Dobiega końca proces 29-letniego Koreańczyka, który dwa lata temu, prowadząc samochód pod wpływem alkoholu, potrącił na ulicy Kozielskiej w Gliwicach rowerzystę, po czym uciekł, nie wzywając pomocy. Potrącony mężczyzna zmarł na miejscu. 

13 marca 2015 r. po godzinie 22.00 Łukasz Pastuszczak, wówczas 30-letni mężczyzna, wracał z pracy w jednym z zakładów strefy ekonomicznej na terenie Kleszczowa do domu w Wójtowej Wsi. Jechał na rowerze, był dobrze oznakowany i widoczny dla kierowców – koledzy z zakładu potwierdzili, że zawsze miał na sobie odblaskową kamizelkę, a jego rower posiadał odpowiednie oświetlenie. 
Mimo to, na ulicy Kozielskiej, niedaleko skrzyżowania w Brzezince, potrącił go opel insignia. Zdaniem biegłych, ślady, jakie zostawił pojazd, świadczą o tym, że kierowca nawet nie próbował Łukasza ominąć, ale wręcz go staranował. 

Sprawca zbiegł z miejsca zdarzenia, a rannego zostawił samemu sobie. Leżącego w rowie człowieka zauważyli dopiero inni kierowcy i wezwali pomoc. Niestety, na ratunek było za późno.

Policjanci natychmiast rozpoczęli śledztwo. Po kilku godzinach znaleźli opla przy ulicy Kochanowskiego. Uszkodzenia samochodu wskazywały, że brał on udział w wypadku – posiadał wyraźne ślady potrącenia. Potem znalazł się i sam kierowca, 27-letni obywatel Korei Południowej, pracujący w jednej z firm gliwickiej strefy i tymczasowo mieszkający w naszym mieście. Sam przyszedł na komendę miejską, gdzie zbadano go na obecność alkoholu w organizmie. Wynik z godziny 5.00 - około 0,8 promila. Jak mówili wtedy doświadczeni policjanci, w chwili wypadku sprawca mógł więc mieć we krwi około dwóch promili.  

Zgłoszenie się L. na policję nie świadczyło jednak o jego skrusze. Koreańczyk przyszedł na komendę, kiedy dowiedział się już, że policja znalazła zniszczony pojazd. 

Mimo że obcokrajowiec spowodował wypadek ze skutkiem śmiertelnym, będąc pod wpływem alkoholu, do tego nie udzielił ofierze pomocy, gliwicki sąd rejonowy nie zdecydował się na zastosowanie wobec niego tymczasowego aresztu. Choć istniała możliwość mataczenia w sprawie oraz ucieczki z kraju, a o areszt wnioskowała prokuratura. Początkowo wprawdzie sąd się przychylił, ale ostatecznie, po interwencji obrońcy, środek zapobiegawczy zamieniono na poręczenie majątkowe. Oczekiwanie na wyrok na wolności kosztowało młodego Koreańczyka zaledwie 10 tys. zł. 

Sprawca nie wyjechał z Polski (legalnie zresztą zrobić tego nie mógł, bo jego paszport leżał w szafce prokuratora). W sądzie rejonowym dobiega końca jego proces. Trwa już dwa lata między innymi z powodu trudności z tłumaczem – okazuje się, że w Polsce jest tylko dwóch tłumaczy języka koreańskiego. 

W piątek, 17 lutego, odbyła się ostatnia rozprawa, na której mowy końcowe wygłosili obrońca, pełnomocnicy rodziny (matki i ojca ofiary, występujących w roli oskarżycieli posiłkowych) oraz prokurator. Oświadczenie złożył też sam oskarżony. 

