? Myślisz bardziej intensywnie o urodzie życia? A może wręcz przeciwnie, wcale cię nie interesuje? Bijesz się w piersi? Żałujesz czegoś? 

Niczego nie żałuję, bynajmniej. Z pewnością trudno będzie mi zorkiestrować się z chórem głosów, które słychać w przestrzeni społeczno-politycznej, nawołujących do przemyślenia swojego życia od początku, do właściwego hierarchizowania systemu wartości, wreszcie do poważnej korekty tego, co w życiu istotnie ważne. Ja akurat wiem, co w moim życiu jest ważne i w żadnym stopniu pandemia nie może mnie w tym przekonaniu zachwiać. Nie mam w sobie moralnej siły bohaterów Camusa i nie czuję potrzeby wewnętrznej spowiedzi. Żal mi oczywiście bliskich i przyjaciół, z którymi się nie widuję. Rytuały codzienności to w moim przypadku kawa i praca nad tekstami. Jasne, wolę to robić w miejscu pracy, ale mogę to robić w domu. Żal mi mojej córki, która tęskni za przedszkolem. Z drugiej strony mam jej więcej dla siebie. Generalnie przyglądam się diagnozom psychologicznym. 

Ta izolacja dla wielu ludzi będzie sądnymi dniami związków czy relacji. Po tym wszystkim trzeba będzie ogromnej pracy u podstaw naszych psychik, a nie tylko u podstaw dna w portfelu. Uroda życia, o której mówisz, polega poniekąd na przygodnej grozie, która to życie nawiedza. Dana jest nam pewna szansa egzystencjalna. Oto za naszego życia widzimy światową korektę złudzeń o bezpieczeństwie i dającej się racjonalnie przewidzieć przyszłości. Skądinąd można tę szansę wykorzystać: dbać o bliskich, kochać, troszczyć się o seniorów. Poeta Marcin Świetlicki nie tak dawno opublikował wiersz, w którym pada piękna fraza: „jest później, niż myślicie”. Coś mi się zdaje, że tak właśnie jest. 

Wiele z twoich wierszy, poezji, esejów, duża część twórczości krąży wokół Gliwic. I choćbyś nie wiem, jak chciał od nich uciec, oderwać się, zapomnieć, jakoś wymazać, ściąga cię to miasto. Czy to taki rodzaj pępowiny, której nigdy nie zerwiesz? 

Naturalnie, lubię kotwiczyć swoje teksty w konkretnym miejscu, ale w niekonkretnym już czasie. Interesuje mnie pisanie będące korektą wieczności, a nie odpowiedzią na incydentalne emocje jakiegoś konkretnego momentu historycznego. Dlatego nie trawię w literaturze zaangażowania politycznego, jakichś rozliczeń i górnolotnych manifestów ideowych. Cenię natomiast zaangażowanie w życie poszczególne, w jedyność, w pierwszą osobę liczby pojedynczej. Ta osoba u mnie dorastała, żyje i najpewniej umrze w Gliwicach. Im jestem starszy, tym bardziej mam to miasto za swoje. Ono dużo dla mnie zrobiło. 

Ale jesteśmy kwita, bo gdziekolwiek jestem i cokolwiek robię, zawsze tę gliwickość swoją manifestuję. Tak więc póki tą pępowiną tłoczy się jakaś odżywcza dla wyobraźni substancja, póty nie mam potrzeby jej przyduszać albo odcinać. Oczywiście każdy skądś jest. Nie ma co tworzyć tu martyrologicznej otoczki czy gloryfikować wyjątkowości tych miejsc lub miast genezyjskich. Tak się akurat złożyło. Jestem gliwiczaninem w tym sensie, w jakim byli nimi Zagajewski, Kornhauser, Różewicz, Bieniek, Lewczyński, Rydet. To miasto jest dla mnie tożsamością ludzi, którzy tu mieszkali i którzy do dziś mi imponują. 

„Bliscy łowią twoje życie w sieć czasu”, napisałeś w „Bezduchu”. Ta książka, ilustrowana fotografiami Lorezno Castorego, rezydenta Czytelni Sztuki, jest bardzo osobista. Odsłaniasz się, zapraszasz czytelnika do siebie, do domu, do rodziny. Nigdy tego nie robiłeś w ten sposób, zawsze starałeś się chronić tę sferę. 

