Niesamowita historia gliwiczanina, który rozstał się ze swoim ojcem w 1939 roku. Znalazł go dopiero w kwietniu 2015.
Na łożu śmierci Helena Nagajowa, z domu Fedyniówna, absolwentka nauczycielskiego seminarium w Żółkwi, zobowiązała swojego jedynaka Andrzeja, by znalazł miejsce, w którym pochowano jej męża, a jego tatę. Syn przyrzekł. Mogiłę znalazł po kilkudziesięciu latach, daleko od Gliwic.  

Paryż. Cmentarz Montmartre
Pod koniec kwietnia 2015 r. wycieczka z Gliwic ogląda cudne zabytkowe pomniki na paryskim cmentarzu. Zatrzymuje się na dłużej przy grobie Polaka, krewnego jednego z uczestników wyprawy. Słucha o tym krewnym opowieści, bo był dobrym znajomym samego Mickiewicza. 
- A mój mąż znalazł niedawno grób swojego ojca. Na Ukrainie. Latami go szukał i nagle otrzymał przedziwny telefon z Warszawy – cicho mówi do mnie elegancka kobieta. – Teść jest ofiarą zbrodni katyńskiej – dodaje.

Chwilę rozmawiamy. Okazuje się, że podeszła do mnie Jolanta Nagaj, wieloletnia dyrektorka gliwickiej podstawówki przy Strzody. Jej mąż, Nagaj Andrzej, to z kolei zasłużony działacz kultury fizycznej, człowiek odznaczony wieloma medalami. Przez lata prowadził w Gliwicach sekcję lekkoatletyczną Akademickiego Klubu Sportowego i spod swoich skrzydeł wypuścił znanych zawodników. Teraz oddaje się wyłącznie pasji. Podróżuje, fotografuje, biega, pływa. I sumienie ma już spokojne, bo ostatnią wolę matki udało mu się wypełnić. 
Zaczepiam go jeszcze tego samego dnia, po zwiedzaniu cmentarza, w paryskim metrze. I już tam, we Francji, umawiamy się na spotkanie tu, w Gliwicach. 

Sambor w województwie lwowskim 
W Samborze 11 marca 1909 roku, w rzymsko-katolickim domu urzędnika Stanisława Nagaja i jego żony Natalii z Osuchowskich, rodzi się Józef. Za dużo o nim nie wiemy. Historia sprawiła, że nie wie nawet jego własny syn Andrzej. Który zna go jedynie z opowieści matki i z fotografii. Życiorys będzie więc lakoniczny. 

Kiedy Józef kończy lat 10, zaczyna naukę w państwowym gimnazjum, potem uczy się w gimnazjum prywatnym, a po otrzymaniu świadectwa dojrzałości wstępuje do Szkoły Podchorążych Rezerwy Piechoty. Kiedy i ją kończy, zostaje komendantem Związku Strzeleckiego. Pełni też między innymi obowiązki dowódcy Kompanii XIII, zatrudnia się jako referent wojskowy w starostwie. W roku 1936 z pomyślnym wynikiem kończy kurs unitarny dla oficerów Związku Strzeleckiego. Rok później żeni się z Heleną Fedyniówną. Nie będzie im jednak dane długo cieszyć się małżeństwem. Za dwa lata ich wspólne życie przerwie wojna. 

Brody. Kresy Wschodnie
Miłośnikom trylogii Sienkiewicza Brody znane są jako Lubicz. Niegdyś warowna osada, leżąca na trakcie handlowym. Bagnista okolica, którą trzeba było przemierzać w bród. Po II wojnie światowej pozostanie na terenach Ukrainy. Tu w roku 1938, w domu Heleny i Józefa Nagajów, na świat przychodzi Andrzej. I stąd rok później na zawsze zabiorą jego ojca. 

Porucznik Józef Nagaj ma 30 lat, niedawno poślubioną żonę i kilkumiesięcznego syna, kiedy do jego drzwi pukają Sowieci. Jest październik. Zostaje z tego wydarzenia rodzinie Nagajów smutna pamiątka: dokument potwierdzający, co młody porucznik zdał w chwili aresztowania. Dwie pary spodni, płaszcz, pięć bluz, pas, kożuch i cztery czapki.

Miesiąc później, w listopadzie, Józefa Nagaja Sowieci wywożą bez podania bliższego adresu. Od tego momentu słuch po nim ginie. Nic. Żadnej wieści, żadnego listu.  

