Łabędzkie Towarzystwo Sportowe obchodzi w 2020 roku jubileusz 75-lecia istnienia. Z tej okazji na łamach „Nowin” będziemy przedstawiać sylwetki najwybitniejszych łabędzkich sportowców. Na początek legenda Legii Warszawa – Lucjan Brychczy. 
Ktoś mniej zorientowany zapyta: a co ma wspólnego as „Wojskowych” z ŁTS-em? Otóż piłkarskiego abecadła Brychczy uczył się właśnie nad Kanałem Gliwickim.

Był rok 1945. Cały Górny Śląsk trafił do Polski. W tym również miejscowość Laband, która – już jako Łabędy – stała się siedzibą wiejskiej gminy. Jej mieszkańcy chcieli mieć własną drużynę piłkarską. Paweł Brom, na łamach wydanej z okazji 65-lecia ŁTS-u publikacji autorstwa Zbigniewa Bielca, wspominał: „Pewnego razu (…) zjawił się nieznajomy i zaproponował skompletowanie piłkarskiej reprezentacji Łabęd. Najwięcej kłopotów było z piłką. Znalazł się na szczęście jeden z kolegów z pieniędzmi, który kupił wprawdzie piłkę starą, ale z prawdziwego zdarzenia. Od tej pory staliśmy się piłkarzami. Graliśmy w klasie C. (…) Stadion pod lasem już był… tylko, podobnie jak wszystko po wojnie, nie nadawał się do użytku. Na stadionie porządki robiliśmy sami. Pamiętam, jak nasza jedenastka ściągała z całych Łabęd siatkę na ogrodzenie boiska. Później pięliśmy się w górę. Po roku znaleźliśmy się już w klasie B, w której graliśmy przez dwa lata. Trochę dłużej zatrzymaliśmy się w klasie A, prawie dziesięć lat”.

Co do nazwy – nim oficjalnie pojawiła się ta znana do dziś, sportowcy z Łabęd występowali jako Stal, Motor, potem Polonia. I właśnie barw Stali Łabędy przez kilka sezonów bronił Lucjan Brychczy.

Boisko na podwórku familoka

Na świat przyszedł 13 czerwca 1934 roku w Nowym Bytomiu (dziś to dzielnica Rudy Śląskiej). Ojciec Stanisław był urzędnikiem, walczył w powstaniach śląskich. Zetknął się z nim Aleksander Chłopek, długoletni radny gliwicki i poseł. W rozmowie z „Nowinami Gliwickimi” wspomina: – To było przy okazji obchodów 70-rocznicy plebiscytu i III powstania śląskiego. Pan Stanisław Brychczy wziął udział w uroczystej sesji. Dla mnie wielkim zaszczytem było go poznać. Raz, że był polskim patriotą, dwa, ze względu na jego syna. Sam grałem w piłkę i słynny „Kici” był moim idolem. Pana Stanisława zapamiętałem jako człowieka małomównego, bardzo skromnego, wręcz ascetycznego, ale nad wyraz uprzejmego.

W domu było ich sześcioro, Lucjan – najmłodszy z rodzeństwa. Dom prowadziła matka. 

Brychczy: – Mama była ciepła, dbała o nas, a dom był piękny i jasny. Mieszkaliśmy wygodnie, w czteropokojowym mieszkaniu.

Okres beztroskiego dzieciństwa przerwała wojna. Głowa familii poszła na front, a matka, aby wyżywić rodzinę, podjęła pracę w hucie. 

– Z racji powstańczej przeszłości ojca wyrzucono nas z dotychczasowego lokum. Trafiliśmy do jednopokojowego mieszkania w familoku. Podwórko było moim pierwszym boiskiem – wspomina Lucjan Brychczy. – A szczytem marzeń młodych bajtli było kopać taką prawdziwą piłkę, ze skóry, z gumowym pęcherzem w środku. Najczęściej jednak grano szmacianką lub piłką zrobioną z gumy.

Pod koniec wojny do Wehrmachtu powołano jego brata Mieczysława. Zginął we Francji. Ogromny cios dla rodziny osłodził powrót ojca. Stanisław Brychczy wrócił w 1946. Zdziwił się, że jego syn zapisał się na... boks. Zrobił to w tajemnicy. A że był wysportowany i szybki, prędko rozniosło się po mieście, że Pogoni Bytom rośnie pięściarski talent. 

Po którejś z walk do ojca dotarło, że ten mały czarny, który tak sprytnie się bije, to jego syn Lucek. Zabronił mi treningów i tyle. „To niebezpieczna zabawa”, powiedział. „Możesz tak oberwać, że złamią ci szczękę i nos”.
Syn posłuchał ojca i poświęcił się tylko piłce. Grał w ataku w trampkarzach, a potem w juniorach Pogoni Bytom.

Bramkarski wyga kontra młokos

Łabędy znane są w kraju dzięki Bumarowi. Kiedyś kombinat zwał się Zakładem Inwestycyjno-Remontowym. I to tam skierowany do pracy został Stanisław Brychczy. Cała rodzina przeprowadziła się do Łabęd. Jak wspomina legenda polskiej piłki, dla niego była to tragedia. Stracił kolegów, skończyły się ukochane treningi w Pogoni. Wszystko było nowe i obce. Jednak nie trwało to długo – młody Brychczy znalazł w końcu kompanów do biegania za piłką. Ci namówili go, aby zapisał się do miejscowego klubu, Stali. 