Aż w końcu przestałem chronić coś, co przecież jest najbardziej uniwersalnym doświadczeniem człowieka. Rodzinność czy skłonność do rodzinności to są procesy rozwijające się w czasie. Rodzinności trzeba się uczyć tak samo jak izolacji. Bodajże Rilke mawiał, że miłość to prawo do uznania samotności drugiego. Rodzinność i intymność stanowią pojęcia mocno w kulturze tabuizowane i często skłamane. Nie są to fenomeny spadające nam z nieba, tylko ciężko wypracowane moduły życia wspólnego, w pełnym poszanowaniu integralnej inność, niezależności i niepodległości tych, których kochamy najbardziej. 

Chciałem napisać książkę w krótkim czytelniczym dystansie, w zwarciu z przyzwyczajeniami do pastoralnej wizji harmonijnej, bożej rodzinki. Jest w „Bezduchu” dużo lęku i gęstej atmosfery, jaką miłość również generuje. Jest w tej książce miejsce na zadyszkę zdań wielokrotnie złożonych. Są w niej piękne zdjęcia Castorego, które domawiają pewne kwestie. Generalnie lubię tę książkę. Może dlatego przeszła bez echa, choć wydało ją prestiżowe wydawnictwo Austeria z Krakowa. Zawsze, kiedy polubiłem jakąś swoją książkę, przepadała w czasie i przestrzeni. 

Czy my się w tym bezduchu dusimy? Może jednak pozwala nam dostrzec to, co najważniejsze? Albo pieprzyć go i skupić się na życiu, jego intensywności? 

Intensywność życia, zwłaszcza czytelniczego i duchowego, dla mnie przynajmniej stanowi o sensie życia jako takiego. Mój tytułowy bezduch dotyczy właśnie sfery życia pozbawionego wymiaru krytycznego namysłu. Jestem przekonany, że myślenie krytyczne, zwłaszcza krytyczne spoglądanie na siebie, jest warunkiem maksymalnie udanej egzystencji, czyli takiej, w której niepewność i wątpliwości stanowią sól codziennych zmagań z niemym czasem, z potwornym upływem dni, z koszmarem skończoności egzystencji, wreszcie z diaboliczną wizją pełnego zapomnienia, w jakie jak jeden niechybnie pójdziemy. 

Obserwowanie dorastania córki jest ważne dla twojej twórczości. Widać to w „Bezduchu”. Przyznam się, że łowiłam te zdania i frazy. Są bardzo intymne, a jednocześnie takie zwyczajne: oglądanie bajek, brodzenie w błocie czy przegarnianie jesiennych liści nogą. Jakim jesteś rodzicem i czym dla ciebie jest rodzicielstwo? 

Nie wiem, jakim jestem ojcem. To się okaże. Córka kiedyś mi to powie. W książce staram się swoją pozycję ojcowską jakoś intelektualizować, coś o niej napisać w sposób, który mógłby mnie samego nauczyć bycia rodzicem. Ta książka to takie kolokwium z bliskości. „Bezduch” nie ma w sobie kupczenia bliskością, nie ma tu tej przeklętej „pokazaności”, która króluje w przestrzeni internetu, gdzie ktoś coś i kogoś ciągle pokazuje. Ktoś pokazał dziecko, ktoś narzeczonego. Przyznasz, że jest to rodzaj specyficznej perwersji. W mojej książce mówi się o „nieskrytości”, czyli o uniwersalnym lęku i trosce o Innego, o Drugiego. I nie mówi się po imieniu, tylko w pewnej metaforze, która robi wrażenie bliskiej rozmowy z przyjacielem czy przyjaciółką. Tym przyjacielem/przyjaciółką jest dla mnie czytelnik. 

W wydawnictwie A5, przy wsparciu gliwickiej Czytelni Sztuki/Muzeum w Gliwicach, ukazała się właśnie twoja najnowsza książka poetycka – „Osobnikt”. W sumie nie do końca jest to książka poetycka, bo mamy także jednoaktówkę „W pomroce”. Czym jest dla ciebie ten tomik? 

Czytelnia Sztuki, dowodzona przez Grzegorza Krawczyka, po raz kolejny przyczyniła się do ukazania mojej książki. To wsparcie dotyczyło wcześniej tomu „Mediany”. A jeszcze wcześniej eseju „Koło miejsca/Elementarz”. Co tu kryć – to są moje najlepsze książki. Skąd to wiem? Stąd, że znam skalę własnych ograniczeń. Zawdzięczam więc Gliwicom również zupełnie pragmatyczne i praktyczne wsparcie. Zwłaszcza teraz, gdy dla literatury wysokoartystycznej nastał czas potopu. Po prostu została zalana morzem literackiego chłamu. 

