Z Beniaminem Budziakiem, mistrzem świata w tenisie w kategorii  35+, trzykrotnym mistrzem Polski, trenerem współprowadzącym sekcję tenisa w Ośrodku Sportowo- Rekreacyjnym Jasna 31, rozmawia Małgorzata Lichecka. 
Jest pan pierwszym tenisistą w rodzinie?
Tak. Zaczęło się zupełnie zwyczajnie: rodzice zaprowadzili mnie na zajęcia. I już. Oczywiście chodziłem na nie bez entuzjazmu, bo, jak się okazało, miałem źle dobraną rakietę. Ale w końcu spodobało mi się na tyle, że po ostatnim szkolnym dzwonku pędziłem do domu, żeby tylko wsiąść na rower i z plecakiem, w który pakowałem rakiety, pędzić na korty.

Ta źle dobrana rakieta, o co chodziło? Rodzice kupili nie taką?
W tamtych czasach nie było wyboru, więc grałem za ciężką, 400-gramową (rakiety dla początkujących ważą nieco powyżej 200 gramów – przyp. red.). Miała też nieodpowiednią długość. No i była drewniana. Wstyd straszny, ale skoro trener mówił, że taka ma być, to grałem.

Podczas turniejów tenisowych widzimy spektakularne zwycięstwa, dobrze zagrane piłki, atrakcyjne stroje, zawodników poruszających się z gracją. Nie widzimy natomiast ciężkiej pracy. Ile godzin poświęcał pan tenisowi?
Szczerze mówiąc, nigdy tego nie liczyłem… Mógłbym powiedzieć, że całe swoje życie. Na początku godzinę, może półtorej, dwa razy w tygodniu. Potem już codziennie. Dochodziły turnieje, w których na kortach jest się od 8.00 rano do 22.00. Zawodów przybywało, więc musiałem załatwić szkolne formalności, bo nie dało się tego pogodzić. Miałem indywidualny tok nauczania i trenowałem już dwa razy dziennie. Dodajmy do tego dojazd, rozgrzewkę (co najmniej  półgodzinną), relaks, obiad na kortach...

Czyli praktycznie pan tam mieszkał...

Spędzałem od ośmiu do dziewięciu godzin dziennie.

I podobało się panu na tyle, że chciał tak żyć?

Tak. Ze względu na adrenalinę i rywalizację. W młodszych latach byłem zawodnikiem raczej z końca, no, może z połowy, stawki. Pierwsze poważne sukcesy na arenie ogólnopolskiej osiągnąłem jako nastolatek. Forma szła w górę, gra sprawiała mi frajdę. Także to, że ciężką pracą podnosiłem kwalifikacje i pokonywałem graczy, z którymi do niedawna przegrywałem nawet do zera.

Oglądał pan wtedy turnieje w TV?
Nie było ich wiele, ale mieliśmy szczęście, bo nasza antena łapała czeskie stacje, a tam tenisa transmitowano sporo. Czekało się też na Wiadomości, w których pokazali 30-sekundową migawkę z turniejów.     

I analizował je pod kątem swoich sportowych dokonań? 
Obserwacja zmieniała się z wiekiem. Jako dzieciak bardziej emocjonowałem się tym, jaką rakietą grają, w co są ubrani i czy to sympatyczne osoby. Im byłem starszy, tym bardziej skupiałem się na technice, uderzeniach i serwisach. 

Widział pan złe nawyki tenisowe?

Oczywiście. Nie każdy sportowiec potrafi trzymać nerwy na wodzy. Także wówczas, kiedy w naszym klubie raz w roku organizowano duży międzynarodowy turniej juniorski, na który przyjeżdżali gracze z całego świata. Miałem wtedy 12 lat. Różnice w profesjonalizmie i przygotowaniu zawodników były dramatyczne. Pamiętam nawet, że trener przyszedł i powiedział, iż nasi juniorzy, mimo że byli dobrymi graczami, nie potrafią się cieszyć, na korty przychodzą w ostatniej chwili, grają bez rozgrzewki. 

