Gliwiccy radni odrzucili prezydencką propozycję nowych stawek opłaty za śmieci. Poczucie ulgi byłoby jednak przedwczesne. Ktoś musi zapłacić za rosnące koszty odbioru odpadów. Tym kimś będziemy my, ich wytwórcy. Bo prawo wyklucza, by finansowo pomógł w tym ktoś inny, na przykład miasto.  
Na przestrzeni ostatnich miesięcy była to już druga, po propozycji z lipca, próba wprowadzenia przez prezydenta podwyżki opłat za śmieci. Za przyjęciem nowych stawek opowiedziało się dziewięciu radnych prezydenckiego klubu Koalicja dla Gliwic, przeciw było 12 (z PO i PiS), trzech wstrzymało się od głosu.

Aktualnie stawki wynoszą od 38 gr w przeliczeniu na metr kwadratowy za odpady zbierane selektywnie, po 76 gr za śmieci zmieszane. Gdyby nie weto radnych, od listopada nasze rachunki za odbiór odpadów posegregowanych wzrosłyby od 19 do 20 proc. Jeszcze mocniej dostaliby po kieszeni ci, którzy nie dokonują selekcji. Projekt przewiduje, że stawki minimalne wynosiłyby odpowiednio 45 groszy za odpady po segregacji i 2 zł za zmieszane.

Jak nowe opłaty rzutowałyby na rachunki? Ponieważ propozycja prezydenta nie różniła się od tej z lipca, przypomnijmy naszą ówczesną symulację. Wtedy posłużyliśmy się przykładem rodziny zajmującej mieszkanie o powierzchni 90 metrów kw. Jeżeli segreguje odpady, płaci obecnie 95 zł kwartalnie. Po zmianach byłoby to 113. Natomiast rachunki za śmieci zmieszane poszybowałyby z niemałej już teraz kwoty 207 do 495 zł!

Dlaczego drożeją śmieci?

Przed podwyżkami opłat za odbiór odpadów nie uciekniemy. Z mocy ustawy system opiera się o samobilansowanie, to znaczy wysokość opłat od mieszkańców musi odpowiadać faktycznym kosztom gospodarowania odpadami. A koszty rosną w wyniku podwyżek odgórnych, niezależnych od miasta. W decydującej mierze wynikają one z unijnej dyrektywy środowiskowej, która przewiduje, że do końca 2020 roku co najmniej 50 proc. papieru, metalu, tworzyw sztucznych i szkła ma trafiać do recyklingu. Obecnie wskaźnik ten wynosi w skali kraju zaledwie 26 proc.

Złamanie zobowiązań w związku z poziomem odzysku grozi Polsce karami. W odpowiedzi rząd podniósł tzw. opłatę środowiskową, która wpływa na koszty składowania odpadów. Śląskie Centrum Recyklingu, dokąd trafiają śmieci gliwiczan, obecnie pobiera 245 zł za tonę odpadów zmieszanych. Z powodu drożejącej opłaty za korzystanie ze środowiska zakładana na przyszły rok kwota to ok. 310 zł, a na rok 2019 – już 340 zł za tonę. Gliwiccy urzędnicy podkreślają, że ŚCR jest i tak jedną z najtańszych instalacji przetwarzania odpadów w regionie. Na przykład składowiska w Dąbrowie Górniczej czy Zabrzu już obecnie pobierają 290 zł za tonę.

Drugim z powodów windowania wydatków na gospodarowanie odpadami są rosnące koszty działalności operatora, którym niezmiennie pozostaje powiązana z miastem firma Remondis. Przedsiębiorstwo z Kaszubskiej wygrało również tegoroczny przetarg, proponując niższą cenę od drugiego z uczestników postępowania. Umowa, podpisana na okres 1 lipca 2017 do 31 grudnia 2019, opiewa na blisko 60 mln zł. Wynika z tego, że firma rocznie dostanie prawie 5 mln zł więcej w porównaniu z poprzednią umową.  