Odnoszę wrażenie, że „Osobnikt” jest moim maksimum poetyckim. Kto wie, czy nie jest to moja ostatnia książka, która, mówiąc Czesławem Miłoszem, nie chce być ani zanadto poezją, ani zanadto prozą. Jest formalnie zanieczyszczona. Są tu kawałki prozy poetyckiej, wiersze, sztuka, a właściwie jednoaktówka. Wszystko chyba w duchu Różewicza, a przynajmniej tych jego książek, które nie tylko były, ale również „wyglądały” awangardowo. „Osobnikt” jest moją najpełniejszą wypowiedzią o przygodach owego „Osobniktosia”.

Kim, czym jest Osobnikt? Osobą? Nikim? Niktosiem? Lubisz komplikować język. 

Staram się być wobec języka uczciwym i traktować go poważnie. Otwierać się na jego niespodzianki, być przez niego pisanym. Myślę, że ów Osobnikt jest maksymalnie gościnną figurą podmiotowości, która zaprasza do siebie każdego, kto choć przez chwilę zwątpił w realność swojego istnienia. A sądzę, że zwłaszcza dziś ta nierealność jest dojmująco wyczuwalna. 

„W pomroce” z kolei wybija się rozmowa, dialog, rozpisanie na głosy. Brakuje ci tego w dzisiejszej rzeczywistości? A może zaraz znowu się usłyszymy, zaczniemy słuchać? Czy może jestem naiwna? 

Nie jesteś naiwna. Jesteś po prostu niereformowalną rewolucjonistką. Otóż dialog, o który apelujesz, byłby rewolucją dnia codziennego. Czasami ludzie, aby żyć, muszą naprawdę uwierzyć we własne wewnętrzne prawdy. To mechanizm wyparcia, mechanizm obronny, instrument pozwalający jako tako funkcjonować w warunkach pełnej posttechniki i świata, w którym wszystko wydaje się rozstrzygnięte. Tymczasem „W pomroce” korzystam ze zdań wydających się li tylko manifestacją słusznych poglądów na wszystko. I te zdania błyskawicznie konfrontuje się z ich rewersem. Okazuje się wtedy, że pojawia się zapośredniczony w kulturze literackiej – szerzej w kulturze jako takiej – absurd, dowcip, lekkość i dystans do twierdzeń i diagnoz, jakie jesteśmy skłonni wystawiać światu i ludziom w poczuciu pełnego, moralnego zwycięstwa. 

Myślisz, że w czasach zdalnej kultury, która przeniosła się do internetu, bo musi z czegoś żyć, poezja ma szansę na nowe wejście? Będziemy w niej szukać odpowiedzi? A może to taki sprawdzian dla literatury, poezji i kultury? 

Nie wiem, czy pojawia się tu szansa na wejście na scenę ludzkich emocji i dramatów. Wiem jedno. Po ustaniu tego koszmaru potrzebni będą fachowcy. Lekarze, ekonomiści, psychoterapeuci, grabarze. I poeci. Fachowcy w używaniu słów. 

Nie wierzę w upadek świata, który teraz wszyscy wieszczą. Ale na pewno wiele się zmieni. Choć mamy, niestety, krótką pamięć, podejrzewam więc, że po wszystkim wrócimy do starych nawyków, wojen i wojenek. Jak myślisz, co zastaniemy po wyjściu z kwarantanny? 

Nie mam zielonego pojęcia, ale mam swoje podejrzenia. Niestety, pokrywają się z twoimi. 

Krzysztof Siwczyk – ur. w 1977 r. poeta i eseista. Autor czternastu tomów wierszy, m.in. „Centrum likwidacji szkód” (2008), „Gody” (2012), „Dokąd bądź” (2014), „Mediany” (2018) oraz książek krytyczno-literackich i eseistycznych: „Ulotne obiekty ataku (2010), „Koło miejsca/Elementarz” (2016). Laureat wielu nagród w tym Nagrody Fundacji Kościelskich (2014) i Nagrody Literackiej Gdynia w kategorii esej (2017). Pracuje w Instytucie Mikołowskim im. Rafała Wojaczka, jest dyrektorem krakowskiego Festiwalu Miłosza. Mieszka w Gliwicach. 
wstecz

Komentarze (1) Skomentuj

  • jan twardysko 2020-11-24 05:47:24
    Nawyki to więcej niż 90 %. Zmiana najmniejszego z nich to min 30 dni" pracy". Reszta to inne, mniej lub więcej winne...naszych zachowań Więc faktycznie widoki marne...ale z wieku na wiek coś się jednak zmienia ...niekoniecznie na lepsze.