Co mieli tamci, czego brakowało wam?

W zasadzie chodziło o drobiazgi: ręczniki, zamianę koszulek, rozgrzewkę przed meczem, napój izotoniczny, wodę. Często widziałem, jak moi starsi koledzy  wycierali się w bluzy, bo nie mieli ręcznika. Takie zawodowe amatorstwo. Nie do końca traktowali ten sport z pasją. Potem już się o nich nie słyszało.    

Wkurzał się pan na korcie?

Wiele razy, choć scysje między zawodnikami zdarzały się raczej rzadko. Towarzystwo tenisowe jest w miarę opanowane. Oczywiście, są osoby, zwłaszcza młode, które za bardzo chcą wygrać, więc najzwyczajniej w świecie oszukują. 

Jak się to robi? 
Można na przykład wykrzyczeć o autowej piłce, kiedy jest ona tuż przy linii. Nie na każdym meczu są sędziowie, a na niektórych nawierzchniach piłka nie zostawia śladów. Więc kiedy nie ma arbitra to, zgodnie z przepisami, gracz sędziuje na swojej stronie sam. Ale jeśli taki oszust zostanie zauważony, bardzo szybko towarzystwo go piętnuje. Emocje na kortach zdarzają się głównie przez pomyłki sędziowskie. Zawodnicy, którzy za bardzo chcą wygrać, wybuchają, lecą rakiety i przekleństwa.

Kiedy pan poczuł, że to ten moment, w którym będzie zwyciężał, zdobywał medale i cały kort należy do pana. 

Pierwszy raz taką pewność siebie poczułem, gdy miałem 16 lat. W Poznaniu organizowano wówczas turnieje dla najlepszych polskich zawodników i w ciągu tygodnia wygrałem wszystkie trzy, czyli 16 meczów pod rząd. Już w drugim turnieju byłem tak dobry, że nikt nie był w stanie mi zagrozić. 

Mówił pan o zwątpieniu i o tym, że w pewnym momencie chciał odejść z tenisa.

Uczyłem się w ósmej klasie i był to czas wyboru szkoły, pierwszych planów na życie.  A moje sukcesy tenisowe były, tak to wtedy czułem, mizerne w stosunku do tego, co chciałbym w tym sporcie osiągnąć. Czyli wygrywać na co najmniej europejskich arenach. Najlepsi w Polsce byli już wtedy w połowie światowej stawki. Ja, będąc w połowie krajowej, nie miałem najmniejszych szans dostać się na jakikolwiek europejski turniej. 

Koledzy chodzili na imprezy, spotykali się z dziewczynami, zakochiwali. A u mnie tylko szkoła i tenis. Nie było życia towarzysko-uczuciowego, ale też sukcesu. I postanowiłem: dobra, popracuję solidnie i zobaczę, co będzie wiosną. Ta zaś okazała się bardzo przeciętna. I dopiero w wakacje wyskoczyła forma. Przyszedłem do taty i powiedziałem: „słuchaj, jestem najlepszy w Polsce, można by pomyśleć o szkole...”. 

Wzruszył się pan, mówiąc o tacie.  

Zawsze stał i nadal stoi murem za moją pasją. Trzymamy sztamę i nawet w najtrudniejszych chwilach jest dobrym duchem.

Forma przyszła na wiosnę. I?  
Wszedłem do polskiej kadry, pojechałem na pierwszy zagraniczny turniej i zjadł mnie stres. „Budziak, będziesz musiał się pokazać”, słyszałem. A tu znowu porażki, na dodatek już w pierwszej rundzie. W kraju odwrotnie: wygrywałem wszystko bez problemu. Musiałem więc zmienić całkowicie sposób myślenia i podejście: pracować jeszcze więcej, by dogonić lepszych. Skoro oni potrafią, też musiałem się wziąć w garść.

