Minęło już ponad 100 dni od kiedy rząd ogłosił, że... na 2 tygodnie zamyka branżę gastronomiczną. W efekcie pandemicznych obostrzeń tysiące restauratorów bankrutuje. 
GUS informuje, że od kwietnia do września 2020 r. z rynku zniknęło 2055 firm gastronomicznych, a ponad 4300 zawiesiło działalność! Długi branży sięgają już blisko 700 milionów zł, a przecież dane nie uwzględniają jeszcze ostatnich 4 miesięcy! Według badań ekspertów z Finiata Group co piąta firma gastronomiczna, przy obecnych obostrzeniach, przetrwa maksymalnie miesiąc.

Ratujemy się oszczędnościami

Problemy, z jakimi mierzy się ta branża w Gliwicach widać na każdym kroku. Restauracje, kawiarnie nieczynne do odwołania, spora część nie prowadzi nawet sprzedaży na wynos. 

-Tak wyglądają efekty decyzji rządu – komentuje Michał Potocki z restauracji Pyszne Kurcze Pyszne przy ul. Jasnogórskiej. -Nie jesteśmy w stanie utrzymać się z tzw. wynosów. Co miesiąc moja firma generuje 50 tys. zł strat. To co zarobiłem przez 25 lat pracy i odłożyłem na czarną godzinę, musiałem w ostatnich miesiącach dołożyć do biznesu. Teraz zapożyczam się gdzie mogę i tak naprawdę jadę już na rezerwie. Nie wiem jak długo jeszcze... 
Potocki mówi, że otrzymał od rządu 140 tys. zł wsparcia z pierwszej tarczy, ale walczył o te pieniądze 8 miesięcy. -To kropla w morzu potrzeb – przekonuje. 

Właścicielowi PKP wtóruje Sławomir Majewski właściciel restauracji Zodiak w Szałszy koło Gliwic i Bistro 6 Peron przy Tarnogórskiej. - Sytuacja jest kiepska - zaznacza. -W restauracji sprzedajemy tylko trochę zamówień na wynos dla naszych stałych klientów. Bistro jest zamknięte, bo nie opłaca się go otwierać. W sytuacji w jakiej się znaleźliśmy, jesteśmy w stanie utrzymać tylko jednego kucharza. Ratujemy się oszczędnościami rodzinnymi. Czekamy na jałmużnę od rządu, jak nazywam tę pomoc w ramach tzw. tarczy, która tak naprawdę na nic nie starcza. 

Majewski twierdzi, że nawet otwarcie branży gastronomicznej nie gwarantuje odrobienia strat. - Tak będzie, dopóki ludzie nie przekonają się, że ta pandemia to nie choroba, tylko wojna ekonomiczna.

Nie wszyscy narzekają

-Mamy dwa lokale na starówce: kawiarnię Toster  i restaurację Pataya, oba przy ul. Bankowej – mówi Andrzej Bródka, ich właściciel. -Z kawiarnią jest kiepsko i jest zamknięta. Jeśli chodzi o Patayą, to jakoś sobie radzimy. Oczywiście jest niepowyrównywanie gorzej niż przed pandemią, ale ok. 30 proc. spadek sprzedaży nie jest tragedią. Już wcześniej sporą część naszej oferty, głównie sushi, sprzedawaliśmy na wynos.  

Bródka w związku z zamrożeniem branży gastronomicznej otrzymał dwukrotne wsparcie od państwa. -Przy pierwszym lockdownie 40 tys. zł, przy drugim 130 tysięcy - wylicza. -Obie transze dostaliśmy na Patayę, bo Toster zbyt krótko działał byśmy mogli się ubiegać o pomoc. Te pieniądze oczywiście przydały się do uregulowania różnych należności i tak naprawdę uchroniły nas przed koniecznością zapożyczenia się.

Pieniądze od państwa pomogły również Przemysławowi Sięborowi z restauracji DiVino przy ul. Grottgera. -Dwukrotnie otrzymałem po 100 tys zł - mówi. -Przez to udało się pokryć straty i utrzymać na powierzchni. Sprzedajemy tylko na wynos i przez to słabo przędziemy. Nie jesteśmy na szczęście w tak dramatycznej sytuacji, jak niektórzy w naszej branży. Niemniej jednak z utęsknieniem czekamy na otwarcie gastronomii.

Andrzej Sługocki


wstecz

Komentarze (2) Skomentuj

  • PiSanilia 2021-02-20 13:15:01
    Akurat widniejąca na zdjęciu restauracja nie powinna narzekać. Właściciele - jeszcze nie tak dawno temu - z uśmiechami na twarzach witali Vatousza i się z nim fotografowali.
    • Staszek 2021-02-21 00:15:52
      Skonczyc z zamknieciami. To nie ma zadnego sensu. Maski nie maja sensu. To jest jak grypa. Grypa zachowuje sie tak samo. Szwecja, Pd. Korea, Honk Kong i Tajwan nie mialy zadnych zamkniec i liczba chorych jest bardzo mala. Widze ze Polska poszla za zachodem i kompanie farmaceutyczne tylko z tego korzystaja. A moze jest jeszcze jedno: jak powiedzial Churchill "nigdy nie marnowac dobrego kryzysu".