To kolekcja człowieka urodzonego w Gliwicach. Wolfgang Domogalla nadal zresztą czuje się gliwiczaninem, tak przedstawia się za granicą. A po raz pierwszy z propozycją daru zadzwonił do Muzeum w Gliwicach w 2017 r.

Z Anną Kwiecień, kuratorką wystawy „Żyć ze sztuką. Porcelana Rosenthal. Dar Wolfganga Domogalli dla Muzeum w Gliwicach”, rozmawia Małgorzata Lichecka. 

Rosenthal. To nazwisko jest dziś rozpoznawalną światową marką, kojarzoną przede wszystkim z wyrobami porcelanowymi, i to w szerokiej gamie. Kiedy tak naprawdę stał się nią rodzinny biznes i co o tym zdecydowało?

Podejrzewam, że biznes powiązany ze sztuką, wszelkim rzemiosłem, niekoniecznie artystycznym, staje się rodzinnym wówczas, jeśli wszyscy członkowie rodziny, oprócz posiadania talentów biznesowych, są pasjonatami. Ale być może zdarza się, że jedynym kryterium bywa opłacalność czy odpowiednie myślenie ekonomiczne, trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Historycznie, istotnie, syn często dziedziczył warsztat, a więc i zajęcie, po ojcu. Dotyczyło to szewców, kowali, młynarzy. Wdowy szybko wychodziły za mąż, ponieważ zostawały im warsztaty, firmy, a te musiały nadal działać, aby zapewnić byt rodzinie. Tak było w XVIII i XIX wieku z pracowniami malarskimi, rzeźbiarskimi, warsztatami ciesielskimi, budowlanymi. 

W przypadku wytwórni ceramiki mamy przedstawicieli dwóch pokoleń. Philipp Rosenthal (1855–1937), którego ojciec był hurtownikiem porcelany, założył zakład zdobienia białych wyrobów porcelanowych w Erkersreuth w Bawarii, pozyskiwanych m.in. z blisko położonej dużej wytwórni porcelany w miejscowości Selb. Dziesięć lat później Rosenthal przeniósł swój zakład do tegoż Selb i tam założył fabrykę porcelany, w skład której, do lat 20. XX wieku, weszło kilkanaście niemieckich wytwórni. Była ona jedną z największych w Europie. Philipp Rosenthal zmarł w 1937 r. Po dojściu Hitlera do władzy, ze względu na żydowskie pochodzenie, został odsunięty od zarządzania firmą. Jego syn Philip (1916–2001) opuścił Niemcy i powrócił po wojnie. Zatrudnił się w zakładach Rosenthala i z czasem przejął firmę. 

Co ciekawe, podtrzymał model produkcji i działalności stworzony przez ojca – prowadził masową produkcję naczyń użytkowych, które umożliwiły stabilność firmy, ale jednocześnie realizował bardziej ambitny plan, mianowicie wytwarzania obiektów artystycznych w krótkich seriach, do projektowania których zapraszał słynnych architektów, malarzy, dizajnerów. Rosenthal senior stworzył wydział artystyczny w ramach swojej działalności (Kunstabteilung), a jego syn założył linię artystyczną (Studio-Linie). Świadczy to o tym, że Philip Rosenthal junior (dla odróżnienia od Rosenthala seniora jego imię kończy się pojedynczym „p”) uznał autorytet, zaakceptował doświadczenie i sposób prowadzenia firmy przez ojca, co zresztą zagwarantowało powodzenie i sukces. 


Co wiemy o „Białej Marii”? I dlaczego jest tak ważna dla Rosenthala? 
„Białą Marię” zaprojektował w 1916 r. sam Philipp Rosenthal na cześć swojej żony. Serwis, jak na tamte czasy, miał nowoczesną formę: naczynia w geometrycznych kształtach, zainspirowane angielskimi srebrami, oszczędną dekorację w postaci wąskich bordiur z owocami granatu. Brak barwnych dekoracji i złoceń, co miało swoje uzasadnienie – trwała wojna, nie był to czas na zbytki. Serwis był całkowicie biały, jedynie szkliwiony – niegdyś nie do pomyślenia, bowiem uważano by go za „niedokończony”. Jakość porcelany musiała być jednak bardzo dobra, ponieważ bez dekoracji widoczne stawały się nawet najmniejsze niedoskonałości technologiczne czy przebarwienia. Można zaryzykować stwierdzenie, że „Biała Maria”, wytwarzana masowo dla odbiorców z tzw. klasy średniej, poważnie wzmocniła fabrykę, zarówno w okresie międzywojennym, jak i po II wojnie światowej. Serwis produkuje się do dziś, powstały jego liczne odmiany o barwnych dekoracjach, a także wersja czarna i kryształowa. „Biała Maria” to niewątpliwie najpopularniejszy serwis porcelanowy w XX wieku.


