Piotr S. kluczył w śledztwie. Przyznał się, że kradnie, ale zdecydowanie zaprzeczał, by miał cokolwiek wspólnego z porwaniem Doroty i Zbigniewem Sobańskich. W 2015 roku Wydział Kryminalny Komendy Wojewódzkiej w Katowicach miał jednak mocne dowody przeciwko S.: zeznania świadka i materiał genetyczny pozwalający na powiązanie z tą sprawą innego podejrzanego, Bogdana G.

Prezentujemy III część cyklu „Nowin Gliwickich”.


W lutym 2015 r. Piotr S., po konfrontacji z Bogdanem G., złożył obszerne wyjaśnienia. To z jego zeznań wiadomo o przebiegu tragicznego czwartku 13 września 2001 roku i trzech kolejnych dni dzielących go od wydarzeń w rzeczyckim lesie.

Obaj z G. byli wtedy u Sobańskich i to S. zabił brutalnie psa. Później buszował po mieszkaniu, chowając co cenniejsze rzeczy. Miał też „zwyczaj”, by w rabowanych miejscach sobie podjadać, korzystając z tego, co znajdował w szafkach i lodówkach. Tak było też w 2001 r. przy Okrzei.

- Zrobiłem sobie kanapki z kiełbasą, a popiłem herbatą, którą podał chyba Tobiasz W. Dosypał tam czegoś, bo byłem, podobnie jak Sobańscy, otumaniony. Oni też musieli się tej herbaty napić, żeby nie stawiać żadnego oporu ani wtedy, gdy prowadziliśmy ich do auta i zamykali w bagażniku, ani potem w studzience, koło kanału w Łabędach - tak Piotr S. zeznał w kwietniu 2015 r.

Więzienie w studzience

Wróćmy do nocy napadu. Podejrzani: Piotr S., Bogdan G., Tobiasz W. i Roman C. wykonywali zlecenie Vladimirisa A., pseudonim „Rusek”. Napad miał wymusić oddanie długu - Sobańscy pożyczali pieniądze od różnych osób, podobno także od „Ruska”, a lista wierzycieli była długa. Kiedy napastnicy znaleźli się w mieszkaniu i obezwładnili małżeństwo, zamknął się z nimi w pokoju właśnie Vladimiris A. Według zeznań Piotra S., Bogdana G. i Tobiasza W. to on był zleceniodawcą. Po latach nie wiadomo jednak, co naprawdę wydarzyło się za zamkniętymi drzwiami, ale z zeznań oskarżonych rysują się dwa scenariusze. Według pierwszego „Rusek” dobrze znał Sobańskiego i chciał nie tylko zwrotu długu, ale też wszystkiego, co ma jakąkolwiek wartość. Dlatego zmusił małżonków do podpisania różnych dokumentów, dotyczących m. in. samochodu i nieruchomości. Drugi scenariusz zakładał, że tę robotę nadał ktoś inny, a „Rusek” i jego zbiry byli tylko wykonawcami.

Kiedy Sobańscy podpisali wszystkie papiery, a Dorota, pod przymusem, przygotowała kartkę - zmyłkę z informacją o swoim rzekomym wyjeździe do rodziny, wyprowadzono ich z mieszkania i zamknięto w bagażniku bordowego opla omegi, należącego do Sobańskich.

Dla dezorientacji jeżdżono z nimi po mieście, ale sprawcy już dawno wybrali cel: jedną ze studzienek blisko kanału w Łabędach, bo w tym miejscu często się spotykali i balowali. Sobańskich sprowadzono do kanału, cały czas związanych i z zaklejonymi oczami. Piotr S. przypomina sobie, że dyżurowali przy tej studzience na zmianę, ale „zasadniczo to on pilnował”. Tobiasz W. dowoził kanapki i herbatę z narkotykami, żeby więźniowie nie mieli sił na uwolnienie i byli skołowani. Piotr S. zeznał, że też ją popijał, dlatego „nie może sobie przypomnieć zdarzeń z lasu”. Sobańskich przetrzymywano w tym miejscu do 16 września 2001 r.

Została użyta laga

Tego dnia wyprowadzono ich z kanału i przewieziono w odludne miejsce, dobrze znane sprawcom. Z akt i zeznań podejrzanych wynika, że byli tam już Roman C. i Vladimiris A. Piotr S. siedział w samochodzie z kobietą (Dorotą Sobańską), kiedy Roman C. i „Rusek” oddalili się gdzieś z mężczyzną. Powiedzieli, że muszą z kimś porozmawiać. Zbigniew Sobański nie wiedział, co się dzieje, miał zaklejone oczy i był odurzony narkotykami. Po chwili Roman C. i „Rusek” wrócili. Piotr S. domyślił się, że mężczyznę zabito. „Może użyto lagi albo jeszcze łopaty, nie wiem, czy sam też uderzałem, bo byłem zamroczony”, zeznał podczas przesłuchania. Kobietę także gdzieś poprowadzono, ale Piotr S. nie wiedział co się z nią działo. Potem razem z Romanem C. zasypywali „dziurę, w której leżały zwłoki ”.

