Z Angelem Perezem Garcią, hiszpańskim trenerem Piasta Gliwice rozmawia Andrzej Sługocki.

Za nami koniec sezonu. Utrzymał pan Piasta w piłkarskiej Ekstraklasie. Może pan teraz pokazać tę czarodziejską różdżkę?
Nie rozumiem... 

Kibice mówią, że na gali Ekstraklasy powinna być jeszcze jedna kategoria: „piłkarski cudotwórca sezonu”. Miałby pan gwarantowaną wygraną. Pytam o tę różdżkę, bo jak za jej dotknięciem zmienił pan drużynę nie do poznania.
(śmiech) Aaa, teraz rozumiem. Muszę pana zmartwić, żadnej magii w tym nie było. Jestem zwykłym człowiekiem. O utrzymaniu i dobrych wynikach zadecydowała tylko nasza, wspólna, ciężka praca, eliminacja błędów i modyfikacja strategii. Po przyjęciu oferty pracy w Gliwicach siedziałem kilka dni zamknięty w hotelowym pokoju i godzinami oglądałem materiał wideo z meczów Piasta oraz naszych rywali w ostatnich pięciu kolejkach piłkarskiej Ekstraklasy. Przeanalizowałem to, ustaliłem taktykę i udało się.

Jakie błędy pan znalazł? Jak z drużyny, która, z jednym wyjątkiem, nie wygrała od 30 listopada, stworzył pan kolektyw aplikujący rywalom w pierwszym meczu aż pięć goli.
Piłka nożna to prosta gra, a o wielu rzeczach, które dzieją się na boisku, decydują detale. Znalazłem pewne błędy w taktyce, nieco przeorganizowałem zespół i efekty przyszły same. No i praca, na boisku i poza nim. Udało mi się mentalnie pobudzić piłkarzy. Zadziałało! (śmiech)

Przyjeżdżając do Polski, nie czuł pan presji? Postawiono panu niezwykle trudne zadanie. Wielu „ekspertów” widziało już Piasta w I lidze.
Lubię trudne wyzwania, ale ta konkretna sytuacja nie uwierała mnie jakoś szczególnie. Jestem odporny psychicznie. Wierzyłem w sukces. I tyle. 

Cofnijmy się o 50 lat. Mały Angel Perez Garcia jest kilkuletnim brzdącem. Co robi? 
Jak to, co?! Gra w piłkę! Mieszkam z rodzicami i pięcioma braćmi w Madrycie. Tato prowadzi sklep mięsny, a my uganiamy się za futbolówką. Od  rana do wieczora. Dookoła place do gry, a na nich mnóstwo dzieciaków. Mając 11 lat, zapisuję się do dzielnicowego klubu.

A kiedy pojawił się słynny Real?
Ooo, chwilę to jeszcze trwało. Mój starszy brat miał kolegę, który znał jednego z bramkarzy Realu. Polecił mnie i tak znalazłem się w tym klubie. Miałem 15 lat, gdy podpisałem pierwszy kontrakt. Potem ciężka praca, gra w juniorach i wreszcie przenosiny do Castilla Real, drugiej drużyny „Królewskich”. Występowałem tam trzy lata i w końcu doczekałem się. Trener pierwszego zespołu oglądał nas i zdecydował dokooptować do Realu Madryt trzech zawodników. Wśród nich byłem ja. W pierwszej drużynie zadebiutowałem w meczu sparingowym z Albacete. Pojawiłem się na boisku na kilkanaście minut przed końcem tego spotkania. Zmieniłem słynnego Ramona Grosso. To było dla mnie wielkie wydarzenie. Potem, przez trzy lata (1979-1982 – red.), regularnie grałem w pierwszej drużynie, osiągając z nią wiele sukcesów: mistrzostwo Hiszpanii, Puchar Króla, grałem w finale Pucharu Mistrzów. Występowałem u boku obecnego trenera reprezentacji Hiszpanii, mojego serdecznego przyjaciela i mentora – Vincente del Bosque oraz słynnego Jose Antonio Camacho. W swojej karierze reprezentowałem jeszcze barwy Realu Murcia oraz Elche. Grałem w reprezentacji Hiszpanii do lat 21. Po zakończeniu kariery pracowałem jako trener w hiszpańskich: Almería B, Sangonera Atlético i Atlético Ciudad oraz egipskim Ittihad El-Shorta. Przez pewien czas byłem też trenerem w szkółkach młodzieżowych Realu Madryt w Ameryce Środkowej. Od stycznia do marca 2014 roku trenowałem drużynę New Radian na Malediwach.

A propos Malediwów. Gdy obejmował pan drużynę Piasta, wielu wyśmiewało się z tego faktu. Pokazywano zdjęcia, na których trenuje pan zawodników... na plaży. 
Wyśmiewać się mogą tylko dyletanci, którzy kompletnie nic nie wiedzą o futbolu. Szkoleniowca zawsze bronią wyniki. Wspomniane zdjęcie zostało zrobione podczas obozu na jednej z malediwskich wysp. Rzeczywiście, trenowaliśmy na plaży siłę i szybkość. Był również czas na sportową zabawę. Po południu omawialiśmy taktykę. 