Dlaczego sławni artyści, przede wszystkim z nurtu sztuki współczesnej i designu, decydowali się na pracę czy współpracę z wytwórnią Philipów Rosenthalów?

Zapewne propozycje były ciekawe i intratne, artyści potrzebują mecenasów. Sądzę, że z czasem zadziałał prestiż wytwórni i do tych, którzy spróbowali (z powodzeniem) sił w porcelanie, szybko dołączyli inni – najlepsi z najlepszych. Może też zadecydowała chęć zmierzenia się z nowym tworzywem, ciekawość, czy naprawdę sztuka użytkowa ma szansę stać się pełnoprawną gałęzią sztuki tzw. czystej. Czasami, jak należy przypuszczać, nie były to projekty w pełnym tego słowa znaczeniu, lecz zapewne szkice, koncepcje, zwłaszcza dotyczące dekoracji, w mniejszym stopniu szczegółów technologicznych. Na przykład talerz dla Rosenthala z pięciolinią i napisem „Do trzech razy Sztuka” zaprojektował Jehudi Menuhin, genialny skrzypek i dyrygent światowej sławy. Tę realizację można zobaczyć na wystawie. 


Jak pani ocenia tę kolekcję i co warto w niej wyróżnić? 

O! To bogaty przegląd wyrobów wytwórni Rosenthala „Studio-Line”, czyli linii artystycznej, w większości limitowanych edycji z lat 70., 80. i 90. Niektóre były projektowane już w latach 60. (np. serwisy Asymetria i Lotos). Ciekawy jest przekrój narodowości projektantów: Niemcy, Austriacy, Włosi, Francuzi, Holendrzy, Skandynawowie, Anglicy, Czesi, Amerykanie, Azjaci. Są realizacje architektów, malarzy, artystów legendarnych – ikon, np. Salvadora Dali, Ernsta Fuchsa, Waltera Gropiusa. Kolekcja dość znacznie zasila muzealne zbiory ceramiki europejskiej z XVII–XX wieku, obecnie liczące już około 5 tys. sztuk. Zatem, tak naprawdę, mamy zbiór wart osobnego gabinetu w muzeum (tyle obiektów liczą działy ceramiki w niektórych muzeach narodowych). Musimy też pamiętać, że porcelanę wytwórni niemieckich, tradycyjnie, cechuje najwyższa jakość (europejska została przecież wynaleziona w Miśni, wcześniej była importowana z Chin). Ten dar bardzo wzbogacił nasze zbiory i jest to najwyższa światowa półka. 


Wolfgang Domogalla urodził się w przedwojennym Gleiwitz i jego dar z pewnością ma podłoże sentymentalne. Ale mnie interesuje jego pierwszy kontakt z muzeum.

O to samo zapytałam go telefonicznie kilka dni temu. Po wojnie, w latach 1947-1972, mieszkał w Zabrzu. Zdecydował się na nielegalne opuszczenie Polski, ponieważ jako bezpartyjny i posiadający wszystkich krewnych za granicą, był bezustannie inwigilowany. Po raz pierwszy odwiedził kraj urodzenia w 1988 roku i czynił to od tego czasu regularnie, każdorazowo bywając w Gliwicach. Kilkakrotnie zwiedził muzeum, ale, jak powiedział, nie miał odwagi (!), by zaproponować nam podarowanie porcelany Rosenthala. Obawiał się, że nie będziemy tym darem zainteresowani, uznając zapewne, że polskie muzea gromadzą porcelanę firmy Rosenthal w niewielkich ilościach. Dodatkowo zaproponowane przez pana Wolfganga obiekty są stosunkowo „młode” – liczą sobie zaledwie 30, 40 lat. 

My jednak patrzymy intuicyjnie w przyszłość: ceramikę polską z lat 60. XX wieku (pokazywaną niedawno na wystawie „Do widzenia, rokoko!”) nabyliśmy w czasach jej powstania, podobnie jak polską srebrną powojenną biżuterię artystyczną, której obecnie zazdroszczą nam inne muzea. Dziś są to wiodące kolekcje krajowego rękodzieła, dizajnu i działalności artystycznej z dziedziny tzw. sztuki użytkowej. Gromadzimy także od początków powstania muzeum gliwickiego, czyli od roku 1905, ceramikę wytwórni śląskich z XIX i XX wieku, a nie każdy może wie, że fabryka porcelany w Wałbrzychu (dawny zakład Carla Kristera w Waldenburgu) wszedł w fuzję z fabryką Rosenthala już w 1921. 

