Z aktorką Izabelą Baran, tytułową Norą, rozmawia Małgorzata Lichecka.       
Od zawsze ciągnęło panią do aktorstwa?

Moja sceniczna droga rozpoczęła się od tańca. Starsza siostra kochała tańczyć i wciągnęła mnie. Była też szkoła muzyczna, lecz okazała się zbyt ambitnym planem, bo emocje wolę rozładowywać w inny sposób, dlatego zostałam przy tańcu. Chciałam jednak czegoś więcej. I to „więcej” przytrafiło mi się za sprawą szkolnej koleżanki, Joasi Florczak. Napisała wiersz i zaprezentowała przed klasą, a ja zakochałam się w jej interpretacji. Joasią opiekowała się Grażyna Bielec, teatrolog po krakowskiej uczelni. Prowadziła zajęcia w lubaczowskim domu kultury i to od niej dowiedziałam się, czym jest wiersz i że można go powiedzieć na wiele sposobów. Z panią Grażyną spędziłam długi czas na kursach teatralnych, warsztatach aktorskich, poznałam wielu aktorów rzeszowskiej sceny, a trzeba wiedzieć, że z Lubaczowa, gdzie się urodziłam i mieszkałam, do najbliższego teatru jest sto kilometrów. Dobrze mi szło, miałam małe i duże sukcesy. Któregoś dnia tata wyczytał w gazecie ogłoszenie: rzeszowska „Maska” prowadziła nabór na warsztaty z aktorami teatru Wandy Siemaszkowej. Dostałam się i co tydzień dojeżdżałam. Tam dowiedziałam się o liceum teatralnym, bo już wtedy mój cel był jasny. A w Krakowie wszystko wybuchło, przede wszystkim przez ludzi, których spotykałam na swojej drodze, szalenie inspirujących i wciągających mnie w totalne zaangażowanie w teatr.   

Czyli szkoła teatralna była oczywistością.

Tak. Ale nie dostałam się ani za pierwszym, ani za trzecim razem. W  tak zwanym międzyczasie skończyłam inne studia i po raz ostatni postanowiłam podejść do egzaminów aktorskich. Namawiali mnie przyjaciele i rodzice, mówiąc: „ten czwarty raz to nie tak źle, bo Gajos zdawał pięć”. Byłam w takim momencie życia, że albo magisterka na starej uczelni, albo coś zupełnie nowego. I szczęśliwie rozpoczęłam coś nowego, bo w końcu dostałam się do wrocławskiej szkoły teatralnej.  

Egzaminy do szkoły aktorskiej faktycznie są trudne czy egzaminatorzy nieznośni i kąśliwi?

Trzeba naprawdę się przyłożyć, ale profesorowie z komisji bardziej sprawdzają człowieka niż teoretyczne kompetencje. Dopiero dziś, grając na scenie, zrozumiałam, dlaczego nie przechodziłam egzaminacyjnego sita, mimo że byłam bardzo dobrze przygotowana. Chodziło o człowieka, o to, kim jesteś i jaka jest twoja odporność psychiczna. O pewną gotowość. Na pierwszym roku mniej pracowaliśmy scenicznie, bardziej budowaliśmy wzajemne relacje i zaufanie, uświadamiając sobie, że nie ja jestem najważniejszą osobą na scenie, że równie ważny jest partner, z którym gram. Tyle lat marzyłam o szkole aktorskiej i kiedy się tam dostałam, poświęciłam się jej bez reszty. Opętał mnie mały świrek: biegałam na każdą próbę i każde spotkanie. Jestem osobą otwartą i nie wyobrażam sobie tego zawodu i siebie w nim inaczej, niż przez kontakt z drugim człowiekiem. Na pierwszym roku mieliśmy sporo czasu dla siebie, ale wykorzystywaliśmy go na chodzenie do teatru, wspólne oglądanie filmów, czytanie sztuk, tekstów i myślenie o nich w kategorii „o, to chcielibyśmy kiedyś zrobić”. Na drugim roku było bardzo intensywnie: szkoła przez siedem dni w tygodniu, od rana do późnej nocy. Rok trzeci to sprawdzanie, czego już się nauczyłeś/nauczyłaś, co możesz wykorzystać i gdzie widzisz swoje miejsce - w teatrze czy filmie, a czwarty to w moim przypadku dyplom, „Biesy” w reżyserii Karoliny Kirsz. Zagrałam Marię Lebiadkin.

O pracę w tym zawodzie raczej trudno.            

Szkoła do tego nie przygotowuje: mamy bardzo dużo zajęć, swoich mentorów i nagle zostajemy z pustką. Trudno się w tym odnaleźć, ale, podobnie jak na scenie, panika nie pomaga. Mimo odmienności zawodu aktora musimy do niego podejść jak najbardziej racjonalnie i wciąż poszukiwać. Szczęśliwie, nie miałam dłuższego momentu bez pracy, a najgorsze było spotkanie na festiwalu szkół teatralnych. Każdy z nas jechał tam spełnić swoje aktorskie marzenie, ale też z nadzieją na szybkie znalezienie angażu. To było złudne myślenie. I po festiwalu pomyślałam: trzeba działać, bo jak nic się nie wydarzy, zanudzę się. Miałam do napisania pracę magisterską i tym się zajęłam. W tym czasie zadzwonił telefon z Gliwic – szukano aktorów, a że Łukasz Czuj widział mnie w dyplomie, w Łodzi, zaprosił na casting.