Znalezisko w Rzeczycach

Piotr S. przyznał się do udziału w zabójstwie, a w złożonych wyjaśnieniach wskazał orientacyjnie, gdzie zakopano ciała. Działania funkcjonariuszy Wydziału Kryminalnego KWP w Katowicach, przy udziale prokuratora, pozwoliły na ustalenie faktycznego miejsca, a była to akcja prowadzona na szeroką skalę.                                                                                                                                            

2 czerwca 2015 r. w Rzeczycach odnaleziono szkielety dwóch osób, przysypane piaskiem, śmieciami, kawałkami płyt eternitowych i znowu piaskiem. Na obu były resztki sznurka, którym związane były nadgarstki i kostki nóg. Na szkielecie zidentyfikowanym jako należący do Doroty Sobańskie, znaleziono grubą warstwę taśmy klejącej.

Zbigniewa Sobańskiego bito brutalnie po głowie, co spowodowało rozległe urazy czaszki i mózgu, Dorocie Sobańskiej zaklejono taśmą usta i nos, najpierw wpychając jej do gardła rękawiczkę. Zmarła w wyniku gwałtownego uduszenia. Roman C. polecił Piotrowi S. wrzucenie ciał do dołu po wyrobisku piasku. Być może wtedy Sobańscy jeszcze żyli.

Dożywacie dla morderców

Od czerwca 2015 roku do czerwca 2016 trwało postępowanie prokuratorskie.
Zgromadzone w toku śledztwa dowody wskazują, że Roman C., Vladimirs A. i Piotr S. działali w bezpośrednim zamiarze pozbawienia życia małżonków, a działanie to miało cechy szczególnego okrucieństwa. Roman C. i Vladimirs A. nie przyznają się do winy i odmówili składania wyjaśnień. Pozostali – Piotr S. , Tobiasz W. i Bogdan G. przyznali się do zarzucanych czynów i złożyli wyjaśnienia, w których odtworzyli przebieg zdarzeń. Trzem mężczyznom, oskarżonym o zabójstwo, grozi kara dożywotniego pobawienia wolności, dwóm, którym zarzucono porwanie, kara od 3 lat pozbawienia wolności. Roman C. i Tobiasz W. odsiadują już karę dożywotniego więzienia za brutalne zabójstwo, którego dokonali w 2004 roku, pozbawiając życia Małgorzatę i Pawła Siudzińskich.

Pierwsze rozprawa miała miejsce w czerwcu, druga - w sierpniu 2016 roku. Zeznawała wówczas dwójka głównych oskarżonych - Vladimiris A. i Roman C. Jako dowody dopuszczono filmy z eksperymentów procesowych Tobiasza W. i Bogdana G. Obrońcy tych ostatnich złożyli oświadczenia dotyczące dobrowolnego poddania się karze obydwu oskarżonych, wnioskując o 3 lata pozbawienia wolności. Prokurator nie przychyliła się do nich, wskazując, że oskarżeni chcą w ten sposób wyłączyć się z procesu.

Vladimiris A. zaznaczył, że będzie odpowiadał tylko na pytania obrońcy. Reprezentuje go gliwicka kancelaria Jamilex, a w sądzie stawił się mecenas Mirosław Wyciślak. Podczas rozprawy pytał, od kiedy Vladimiris A. mieszka w Polsce i czy zna osoby znajdujące się na sali rozpraw.


- W Polsce mieszkam od grudnia 2000 roku. Kiedy ja przyjechał z Łotwy, nie znał języka, zamieszkał na ul. Sieronia. Absolutnie nie znam osób, które są tutaj. Moim jedynym towarzystwem byli gracze w piłkę, na boisku blisko domu. Nie znam małżeństwa Sobańskich, podobnie jak nie znam Romana C. i tych za szybą - mówił.