Zatem bez wahania zdecydowaliśmy się przyjąć ten dar. Ma on również inną wymowę: to kolekcja człowieka urodzonego w Gliwicach. Wolfgang Domogalla nadal zresztą czuje się gliwiczaninem, tak przedstawia się za granicą. A po raz pierwszy z propozycją daru zadzwonił do nas w roku 2017 i z radością go przyjęliśmy, tym bardziej że niemal w całości są to wyroby linii artystycznej – uniwersalne i ponadregionalne.


Kim jest ten kolekcjoner i co dało podwaliny pod jego zbiory? 

Wolfgang Domogalla, syn rzeźnika Josefa Domogalli i Marthy z domu Feinbier, przez pierwsze cztery lata swojego życia mieszkał z rodziną w kamienicy przy Niederwallstrasse (Dolnych Wałów) 25. Został ochrzczony w kościele pw. Wszystkich Świętych. Na początku stycznia 1945 r., w obawie przed zbliżającą się Armią Czerwoną, wraz z matką, bratem, siostrą matki i jej córką wyjechał do Schweinfurtu nad Menem w Bawarii, gdzie mieszkała rodzina. Nie była to, jak wspomina, dobra decyzja, ponieważ Schweinfurt był ośrodkiem przemysłu zbrojeniowego i już od roku 1943 miasto bombardowali Amerykanie. Miejscowa ludność również nie była przychylnie nastawiona do przybyszy. Rodzina wróciła więc na Śląsk w 1947, lecz zamieszkała w Zabrzu, ponieważ w gliwickim mieszkaniu przebywali już inni lokatorzy. 

Sytuacja Domogallów była bardzo trudna, ojciec służący w armii niemieckiej przeżył wojnę, ale nie wrócił do rodziny. W Zabrzu Wolfgang uczęszczał do szkoły podstawowej, gdzie od podstaw uczył się języka polskiego, potem, pracując, zdobył maturę i wieczorowo ukończył Wyższą Szkołę Ekonomiczną w Katowicach. Czas wojny, powojenne lata dzieciństwa i wczesnej młodości były dla niego pełne dramatycznych wydarzeń i upokorzeń. Jak podkreśla we wspomnieniach, wiele zawdzięcza ludziom, szczególnie wychowawczyni w szkole podstawowej, która uwierzyła w cichego, wylęknionego, zamkniętego w sobie, lecz bardzo zdolnego chłopca. 

Po ukończeniu studiów sytuacja Wolfganga ustabilizowała się. Miał dom, pracę, został dyrektorem do spraw handlowych Zakładów Zbożowo-Młynarskich w Zabrzu. Jednak z uwagi na sytuację polityczną i osobistą (był kawalerem, osobą bezpartyjną, inwigilowaną, posiadającą wszystkich krewnych za granicą) w 1972 r. postanowił – nielegalnie, narażając swoje życie – opuścić Polskę. Zamieszkał w Niemczech, gdzie ze względu na wykształcenie ekonomiczne i bardzo dobrą znajomość języków niemieckiego, polskiego i rosyjskiego znalazł ciekawą, intratną pracę – jako pracownik dydaktyczno-naukowy w Ośrodku Studiów Ogólnoeuropejskich (Instytutu Wschód-Zachód) we Vlotho nad Wezerą (zachodnie Niemcy, kraj związkowy Nadrenia Północna – Westfalia). Był wielkim zwolennikiem idei pojednania polsko-niemieckiego oraz polityki Willy’ego Brandta, zatem praca ta wydawała się wymarzoną. 

W roku 1975 ukazała się w Polsce książka polskiego autora i publicysty Krzysztofa Kąkolewskiego „Co u pana słychać?”, napisana po konsultacji z Główną Komisją Zbrodni Hitlerowskich w Warszawie. Jednym z rozmówców Kąkolewskiego był długoletni pracownik ośrodka, w którym zatrudniono i Domogallę – Alexander Dolezalek. Okazało się, że to były SS-Obersturmführer, szef planowania sztabu Głównego Urzędu Rasy i Osadnictwa SS w Kraju Warty, współtwórca generalnego planu wschodniego, zakładającego zniszczenie narodu polskiego. Po ujawnieniu tej informacji kilku pracowników ośrodka, w tym właśnie Domogalla, zaprotestowało i przygotowało specjalny list, w którym sprzeciwiano się zatrudnianiu Dolezalka. Ale sygnatariuszy szykanowano, a niektórzy, jak nasz kolekcjoner, zostali zwolnieni pod pretekstem restrukturyzacji instytucji. Od tego czasu Domogalla, aż do emerytury, nigdzie nie mógł znaleźć stałej, adekwatnej do wykształcenia, płatnej pracy. 