Podoba się pani nowa gliwicka scena?

Lubię kameralność i szybki dostęp do publiczności, tutaj czuje się pewną barierę i ludzie mają problem z wejściem w nasz aktorski świat. Myślę, że na to potrzeba czasu, choć bardzo brakuje mi takiego kontaktu. Ale przecież dopiero się poznajemy, a ja nigdy nie miałam okazji żyć na Śląsku, więc sądzę, że wystarczy wyjść do ludzi, złapać ich za rękę i powiedzieć: przyjdź, zobacz i oceń, nim wydasz opinię. Chciałabym, żeby w gliwickim teatrze tak było, bo w „Norze”, naszej najnowszej produkcji, niejedna osoba odnajdzie się w scenicznym lustrze.

Czy ibsenowską 19-wieczną „Norę” przygotują państwo w kostiumie współczesnym?

Nie zaznaczymy mocno współczesności, nie wykrzywimy ibsenowskiego dramatu, choć zmiana i tak będzie widoczna. W nas. Bardziej niż na kostiumach skupiamy się na człowieku, bo on jest w sztuce najważniejszy. Opieramy się też na własnych życiowych doświadczeniach, przez co „Nora” nabiera cech uniwersalnych. I pomimo że napisano ją w XIX wieku, ma swoje odbicie we współczesności. Najtrudniej zmienić mentalność i widać to w sztuce.  

Nora w pani interpretacji będzie zimną, wyrachowaną kobietą?

Ależ nie! Przede wszystkim osobą mocno nastawioną na drugiego człowieka. Ciepłą, otwartą, niebojącą się miłości.  

Klosz stworzony przez kontrolującego ją męża - czy tak będzie w gliwickiej inscenizacji?

Staramy się mówić w sztuce o projektowaniu oczekiwań na drugą osobę i o tym, jak stworzone przez nas obrazy zmieniają się w różnych sytuacjach.

Nora będzie kłamać i kłamać…

Właśnie nie! Nora żyje z Torwaldem osiem lat, mimo wszystko uważa go za dobrego, kochanego męża, sama bardzo go kocha za to, że dba o nią i ich dom.

Torwald spełnia każdą jej zachciankę.

Można tak powiedzieć. Ale to taka rekompensata: on jest bardzo zapracowany i wymaga od Nory wielu rzeczy. Nora tworzy sobie obraz Torwalda w zgodzie ze swoją logiką, myśląc, że podobnie, jak ona, odda za nią wszystko. Nora tworzy wyobrażenia o każdej osobie pojawiającej się w jej świecie. I nagle wszystko totalnie się zmienia: zaciąga dług i nie mówi o tym mężowi. Chce ratować małżeństwo, ale nikt nie rozumie jej poświęcenia.  

Dopuściła się oszustwa.

W dobrej wierze. Chciała oszczędzić zmartwień umierającemu ojcu i ratować życie męża. Dziwi się, że prawo tego nie uwzględnia. Jak to możliwe, że mogą ją za coś takiego skazać, kiedy ona działała w imię dobra. Nie swojego, egoistycznego, a wyższego.

Czego poszukiwała pani w tej postaci?

Dojrzałości. Nora jest młodą, 28-letnią kobietą z trójką dzieci, obowiązkami domowymi. Szybko wyszła za mąż i nie zdążyła nauczyć się bycia kobietą: życie nabrało tempa i nie miała kiedy zastanowić się, czego chce.  

Czy w „Norze” są pułapki, coś, czego obawiała się pani w tej roli?

Mocny temat samobójstwa. Nora decyduje się na taki czyn i uważa, że dla niej to jedyna droga: miłość albo śmierć.

Ale jest przecież wiele innych wyjść.

W naszym świecie tak, ale w świecie Nory widzi się tylko krańcowe rozwiązania: wielki cud i na nowo wielką miłość lub śmierć, bo wtedy mąż odzyska wolność, którą odebrała mu przez swój czyn.

Czy to trudny tekst?

Tak, pełen archaizmów, które staraliśmy się zastąpić. Trudny także ze względu na ilość informacji, stanów psychicznych i emocjonalnych. W „Norze” wszystko dzieje się w szybkim tempie. Proszę sobie wyobrazić: żyje pani przez osiem lat swoim normalnym trybem, jest z niego zadowolona i nagle, w dwa dni, wszystko się  odwraca. Szaleństwo.

Grają państwo w bliskim planie aktorskim.

Chcemy, żeby widz zagłębił się w świat Nory i pobył w jej skórze. Ona nie ma gdzie uciec z pokoiku, z tej złotej klatki, dlatego wciąż odwleka decyzje. Czy dziś nie znamy takich stanów?

Opera mydlana?

Nie wiem, czy to dobre porównanie, ale może trochę tak.

Cieszy się pani na tę rolę?

To dla mnie wspaniały prezent.
 
wstecz

Komentarze (3) Skomentuj

  • iga 2017-06-14 09:38:16
    Ciekawy wywiad, wybiorę się na spektakl
  • mackwak 2017-06-17 14:20:26
    Co to znaczy "bliski plan aktorski" ?
    Odpowiedź moderatora: To znaczy, że aktorzy grają bardzo blisko widzów, dosłownie na wyciągnięcie ręki. 
  • lubaczowianka 2017-06-18 02:44:10
    Warsztaty teatralne w gimnazjum. Bela weszła na scenę i sprawiła że widzom opadły szczęki! Pozdrawiam Kochana!