Zapraszamy osoby, które piszą wiersze, opowiadania, krótkie formy literackie albo tworzą prace graficzne. Swoje prace można przesyłać na adres: redakcja@nowiny.gliwice.pl.
Pamiętnik Fedora Karpe, Gleiwitz, 2 marca 1932
Już noc. Spoglądam przez okno. Miasto spowite mroczną mgłą układa się do snu, a smutny deszcz delikatnie uderza w szyby. Ogrzewam się przy blasku lampki naftowej i rozpoczynam spisywanie mojej historii. Postanowiłem prowadzić ten dziennik, żeby to, co składa się na moje życie – wspomnienia, miłość i śmiech, zdenerwowanie, radość i smutek – nie poszło w zapomnienie. Chciałbym, aby zawarte w tym zeszycie zapiski sprawiły, że czas stanie się nieważny i da nieśmiertelność mnie, moim bliskim, miastu i kamienicy, w której żyjemy.
Nazywam się Fedor Karpe. Gram z zamiłowaniem na skrzypcach. Miłości do tego instrumentu nauczył mnie mój ukochany dziadek. Wiele lat temu przyniósł do domu ciężki kawał drewna. Parę dni z rzędu siedział w piwnicy, od świtu do zmierzchu dłubał w nim, tworząc prezent na moje urodziny. Od dnia, w którym wręczył mi skrzypce, instrument ten jest moim przyjacielem, powiernikiem sekretów, wyzwolicielem od złości i towarzyszem radosnych chwil.
Urodziłem się we Frankenstein – miasteczku położonym u stóp Gór Sowich. Pamiętam tamtejszych mieszkańców jako bardzo religijnych ludzi. Lubili spędzać wieczory przy świecach i przekazywać sobie historie o starych dziejach ich miasta.
Krążyły tam legendy o śmierci, która w siedemnastym wieku nawiedziła średniowieczne uliczki centrum miasteczka i zbierała obfite żniwo. Opowiadano, że w tamtym czasie do Frankenstein przyjeżdżali okoliczni grabarze i truli mieszkańców proszkiem sporządzonym z wykopywanych z grobów zwłok. Trup ścielił się gęsto, a to dawało im możliwość dużego zarobku. Mój dziadek był bardzo pracowity. Tak samo mój ojciec. Obaj prowadzili firmę specjalizującą się w szyciu koszul na miarę. Byli też dobrymi muzykami. Mieliśmy duże mieszkanie z trzema sypialniami i łazienką, co nie było w tamtych czasach wcale takie powszechne. Mama zajmowała się domem. Gotowała tradycyjne żydowskie jedzenie: dania z mielonych ryb i zupę z kury. W wolnym czasie wyszywała. Jej dzieła zdobiły ściany naszego mieszkania. Dziadkowie byli ortodoksyjnymi ludźmi. Nosili ciemne ubrania i ściśle przestrzegali zasad naszej wiary. Mój tato był mniej pobożny, aczkolwiek mama prowadziła koszerny dom według tego, co nakazywała tradycja. Dbała o moją edukację religijną i zapraszała do naszego domu rabina, który uczył mnie czytać Torę. W piątki zaczynało się wielkie sprzątanie. Naszym obowiązkiem było przede wszystkim wysprzątanie kuchni. Potem piekliśmy challah, chleby, słodkości i inne smakołyki. Pomagałem mamie zapalać świece. Rozpościerała nad nimi dłonie i okrężnymi ruchami trzykrotnie przysuwała ręce do siebie. Następnie zasłaniała oczy i wypowiadała błogosławieństwo. Po kiddush rozbrzmiewały głosy ojca i mojej siostry Gertrude, połączone w świątecznym hymnie – zemirocie. Teraz mogła zacząć się uczta, na której nigdy niczego nie brakowało.
Drzwi do naszego domu się nie zamykały. Odwiedzali nas wszyscy, poczynając od pracowników ojca, kończąc na członkach chóru i teatru, w którym udzielali się moi rodzice.
Dzieciństwo miałem spokojne i szczęśliwe. Co roku z rodzicami i z siostrą jeździliśmy w góry, do uzdrowiska w Szczawnicy, gdzie korzystaliśmy z dobrodziejstw okolicznych gospodarstw. Z tamtych lat pamiętam smak świeżego koziego mleka i świeżość górskiego powietrza. Zimą jeździliśmy na narty w Tatry. Do Gleiwitz przeprowadziłem się w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym piątym roku. Przeniosłem tu firmę mojego ojca. Zanim interes rozkręcił się na dobre, postanowiłem dorabiać, ucząc gry na skrzypcach.
Moim uczniem został Klaus, siedmioletni syn pary bogatych Niemców. Do dziś mieszkają na Wilhelmstrasse pod numerem czwartym.