A kolekcjonowanie porcelany Rosenthala? Zaczęło się w latach 70., bo otaczanie się pięknymi przedmiotami, podróże po świecie i zwiedzanie, zamiłowanie do teatru i opery stało się dla niego „balsamem dla duszy” po traumatycznych przeżyciach z dzieciństwa, młodości i wczesnego dorosłego życia. Porcelanę podarował Muzeum w Gliwicach z dwóch powodów. Kierowały nim motywacje emocjonalno-sentymentalne i stosunek jego matki do miasta, o którym mawiała „moje uwielbione”. Darczyńca chciał po prostu, by te cenne zbiory, gromadzone przez niemal całe dorosłe życie, znalazły się w muzeum jego rodzinnego miasta. W tej chwili pan Wolfgang dalej przeprowadza szczegółową inwentaryzację swoich zbiorów i zapowiada, że niebawem otrzymamy uzupełnienie daru. W niedzielę, 14 czerwca wieczorem, już po otwarciu wystawy, kurier przywiózł nam kilkanaście obiektów, które umieścimy na ekspozycji, tym bardziej że jest wśród nich fragment serwisu zaprojektowanego przez Waltera Gropiusa, założyciela Bauhausu. 


W swoim liście do muzeum i publiczności wskazał, że wystawa będzie także „uwieńczeniem” jego często wyśmiewanej i krytykowanej pasji kolekcjonerskiej. Dlaczego wyśmiewanej i krytykowanej? Z powodu kiczowatości części zbiorów? 

Nie, na pewno nie z powodu kiczowatości, bowiem w kolekcji Wolfganga Domogalli nie ma kiczu! Jak już wspomniałam, kolekcjonował on tylko obiekty z linii artystycznej Studio-Linie (częściej używa się angielskojęzycznej wersji nazwy Studio-Line). Projektantami tych przedmiotów byli uznani i słynni artyści. Pasję wyśmiewano z powodu charakteru kolekcji (mężczyzna zbierający filiżanki!), ale to była też opinia wynikająca z niewiedzy postronnych osób – wszak najlepsze kolekcje ceramiki stworzyli mężczyźni. Osoby krytykujące przerażał również ogrom kwot, jakie pan Wolfgang przeznaczał na zakup nowych obiektów w latach 70., 80. i 90. To były wyroby luksusowe, produkowane w edycjach limitowanych, a więc drogie. Wystarczy dziś zajrzeć do sklepu internetowego Rosenthala, by zorientować się w cenach wyrobów z linii Studio-Line. Wiedza na temat różnorodności przedmiotów wytwórni Rosenthal jest niewielka, często kojarzą nam się jedynie z „Białą Marią” lub serwisami produkowanymi w długich seriach, przez niektórych złośliwie określanych jako te „w drobnomieszczańskim guście”. 


Na wystawie ujęto wiele wątków, prowadzących do konkretnych nazwisk, zjawisk w sztuce, wydarzeń i osobowości znanych z historii. Innymi słowy, jak czytać i nawigować po „Życiu ze sztuką”. 

Okazuje się, że historia artystycznych obiektów wytwórni Rosenthala może stanowić swoisty podręcznik dziejów sztuki XX wieku. Współkuratorka wystawy Patrycja Gwoździewicz opracowała biogramy najsłynniejszych projektantów, których realizacje znajdują się na wystawie (było ich ponad tysiąc), biogramy te zamieściliśmy na naszym profilu na Facebooku „Skarby Muzeum w Gliwicach”. Wymienię nazwiska najbardziej uznanych postaci ze świata sztuki i kultury, których prace znajdują się na ekspozycji w Willi Caro: Herbert Bayer, Salvador Dali, Ernst Fuchs, Helmut Andreas Paul Grieshaber, Tappio Wirkkala, Bjørn Wiinblad, Paul Wunderlich, Andy Warhol, Gilbert Portanier, Aldo Rossi, Uta Feyl, Walter Gropius, Dorothy Hafner, Jasper Morrison, Gianni Versace. Wędrując po wystawie, zetkniemy się z różnymi stylami, nurtami, szkołami w sztuce XX wieku. Jak się okazuje, twórczość w porcelanie jest ich dobrym przekaźnikiem. Zapraszamy do Willi Caro, wystawa czynna będzie do października br. 

Galeria

wstecz

Komentarze (0) Skomentuj