Obrona zmierzała do wykazania, że w chwili zabójstwa Łotysza nie było w kraju, a miały o tym świadczyć dokumenty graniczne, celne, korespondencja z ambasadą Polski na Łotwie oraz rzekomo paszport. Rzekomo, bo ten już nie istnieje: kiedy w 2002 roku stracił ważność, Vladimiris A. pozbył się go. W aktach znajdują się pisma dotyczące pobytu Vladimirisa A. w Polsce, spisane ręką jego żony. Wyciślak zapytał, dlaczego to ona się tym zajmowała. - Bo ja nie władałem dobrze polskim językiem - mówił oskarżony. Tłumaczył, że kiedy we wrześniu 2001 roku pojechał na Łotwę, przesłał jej dokumenty podpisane in blanko i to ona je wypełniała. - Instruowałem ją, jak ma to robić - dodał. Obrońca zapytał, czy między 13 a 16 września 2001 Vladimiris A. był w Polsce. - Nie, byłem wtedy na Łotwie. Zostałem zatrzymany na granicy w Ogrodnikach, w paszport wbito mi pieczątkę z zakazem wjazdu do Polski. Kiedy go zniesiono, przyjechałem do Polski i otrzymałem nową wizę.

Słów Vladimirisa A. nie potwierdza jednak obszerna dokumentacja załączona do akt.


Mecenas Wyciślak chciał wiedzieć, czy Vladimirs A. znał inne osoby pochodzenia rosyjskiego, ukraińskiego, łotewskiego . - Tak, ja znał kogoś takiego, mówili na niego Igor i wiele osób, na ulicy czy w sklepie, mnie z nim myliło, bo byliśmy do siebie podobni. Ale on mieszkał na Targosza - dodał A.


O sprawie zabójstwa Sobańskich dowiedział się w 2015 r. z mediów. Żona przeczytała o tym w „Nowinach Gliwickich” i „Fakcie”. Od tego czasu do aresztowania upłynęło pół roku. - I mógł pan uciec, dotrzeć do zatrzymanych, próbować mataczyć - mówił na rozprawie Wyciślak. Vladimiris A.: - Absolutnie tego nie robiłem, dlatego, że ta sprawa mnie nie dotyczy.


Sędzia Adam Chodkiewicz, przewodniczący składu sędziowskiego, chciał wiedzieć, czym oskarżony zajmował się w Polsce.

Vladimiris A.: - W 2001 roku studiowałem, ale przerwałem.

Sędzia Chodkiewicz: - Ale przecież musiał się pan pojawiać na zajęciach.

Vladimiris A. - Ja studiowałem zaocznie, więc nie musiałem jeździć.

Sędzia Chodkiewicz: - No, ale przecież musiał pan jakoś zdawać.

Vladimiris A.: - Nie zdążyłem, bo jesienią 2001 roku, chyba we wrześniu, wyjechałem z Polski na Łotwę i przerwałem studia.

Sędzia Chodkieiwcz: - A którego września pan wyjechał?

Vladimiris A.: - Dokładnie nie pamiętam.


Przewodniczącego interesowała nagła zmiana zeznań Vladimirisa A. W śledztwie nie wspominał o tajemniczym Igorze, z którym rzekomo go mylono. A przecież podczas konfrontacji z innymi oskarżonymi, prowadzonej w listopadzie 2015 roku, jeden z nich wskazał Vladmirisa A. jako Igora. - Dlaczego wówczas pan nie protestował i nie złożył wyjaśnień, a robi to dopiero teraz? - pytał sędzia. - Wtedy byłem zestresowany i zdenerwowany, więc sobie tego Igora nie skojarzyłem - odpowiedział Vladimiris.


Jako drugi zeznawał Roman C. Odmówił składania wyjaśnień i stwierdził, że nigdy nie znał małżeństwa Sobańskich, a pozostali oskarżeni chcą go obciążyć, bo liczą na mniejsze wyroki lub, jak w przypadku Tobiasza W., złagodzenie więziennych rygorów. Roman C. odczytał też swoje oświadczenie. - Zrobiłem coś strasznego, zamordowałem ludzi, wiem, że zasłużyłem na tę karę. Podczas procesu nie starałem się wybielić ani zwalić winy na niczyje barki. Przyznałem się i odsiaduję karę dożywotniego więzienia. Interesujące jest, dlaczego, skoro Tobiasz W. wiedział, że rzekomo zamordowałem Sobańskich, nie powiedział tego podczas rozpraw w 2004 roku? Bo to wierutne kłamstwo. Zresztą, gdybym dokonał tego zabójstwa w 2001 roku, nie popełniłbym takich błędów w 2004, bo wiedziałbym, czym to się skończy. Byłbym bogatszy o doświadczenia.


Małgorzata Lichecka


Kolejna rozprawa w sprawie zabójstwa Doroty i Zbigniewa Sobańskich – 21 września w Sądzie Okręgowym w Gliwicach.

wstecz