Klaus był rumianym, lubiącym się bawić chłopcem. Pilna nauka gry na wymagających skupienia skrzypcach nie była dla niego najważniejsza. Rodzice upierali się jednak, by obudzić w dziecku pasję do instrumentu. Wiedzieli, że muzyka, metrum i progresje są bliskie arytmetyce. Nabywanie nowych umiejętności miało zaowocować lepszymi wynikami w przedmiocie, z którym kiepsko sobie radził. Lekcje odbywały się u nas w mieszkaniu i przyprawiały moją żonę Friedline o migrenę. Była na skraju załamania nerwowego. Po kamienicy niosły się dzikie i szarpane dźwięki, przerywane szlochem dziecka. Nie poddawałem się jednak i postanowiłem znaleźć na niego sposób. Wybrałem metodę małych kroków. Pewnego dnia zaskoczyłem tego naburmuszonego młodzieńca. Gdy wkroczył na nasze salony czerwony ze złości, z mokrymi od łez oczami, kazałem mu zostawić skrzypce przed wejściem do pokoju.
Nastawiłem gramofon i zaproponowałem, że będziemy wystukiwać i wyklaskiwać rytm melodii nogami i rękami. Dałem mu przestrzeń i swobodę. Tańczył po całym pokoju i świetnie się przy tym bawił. Po tym wydarzeniu, przychodził do mnie na zajęcia z rytmiki coraz chętniej. Rodzice cieszyli się, że ziarno zostało zasiane i hojnie opłacali lekcje.
Minął miesiąc i wprowadziłem kolejny krok. Było nim wyłapywanie w utworze brzmienia poszczególnych instrumentów, na przykład perkusji, puzonu, fletu czy pianina. Huśtał się w fotelu na biegunach i całym ciałem chłonął muzykę klasyczną lub jazz. Zamykał się na inne odgłosy i skupiał tylko na płynącej z gramofonu melodii i na wskazanym przeze mnie instrumencie. Po miesiącu Klaus zaznajomił się z różnymi gatunkami, wyćwiczył słuch muzyczny i mogliśmy wrócić do nauki gry na skrzypcach. Odstawiłem na bok książki z nutami i skoncentrowałem się na tym, by grał ze słuchu, ucząc się na własnych błędach. Rodzicom Klausa ta metoda nie przypadła jednak do gustu i zapisali syna do konserwatorium. Po paru latach, także na polecenie rodziców, chłopiec wyjechał gdzieś do prywatnej szkoły z internatem.
W międzyczasie mój sklep zyskał popularność. Odwiedzali mnie liczni klienci, więc nie szukałem już kolejnego ucznia. Całkowicie porzuciłem rolę nauczyciela. Obecnie handluję między innymi: zasłonami, firanami, chodnikami, puszystymi dywanami i bielizną. Uczę też zawodu młodych adeptów sztuki szycia. Staram się być uprzejmy i odpowiedzialny. Zadaję sobie wiele trudu, żeby zadowolić każdego klienta. Dla umordowanych fizyczną pracą hutników i górników sprowadzam najlepszej jakości materace. Poprawiają jakość snu jak żadne inne. Nie są to tanie produkty, jednak znajdują się tu tacy, którzy sumiennie odkładają grosz do grosza, a uzbieraną sumę inwestują w to, co służy ich zdrowiu i wygodzie. Stałym klientom jestem skłonny sprzedawać produkty, których pilnie potrzebują, na zeszyt i na procent. Pomimo obserwowanych w ostatnim czasie zmian i nastrojów społecznych w Europie, tu, w Gleiwitz, życie przebiega nam w dobrobycie i spokoju.
*
Urodziłam się 20 grudnia 1983 roku w Gliwicach. Skończyłam gliwickie - Nauczycielskie Kolegium Języków Obcych oraz Uniwersytet Śląski na kierunku: Italianistyka.
W trakcie studiów wyjeżdżałam do Włoch do pracy, do małego kalabryjskiego miasteczka: Melito di Porto Salvo. Tam poznałam dobrze kulturę i problematykę południa Włoch (zwłaszcza tę dotyczącą mafii) o czym piszę kolejną powieść.
Po studiach pracowałam jako tłumacz i nauczycielka języka włoskiego, wsparcie techniczne dla włoskich pracowników General Motors i audytor dokumentacji włoskiej dla Opla (Stellantis).
Obecnie pracuję jako koordynator wsparcia klienta włoskiego w firmie Timken - w Sosnowcu.
Moją pasją są historie zwykłych/niezwykłych ludzi, podróże i języki obce.
Miałam szczęście do babć, które chętnie dzieliły się ze mną niełatwymi wspomnieniami i do rodziców, którzy zasiali we mnie ciekawość świata i chęć by wsłuchiwać się w głosy mijających pokoleń.
Mam dwie dojrzewające córki - Zuzę (16 lat) Zosię (12) i kota brytyjczyka (Zeldę).


Komentarze (0) Skomentuj