Jak wyjaśniają urzędnicy na łamach „Miejskiego Serwisu Informacyjnego” (nr 36 z 7 września br.), o wzroście  wynagrodzenia Remondisu zadecydowały koszty pracownicze (wzrost płacy minimalnej), użytkowania pojazdów, zakupu, utrzymywania i wymiany pojemników oraz worków na odpady, wreszcie koszty zakładowe.

Ostatnie z czynników, które wpływają na sumaryczne koszty systemu gospodarowania odpadami, to wydatki miasta na Punkt Selektywnego Zbierania Odpadów Komunalnych,  administrację i edukację ekologiczną. Według szacunków, łącznie składa się to wszystko na sumę 28 mln zł rocznie.

Dlaczego tak drogo?

Z kalkulacji miejskich urzędników, przedstawionych w przywołanym już artykule z „MSI”, wynika że gdyby przeliczyć wysokość opłaty za śmieci na liczbę mieszkańców, Gliwice sytuują się w połowie stawki. W takim ujęciu stawka podstawowa, za odpady posegregowane, wyniosłaby po zmianach ok. 13,20 zł na osobę. Dla porównania mieszkańcy Zabrza płacą 10 zł na osobę, Bytomia - 11, Knurowa – 13, a Katowic – 14. Przy czym w przypadku sąsiadów należy spodziewać się podwyżek, bo obecnie stawki nie uwzględniają jeszcze wzrostu opłat środowiskowych.

Wyliczenia uzupełniono symulacją, która ma dowodzić, że mieszkańcy Gliwic nawet po dokonaniu podwyżek będą płacić najmniej w regionie. Posłużono się przykładem czteroosobowej rodziny. Przy zastosowaniu metody naliczania opłaty „od głowy” musiałaby zapłacić 52,80 zł. Uwzględniając jednak obowiązujący w Gliwicach sposób ustalania opłaty w oparciu o metraż mieszkania i przyjmując, że mowa o lokalu  liczącym 60 m kw. ta sama rodzina zapłaci 27 zł. Czyli też o wiele mniej, niż gdyby mieszkała w miastach stosujących opłatę na osobę.    

Teza prawdziwa, ale w odniesieniu tylko do wybranych przypadków.  W związku z mieszkaniem o tej samej powierzchni tyle samo co czteroosobowa rodzina zapłaci w Gliwicach również singiel, para i rodzina wielodzietna. Korzystając z przykładu z urzędowego biuletynu – jeżeli podwyżki wejdą w proponowanej wysokości, osoba samotnie gospodarująca na 60 m kw. powierzchni zapłaci 27 zł miesięcznie. I, odnosząc kwotę do stawek przeliczanych na osobę, będą to rekordowo wysokie rachunki.

Zasady do zmiany?

Należy się spodziewać, że propozycje prezydenta powrócą najbliższym czasie. Tylko bowiem wyższe stawki zapewnią samobilansowanie się systemu. Może, jeżeli podwyżek nie da się uniknąć, warto wrócić do dyskusji o zasadach naliczenia opłat za odbiór śmieci. Bo te, które obowiązują, nie są sprawiedliwe.   

Wyliczenia urzędników pośrednio pokazują, jak rozkłada się ciężar finansowania systemu. Przykład powyżej mówi, że w nieproporcjonalnej mierze obciąża on osoby żyjące w pojedynkę, z korzyścią dla rodzin. Na wyeliminowanie tej, dyskryminującej dla pewnych grup mieszkańców sytuacji,  pozwoliłoby powiązanie wysokości opłaty z ilością wytwarzanych śmieci. Czyli zastosowanie metody „na osobę”. Przeciwnikiem takiego rozwiązania jest prezydent. Głos w tej sprawie mają też jednak radni. Co zrobią?

(pik)

wstecz

Komentarze (1) Skomentuj

  • Nina 2017-09-13 12:00:35
    Radni na czele z Prezydentem powinni przypomnieć sobie definicję lichwy oraz formułę Radbrucha. Bo obowiazujaca obecnie metoda i stawki dla jednej osoby to nic innego jak ustawowe bezprawie.