Nie potrąciłem ani człowieka, ani zwierzęcia
Zanim doszło do wypadku, Jinyong L. był na kolacji z przyjaciółmi w znanej restauracji w Brzezince. Pił wódkę. Próbował przekonać śledczych, że do końca spotkania zdążył już wytrzeźwieć, a potem wypił alkohol w domu, już po zdarzeniu (stąd promile). Zaprzeczają temu dowody. Po pierwsze, kamera monitoringu zarejestrowała, jak mężczyzna wychodzi z lokalu chwiejnym krokiem i mimo że na parking podjeżdżały taksówki, wsiadł za kierownicę swojego samochodu. Przeciwko niemu świadczą też SMS-y w zabezpieczonym telefonie komórkowym – w rozmowie ze swoją znajomą L. przyznał, że jest pijany i wraca do domu. 

Jak zeznał oskarżony, na ulicy Kozielskiej w „coś” uderzył, wysiadł z auta, sprawdził teren, ale niczego nie zauważył. 
- Zrobiłem wszystko, co mogłem i stwierdziłem, że nie potrąciłem ani człowieka, ani zwierzęcia, więc pojechałem do domu – mówił sprawca. Zapewniał, że nie miał zamiaru zbiec z miejsca wypadku i nie myślał, że zostawił kogoś bez pomocy. 

Zajmujący się sprawą prokurator Paweł Sikora, szef Prokuratury Rejonowej Gliwice-Zachód, krok po kroku obalał słowa oskarżonego, udowadniając, na podstawie zebranych dowodów, że ten mija się z prawdą. 
- Rower miał włączoną tylną lampę, oskarżony nie mógł go nie widzieć. Świadczą też o tym zniszczenia na samochodzie – dowodził Sikora. 

- Udowodniono, że oskarżony w chwili wypadku był pijany, nie wyprzedził rowerzysty, ale go staranował, po czym uciekł, chcąc uniknąć konsekwencji. Jedyna okoliczność łagodząca to dotychczasowa niekaralność. Wszystko inne wskazuje, że czyn oskarżonego należy potraktować surowo – mówił prokurator.

Obrońca Jinyonga L. próbował zakwestionować opinię biegłej co do zawartości alkoholu we krwi sprawcy w chwili zdarzenia. Mecenas wniósł nawet o wyłączenie biegłej, na co nie zgodzili się ani oskarżyciel, ani pełnomocnicy rodziny, uznając wniosek za obliczony na opóźnienie postępowania. 

- Obrona chciała włączyć prywatną opinię biegłej, którą już wcześniej dysponowała, jako kontrargument przeciwko opinii urzędowej. My się temu sprzeciwiamy i jestem przekonany, że sąd tego dowodu nie dopuści – powiedział „Nowinom” podczas przerwy w rozprawie mecenas Janusz Budzianowski, pełnomocnik ojca ofiary. - Obrona złożyła jeszcze drugi wniosek, dotyczący wyłączenia biegłej, która wydawała opinię w sprawie, z zarzutem braku kompetencji. To jest zarzut o charakterze personalnym i na pewno nie zostanie uwzględniony. Z prostego powodu: tak długo, jak biegła figuruje na liście biegłych sądowych, jest chroniona domniemaniem kompetencji. Sąd może jej nie dać wiary, ale na zasadzie swobodnej oceny dowodów, a nie dyskwalifikowania a piori jej wiedzy. Nie możemy powiedzieć, że biegły „jest głupi” z definicji, prawda? - dodaje mecenas Budzianowski.  

Sąd, jak spodziewał się pełnomocnik, odrzucił wniosek obrony. 
Oskarżony przeprosił rodzinę zabitego Łukasza, prosząc o łaskę i wybaczenie: - Przepraszam, nie mogę patrzeć w oczy państwa. Gdybym mógł cofnąć czas, to nie zachowałbym się w ten sposób.

Prokurator  wnioskował o łączną karę pięciu lat pozbawienia wolności oraz dożywotniego pozbawienia prawa jazdy, nawiązkę w wysokości 5 tys. zł na rzecz funduszu osób pokrzywdzonych w wypadkach drogowych i obligatoryjnie po 10 tys. zł dla matki i ojca ofiary. 

Dla rodziny Łukasza kara pięciu lat więzienia to stanowczo za mało. Wyrok zapadnie za dwa tygodnie. 

Marysia Sławańska   



 

Galeria

wstecz

Komentarze (0) Skomentuj