– Był mocniejszy, ale kłopoty ze sprzętem podobne. Każdy ćwiczył w tym, co miał albo co znalazło się w klubie. Dostałem swoje pierwsze prawdziwe buty do gry. Cieszyłem się i nie przeszkadzało mi, że były podniszczone.

W Łabędach Brychczy szybko przeszedł do zespołu seniorów. Zadecydował o tym trener Karol Dziwisz – w przeszłości wielki piłkarz, reprezentant kraju, partner Ernesta Wilimowskiego z przedwojennego Ruchu Chorzów. 

– Dziwisz poświęcał mi na treningach wiele czasu, a ja chętnie go słuchałem i wykonywałem wszystkie polecenia. Trenowaliśmy trzy razy w tygodniu po dwie godziny – wspomina Brychczy.

Stal Łabędy grała w A-klasie, ale w sparingach często mierzyła się z wyżej notowanymi rywalami. W 1951 roku zagrała z Górnikiem Radlin, wicemistrzem ligi. W jej bramce stał Alfred Budny. Podczas meczu sędzia podyktował dla Stali rzut karny. Do strzelania wyznaczono 18-letniego Brychczego. 

– Budny, stary wyga, wyzwał mnie na psychologiczny pojedynek. Stanął nie w środku bramki, tylko bliżej jednego ze słupków. Okrywając drugą stronę, liczył, że właśnie tam kopnę. Wziąłem rozbieg i ruszyłem. Po pierwszym kroku wiedziałem: strzelę w róg, w którym stoi Budny. Zrobiłem zamach, on poleciał w ten róg, na który mnie podpuścił. Lecąc w pustkę, mógł patrzeć, jak futbolówka trafia do siatki. Przechytrzyłem pyszałka! Na trybunach podniósł się wrzask.

Z czasów gry w Łabędach Lucjan Brychczy, w autobiograficznej książce „Kici”, napisanej przy współpracy z Wiktorem Bołbą i Grzegorzem Kalinowskim, wspomina mecze wyjazdowe. 
– Zabieraliśmy dziewczyny. Nie jeździło się autokarami, tylko ciężarówkami, na których zamontowane były ławki. Wskakiwaliśmy z dziewczynami na pakę i jechaliśmy. Po meczach robiliśmy pikniki. Alkohol był, ale w rozsądnych dawkach. Kiedy miałem 17 lat, poznałem przyszłą żonę, Małgorzatę.

Magazynier wydał za duże buty, Ruch na tym stracił

W Stali Łabędy Brychczy grał w latach 1948-1953. Ten okres podsumowuje tak: występy i treningi zaważyły na jego karierze, nauczył się gry i pewności siebie.

Wzorem ojca, zaczął pracę w zakładach mechanicznych – był dyspozytorem. Kuszony przez Ruch Chorzów (wtedy pod nazwą Unia), dostał zaproszenie na testy na Cichą. Nie został jednak potraktowany poważnie. Przed treningiem magazynier wydał mu za duże o kilka numerów buty. Brychczy jest przekonany, że zrobił to specjalnie, żeby on nie błysnął przed sztabem szkoleniowym. Tym z pozoru nieistotnym incydentem poczuł się dotknięty. Na treningu niespecjalnie się wysilał, bo uznał, że nie chce grać w klubie, który tak go „zachęcił” do przenosin.

Zafascynowany był Gerardem Cieślikiem. Z asem „Niebieskich” wystąpił w reprezentacji Śląska, a z niej szybko trafił do kadry województwa, która grała mecz z reprezentacją Polski B. Tam wpadł w oko trenerowi tej drużyny, Michałowi Matyasowi. Dostał powołanie na mecz z Tiraną. Po raz pierwszy zagrał wtedy w Warszawie, na stadionie Wojska Polskiego. Spotkanie oglądał trener Legii (CWKS) Janos Steiner, z pochodzenia Węgier. O niskim, ale zadziornym napastniku już nie zapomniał.

Pożyczka na rower

Jednak póki co Brychczy przeniósł się z Łabęd do Piasta Gliwice. Razem z nim brat Tadeusz, który był bramkarzem. Na treningi dojeżdżali osiem kilometrów autobusem. Pracę, również jako dyspozytor, Lucjan znalazł w Gliwickich Zakładach Urządzeń Technicznych. Szybko wziął tam zakładową pożyczkę. Poszła na zakup… roweru. Ale piłkarsko nie wyszło – miał być awans do II ligi, a skończyło się na marzeniach. Wtedy odezwał się CWKS. Dostał bilet do wojska, więc pojechał do Warszawy. O jego talencie wciąż pamięta Steiner. Zresztą, od tego szkoleniowca wziął się słynny przydomek Brychczego. Madziar już na pierwszych treningach wołał do niego „Kici”, co po węgiersku znaczy „mały”.

W barwach Legii zaczął grać w 1954 roku, skończył w 1972. Ze 182 golami w ekstraklasie. Piękna karta w historii polskiej reprezentacji – 58 występów i 18 goli, udział na Igrzyskach Olimpijskich w Rzymie w 1960. My jednak skupiliśmy się na śląskim i gliwickim wątku biografii Lucjana Brychczego. A ten, jak widać, również jest interesujący.

Błażej Kupski
wstecz

Komentarze (1) Skomentuj

  • Ryszard 2020-05-16 22:43:41
    Wspaniały człowiek. Będąc w Warszawie spotkaliśmy się na stadionie. Pokazał mi każde miejsce łącznie z szatnia zawodników. To jednak światowa klasa