Baranów nad Wisłą, Łańcut... Tułaczka 
Andrzej Nagaj ma zaledwie 10 miesięcy, kiedy zaczyna się jego wędrówka. Matkę szczęśliwie ktoś ostrzega, że Polaków Sowieci wywożą na Sybir. Ona, żona porucznika, jest zagrożona. Najlepiej będzie, jeśli czym prędzej spakuje siebie, dziecko i Brody opuści.

Pani Helenie udaje się uciec. Odtąd wraz z synem musi się ukrywać. Schronienie znajduje między innymi w piwnicy domu w Baranowie Sandomierskim. Tu zastaje ją front. W domu, w którym przebywa, zorganizowano niemiecki szpital wojskowy. Potem mała rodzina przedostaje się do Łańcuta. Długi okres ucieczek i wędrówek zakończy dopiero po wojnie, w roku 1946, w Gliwicach.  

Gliwice, ulica Bytomska
Na Bytomskiej zamieszkuje Helena Nagajowa wraz z synem Andrzejem. W mieście nad Kłodnicą znajduje swoją matkę i dwie siostry. Przychodzą też wiadomości o braciach męża. Szwagier, który służył u generała Maczka, odnalazł się w Anglii. Tam po wojnie się osiedlił i ożenił. O drugim szwagrze wieści przychodzą z Wołowa, gdzie mieszka z rodziną. I tylko męża Józefa nie ma...

Helena Nagajowa ciągle szuka. Nieustannie pisze listy do „czerwonego krzyża”. Przychodzą wiadomości sprzeczne, mało konkretne. Wiadomo tylko na pewno, że Józef Nagaj przebywał w obozie juchnowskim, a 22 grudnia 1939 roku trafił do Kozielska, po czym, w styczniu 1940, przekazano go Ukraińskiemu NKWD. Ponieważ dane porucznika widnieją na ukraińskiej liście katyńskiej, rodzina domyśla się, co się stało. Przecież w Katyniu rozstrzelali wszystkich... Ale Nagaj jest anonimowy. Nikt nie zna dokładnego miejsca jego śmierci, nie wie, gdzie jest grób. Helenę Nagajową gnębi to do końca życia. Umiera, mając 62 lata. Na łożu śmierci mówi do syna Andrzeja: „Jędrusiu, pamiętaj, odszukaj miejsce pochówku ojca”. 

Warszawa – Kijów. Niespodziewana wyprawa         
2 kwietnia tego roku w mieszkaniu Jolanty i Andrzeja Nagajów na osiedlu Sikornik dzwoni telefon. W słuchawce odzywa się męski głos. 
- Pan Andrzej Nagaj?
- Tak
- Dzwonię z Warszawy, z Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Czy pan się dobrze czuje?
- No... Dobrze się czuję – gliwiczanin myśli, że ktoś robi sobie z niego żarty.
Ale mężczyzna z Warszawy zaczyna wypytywać o ojca. Kiedy się urodził i tak dalej. Wreszcie mówi:
- Zapraszam pana z małżonką na Ukrainę, do wzięcia udziału w uroczystości 75-lecia zbrodni katyńskiej. 
Pan Andrzej, syn Józefa, nie potrafi wydobyć głosu. Wreszcie:
- Wie pan, ja muszę oprzytomnieć. Oddzwonię.
Oddzwania po chwili. Oczywiście, będzie wraz z żoną. Dodaje jeszcze, że jest w szoku. 

Małżeństwo ma kilka dni, by przygotować się do podróży. Prócz pociągu do Warszawy organizatorzy pokrywają wszystkie koszta. Pan Andrzej z żoną melduje się w hotelu na Starówce, a na drugi dzień wylatuje do Kijowa. Z lotniska przez stolicę Ukrainy jedzie jak ktoś naprawdę ważny, bo eskortowany przez policję. Na ulicach, którymi porusza się osiem autokarów z rodzinami katyńskimi (przyjechały nawet z Australii i Nowej Zelandii!), wstrzymano ruch. 

Bykownia. Czwarty cmentarz katyński 
W ogromnym lesie pod Kijowem, w miejscowości Bykownia, jest cmentarz. Na nim pochowane szczątki polskich żołnierzy zamordowanych przez Sowietów. I na nim zorganizowano w kwietniu uroczystość z okazji 75. rocznicy zbrodni katyńskiej. 