Ile rakiet pan wykończył?

Z trzysta, jak nie więcej.

Ma pan jakieś rytuały przed wyjściem na kort?
Jak każdy tenisista. Świetnie pokazano to w filmie „Borg/McEnroe”. Zawsze  wstaję minimum pięć godzin przed meczem. Jeśli jest o 9.00, to budzę się o 4.00. Biegam około 15 minut. Trening tenisowy prowadzę zawsze na backhandowej stronie kortu, bo to przynosi szczęście, a jestem zabobonny. Jeżeli w pierwszym dniu na śniadanie zjem jajecznicę, na przykład z pomidorami, bo akurat mam ochotę, i wygram, do końca turnieju jem to danie. Proszę mi wierzyć, po dojściu do finału nie mam ochoty na nie patrzeć. 

Wielu tenisistów nadal zawsze stawia butelkę napisem w stronę kortu albo nie przechodzi przez linię. Ja mam ze sobą duży i mały ręcznik, napój izotoniczny oraz wodę mineralną niegazowaną, mimo że z niej nie korzystam. Przed meczem nigdy nie zmieniam owijek, staram się też, by moje stroje były tego samego koloru.

Dużo tego.

Rytuały pomagają rozładować stres i napięcie. Tenis jest sportem indywidualnym, nie mam kolegi z drużyny, który mnie wyręczy. Niedopuszczalne są podpowiedzi trenera, a jeśli już coś takiego się zdarza, wlepia się zawodnikom wysokie kary finansowe. Na korcie walczymy z przeciwnikiem i z sobą. 

Czym różni się, oprócz wieku, tenis seniorów?

De facto niczym. W turniejach seniorów najwyższej rangi gramy o pieniądze i często występują zawodnicy z najwyższych miejsc w rankingach ATP (Stowarzyszenia Tenisistów Zawodowych). Tak jak 35-letni Roger Federer. Gra w seniorach, mimo że jest dziś numerem drugim w światowej tenisowej czołówce.

Najbardziej pamiętne mistrzostwo świata w kategorii seniorów?
Na Majorce. Wygrałem je w 2009 roku, a przygotowania zajęły mi rok. O turnieju myślałem codziennie i rzetelnie się do niego przygotowywałem. Miałem plan i go realizowałem. Jeśli zimą trzeba było wstawać o 5.00, nie było zmiłuj. Biegałem nawet w temperaturze -20 stopni, a bardzo tego nie lubię.  

Tenis, pewnie jak każda dyscyplina sportu, przez samotność, która mu towarzyszy, wymaga niezwykłej samodyscypliny i dobrej organizacji wewnętrznej.
Zawodnicy mają określony plan treningowy, sami się rozgrzewają, przygotowują sprzęt, zanoszą do serwisu. Nie ma niańczenia. Chcesz grać? Ok, ale musisz pokazać, że ci na tym zależy. Nikt nie będzie cię prowadził za rączkę – taki przekaz słyszymy często. A samotność? Pojawia się w tym sporcie bardzo wcześnie.  

Trenuje pan utytułowanych zawodników z czołówek rankingów, a także młodzież i dzieci.
Nie dzielę tak swojej pracy, wychodząc z założenia, że jeśli ktoś chce skorzystać z profesjonalnej pomocy, doszkolić się, mogę mu pomóc. Moja praca na korcie to nie tylko udzielanie lekcji. Często doradzam w prozaicznych życiowych kwestiach. Ostatnio, przed międzynarodowym turniejem, pytano mnie na przykład, czy nie znam fajnego miejsca na nocleg w Bratysławie.    

Tenisiści mają swoje kaprysy .