Dlaczego reprezentacja Hiszpanii jest najlepsza w Europie i na świecie?
Bo w hiszpańskich klubach, na każdym poziomie szkolenia, ciężko się pracuje. Od dzieciaka do seniora. To element decydujący i kluczowy. Praca zawsze przynosi efekty. Tutaj nie można udawać, opierać się na półśrodkach.

Kiedy dostał pan propozycję pracy w Gliwicach,  było to pewnie zaskoczenie. Nowy kraj, zwyczaje, ludzie, kultura.
Polska nie jest dla mnie obcym krajem. Byłem tutaj już dwukrotnie na meczach reprezentacji oldbojów Realu Madryt. Poprzez komunikatory internetowe utrzymuję kontakt z kilkoma Polakami. Kiedy zaproponowano mi pracę w Piaście, już po chwili oglądałem dostępne w sieci strony i filmy dotyczące klubu. I tak robiłem przez kilka dni. Lubię wiedzieć, gdzie i z kim przyjdzie mi pracować. Dlatego podczas pierwszego spotkania z zawodnikami Piasta z każdym z nich przywitałem się po imieniu. 

Miał pan okazję zobaczyć już Gliwice?
Żałuję, ale jeszcze nie. Od kiedy tu jestem, mój dzień wygląda niemal tak samo. Trening, a wieczorem analiza tego, co zrobiliśmy i co jeszcze przed nami. Rozpracowywanie rywali. W hotelu, w którym mieszkam, tylko jem, śpię i oglądam piłkarskie mecze. Widziałem już w akcji wszystkie zespoły polskiej Ekstraklasy. Raz tylko wyszedłem na spacer i raz pojechałem z moimi piłkarzami na dyskotekę po ostatnim meczu. To za mało, by mówić, że poznałem Gliwice. (śmiech) 

Dyskotekę?! Poprzednik, Marcin Brosz, był pana przeciwieństwem. Nie pozwalał na takie zbytki. Raz zabrał piłkarzy na ryby. Dyscyplina była dla niego kluczowa.
Dyscyplina to jedno, a drugie – dobra atmosfera w szatni. Ja jestem dla moich piłkarzy jak ojciec, a nasze relacje przypominają do złudzenia stosunki na linii rodzic – dziecko. Zaufanie i respekt.

Kuchnia polska jest inna od hiszpańskiej. Polubił pan jakieś potrawy?
O, tak! Bardzo smakuje mi rolada i rosół. Fantastico! (śmiech) Jedzenie macie super. I jeszcze jedno. Przekonałem się, że w Polsce bywają okoliczności, w których po prostu nie wypada odmówić kieliszka wódki. (śmiech) Jednak bardzo rzadko piję mocne trunki, lubię, od czasu do czasu, piwo.

Jest pan zodiakalną Wagą, a ludzie spod tego znaku dążą w życiu do równowagi, sprawiedliwości i bezstronności. Nie lubią konfliktów i za wszelką cenę ich unikają. Łatwo natomiast zjednują innych. To opis pana charakteru?
Wypisz, wymaluj! (śmiech)

Rzeczywiście, jest pan niezwykle sympatycznym facetem.  Zadam zatem to najważniejsze pytanie: będzie trenował pan Piasta w przyszłym sezonie?
Tak. Jestem już po rozmowach z zarządem klubu, ustaliliśmy warunki kontraktu. Teraz trzeba  tylko przygotować umowę i po moim powrocie z Hiszpanii (tuż po wywiadzie trener wyleciał do swojego kraju – red.) podpiszę ją.

Trudne zadanie przed panem. Dwóch kluczowych zawodników – Trela i Matras – odeszło. Kilku innym kończą się kontrakty. Jak będzie pan budował drużynę bez znajomości polskiego rynku piłkarskiego?
Chciałbym, aby zdecydowana większość zawodników, z którymi pracowałem w ostatnim miesiącu, a którym kończą się kontrakty bądź wypożyczenia, pozostała w klubie. Liczę, że uda się to zarządowi. Do kadry chciałbym dokooptować tylko kilku nowych graczy: bramkarza, bocznych obrońców, środkowego pomocnika oraz lewoskrzydłowego. Oprócz Krzyśka Szumskiego w prowadzeniu zespołu pomagać mi będzie najprawdopodobniej nowy asystent, mój rodak z Hiszpanii.

Pomówmy trochę o panu prywatnie. Żonaty?
O, tak, nawet dwukrotnie! Moja obecna żona ma 43 lata (Angel jest 57-latkiem – red.) i ma na imię Isabel. Jesteśmy razem od 24 lat i mamy dwóch synów, 16- i 18-letniego. Z poprzedniego związku mam z kolei dwie dorosłe córki. Isabel towarzyszy mi we wszystkich sportowych wyjazdach. Tak będzie i teraz. Razem z naszymi synami przyjedzie do Polski i tutaj zamieszkamy. Właśnie szukam szkoły i drużyny piłkarskiej dla moich chłopaków. Obaj grają w futbol. 

Jak pan ich zachęci do przyjazdu?
Już to zrobiłem. Powiedziałem, że Polska to fajny kraj z dużą ilością zieleni. Że mieszkają tutaj superludzie: gościnni, wylewni, serdeczni.
wstecz

Komentarze (0) Skomentuj