Zaproszony na tę uroczystość pan Andrzej dostaje specjalny identyfikator z biało-czerwonym kwiatem, którego środek zrobiono z oficerskiego guzika z tamtych czasów. Jako człowiek skromny siada gliwiczanin gdzieś z tyłu. I nagle przeżywa kolejny szok. Jeden z wojskowych wyczytuje jego nazwisko i prowadzi do drugiego rzędu, prosi, by pan Andrzej usiadł przed korpusem dyplomatycznym, tuż za Bronisławem Komorowskim, prezydentem RP. Na Andrzeja Nagaja czeka krzesło. Podpisane jego imieniem i nazwiskiem. Wzrusza się. Bo jechał na ten cmentarz 1800 kilometrów i nie spodziewał się tego krzesła. Takiego wyróżnienia. 

W lesie w Bykowni znaleziono masową mogiłę. Po ekshumacji okazało się, że pochowano w niej żołnierzy z ukraińskiej listy katyńskiej. Imiona z tabliczkami pomordowanych ciągną się przez cały cmentarz. Są ułożone alfabetycznie, więc pan Andrzej nie ma problemu ze znalezieniem tej właściwej. Wie już na pewno, że jego ojciec, porucznik Józef Nagaj, został tu pochowany. Że kiedy miał 30 lat, rozstrzelali go Sowieci. Wyrok wydano decyzją z 5 marca 1940 roku. Pan Andrzej dotyka tabliczki z imieniem i nazwiskiem swojego taty. I ze wzruszenia głos więźnie mu w gardle. Oto wypełnił ostatnią wolę swojej matki. Znalazł ojca. Poznał jego losy.  

Pan Andrzej nie może dojść do siebie podczas mszy odprawianej w trzech językach przez duchownych trzech wyznań. I kiedy prezydent Komorowski podaje mu dłoń na znak pokoju. I potem, kiedy wraz z innymi rodzinami siedzi w ekskluzywnym kijowskim hotelu, gdzie polski prezydent zaprosił na obiad. I jeszcze kilka dni po powrocie do Gliwic, gdy dzwoni zaciekawiona rodzina, a „jak było” wypytują znajomi. 

Pan Andrzej ma w Gliwicach do wypełnienia jeszcze jedną misję. Musi znów iść na cmentarz, tym razem do matki, by po żołniersku zameldować, że znalazł. Idzie z nim żona. Zabierają szyszki, które pani Jolanta zebrała w lesie w Bykowni. Kładą te szyszki na grobie Heleny Nagajowej. Te szyszki są tak naprawdę od niego. Od Józefa. Zamiast kwiatów. 

Marysia Sławańska

Zdjęcie 1
Pan Andrzej znalazł tabliczkę z imieniem i nazwiskiem ojca. Nie znał go. Jedynie z opowieści matki i ze zdjęć, które w rodzinie przechowywano jak relikwie.     
Zdjęcie 2
„Najdroższym rodzicom na pamiątkę. Hela z Jędrusiem, Brody, 1938.” Na tym zdjęciu pan Andrzej ma trzy miesiące. Jego ojciec jest jeszcze w domu. 
Zdjęcie 3
„Kochanej Kazience, Hela i Józef”. Rodzice pana Andrzeja w roku 1937. Fotografia została podarowana siostrze pani Heleny.




Galeria

wstecz

Komentarze (5) Skomentuj

  • Jadwiga 2016-10-29 14:14:28
    Niesamowita historia. Łza mi się w oku zakręciła...Tym bardziej że też należę do rodzin katyńskich...
  • Ania 2017-11-01 23:57:16
    Piękna historia.
  • Monia 2017-11-02 20:05:42
    Niesamowite historia , świetny artykuł. Pod koniec nawet się wzruszyłam...
  • Gliwiczanka 2017-11-02 20:10:23
    Pokręcone są losy Polaków. Ileż to ludzi straciło w ten sposób ojców, mężów, synów, braci .... mam sąsiadkę, starsza panią, której ojciec też zginął w Katyniu, był wojskowym. Sąsiadka opowiadała mi jak rodzina go szukała, jak potem przez lata była oszukiwana przez Sowietów. Na szczęście dziś znamy już prawdę i tacy ludzie jak bohater artykułu mogą odwiedzić grób swoich bliskich.
  • Tomasz 2017-11-07 22:02:27
    Pięknie opisana historia. Trudno się nie wzruszyć.