Zawodnika trzeba zrozumieć. Jeśli nie ma wzajemnego szacunku i trener się nie przykłada, zawodnik to widzi. I odwrotnie: trener wkłada serce, a zawodnikowi się nie chce, bo bardziej realizuje pasje rodziców niż swoje. Obserwuję graczy na korcie, staram się z nimi rozmawiać  i choć słyszę: „trenerze, nic się nie dzieje, wszystko ok”,  wyczuwam, kiedy coś jest nie tak. Ciężko im opowiadać o słabszej formie, bo rodzice się kłócą, brat wkurza, siostra zrobiła imprezę i całą noc się nie spało. Wtedy siadamy i gadamy oczyszczająco. 

Przez pięć miesięcy podróżowałem z grupą nastolatków od turnieju do turnieju i w czasie wyjazdów musiałem mierzyć się z ich tęsknotami za domem, dziewczyną, młodzieńczym szaleństwem, przypilnować, żeby o czasie byli w łóżkach, kiedy chcieli balować na imprezach. Dzisiaj trener musi być partnerem, psychologiem, kumplem, przyjacielem.

Jaka nagroda ma dla pana największe znaczenie?
Mam kilka, które darzę sentymentem. Od 2009 roku jeżdżę na Majorkę, na mistrzostwa świata seniorów i zawsze dochodzę do finału. Miło, gdy na podium słyszy się mazurka Dąbrowskiego.

O czym dzisiaj marzy Beniamin Budziak?
Moje marzenia nie są wielkie: w lutym chciałbym pojechać na mistrzostwa świata do Argentyny. Ostatni raz byłem tam 24 lata temu i obiecałem sobie, że wrócę.                                                                                               

Współpraca: Oliwia Irytowska, Klaudia Baczyńska, uczennice klasy III b (dziennikarskiej) III LO w Gliwicach.    
 
Beniamin Budziak jest trzykrotnym mistrzem Polski w grze podwójnej oraz czterokrotnym wicemistrzem Polski w grze pojedynczej. Reprezentował nasz kraj w drużynie Davis Cup (nieoficjalne MŚ) w 1993, 1994 i 1997 roku oraz podczas drużynowych ME w 1997 i 1998. Podczas Mistrzostw Polski zdobył łącznie 52 medale. Od 1999 jednocześnie gra i trenuje, w latach 2000-2002 PZT Prokom Team, a od 2002 roku jest indywidualnym trenerem czołowych polskich tenisistów. W 2009  powrócił do gry turniejowej jako senior, uczestnicząc w turniejach międzynarodowej federacji ITF w kategorii wiekowej 35+. Podczas MŚ na Majorce w maju 2009 zdobył tytuł mistrza świata, a tuż potem tytuł wicemistrza Europy w Niemczech. W sierpniu 2009 roku, po wygraniu kilku kolejnych turniejów, znalazł się na I miejscu na świecie w kat. 35+. W tym samym roku otrzymał od Federacji Tennis Europe certyfikat najlepszego gracza na świecie w kategorii ITF 35 oraz tytuł zawodnika roku (Player Of The Year ).


Galeria

wstecz

Komentarze (7) Skomentuj

  • Gregor 2017-12-25 10:29:02
    Fajna rozmowa, szczera. Szkoda, że nie ma w NG więcej takich tekstów ze sportu
    • Ja 2017-12-25 23:04:37
      Dokładnie. I więcej tekstów o innych dyscyplinach sportu. Dlaczego główniej piłkarze Piasta są lansowani ??
  • Webe 2017-12-25 23:12:40
    Fajnie się czyta że mamy takich gliwiczan.
    • Tommi 2018-05-04 21:32:20
      Chłopak z Siemianowic, z Bytkowa...
  • Anka 2017-12-25 23:21:35
    Chętnie bym zPanem zagrała :))
  • Jola Lojalna 2017-12-25 23:55:25
    Gratuluje sukcesów.
  • Maciek 2017-12-26 15:46:07
    Pozdrawiam pana Beniamina. Dobry wywiad.