| Wędrówka Dziewiąta, Wielbłądy, skorpiony, miraże |
| sobota, 24 październik 2009 00:00 | |||
|
Czekała nas dziesięciokilometrowa przeprawa. Jesienią, w październiku nie powinna być kłopotliwa, ale nam dała jednak trochę w kość: nogi grzęzły w mokrym piachu, a z każdym metrem ubywało sił. Na szczęście nie kąsały skorpiony i żar nie lał się z nieba, choć lal się po plecach. Początek marszruty w Błędowie, dzielnicy Dąbrowy Górniczej. Pierwotnie mieliśmy się podzielić na dwie grupy – tę, która wybiera piaski pustyni, i tę, której milsze ciepło kabiny autobusowej. – No, kto z państwa idzie, a kto jedzie –przewodnik Stanisław Czekalski, prezes sosnowieckiego oddziału PTTK, zawiesił na nas wzrok. Spięliśmy się, wyprostowali, poprawili plecaki i zbiorowo, radośnie odkrzyknęli: „idziemy”. Zrazu przez gęstwinę, potem przez pagórki z piasku. Wszędzie pełno małych sosenek i kępek trawy, o tej porze roku już nie zielonej, ale rudej, jeżynowej. Od dawna teren pustyni Błędowskiej nie jest już pustynny, choć to dość spora piaszczysta połać. Niestety, tam urzęduje wojsko i nie można wchodzić. Polska Sahara przywitała nas zapachem lasu pełnego grzybów. I rzeczywiście, naszą trasę można by śmiało nazwać muchomorową bo, przynajmniej mnie, najczęściej udało się natknąć na tego trujaka. Ale jakże pięknego, szczególnie w otoczeniu brązowo – ceglastych liści dębu. Największy obszar lotnych piasków w Europie. Zajmuje ok. 32 km powierzchni i leży na pograniczu dwóch wyżyn: Śląskiej i Olkuskiej, pustynia liczy 10 km długości (i tyle musieliśmy przejść!) i 4 km szerokości. Przez pustynię przepływa Biała Przemsza (rzeczywiście jest biała, od piaszczystego dna). Piasek. Tego pragnęliśmy. I był, choć nie w ilościach zadawalających. Może to i dobrze, bo umordowalibyśmy się strasznie. Na jednym z przystanków (na kanapkę i łyk wody) postanowiłam sprawdzić, jak głęboko sięga. Kopiąc i kopiąc w końcu się poddałam. I dobrze, po okazuje się, że sięga 17 – 20 metrów. Piasek o żółtawej barwie, która pod wpływem wilgoci zmienia się w kolor kawy z mlekiem, tworzą drobne ziarna kwarcowe, w których często trafiają się okruchy skał wapiennych a bywa, że jurajskie skamieliny. Do atrakcji należą tzw. fulguryty – grudki minerałów powstałe wskutek stopienia piasku przez pioruny. Choć nam udało się tylko spłoszyć sarnę i zobaczyć niskie krzaczki, okazuje się, że na pustyni występuje ok. 350 gatunków roślin, w tym wiele o charakterze pustynnym. Z unikatowych i chronionych warto wymienić np. pomocnika baldaszkowego, omieg górski. A nagie patyki okazały się wierzbą kaspijską, posadzoną na pustyni pół wieku temu. U kresu pustynnych zmagań miast odpocząć wspinaliśmy się pod górkę, by sapiąc i dysząc osiągnąć szczyt Czubatki ( 382 m n.p.m.) Ale było warto. Dla wspaniałego widoku: dywanu utkanego z koron drzew, jeszcze z liśćmi, w barwach tak cudnych, że aż nie można było oderwać oczu. Aparaty poszły w ruch – każdy pstrykał się na tle panoramy. Po drodze, do drugiej części pustyni zatrzymaliśmy się w maleńkiej miejscowości Klucze, tam obdarowano na materiałami promocyjnymi. Wreszcie zajechaliśmy przed pozostałości dawnych fortyfikacji z czasów wojny: na pustyni Błędowskiej wojska generała Erwina Rommla ćwiczyły przed wyruszeniem na afrykański front. Wędrówki nie mogły obyć się bez niespodzianki: zmoknięci patrzyliśmy tęsknym wzrokiem w pustynną dal, gdy nagle Marian Jabłoński, nieoceniony współpomysłodawca „Wędrówek”, zanurzył rękę w torbie i wyjął wiaderko z przepysznymi rolmopsami. Dla niewtajemniczonych chodzi o pustynny biblijny cud z rybami w roli głównej. A potem, słuchając mini wykładów przewodnika ruszyliśmy w drogę, zaglądając do uroczego Sławkowa. Oczywiście każdy z pięćdziesiątki wędrówkowiczów ściskał w rękach pamiątkową pocztówkę autorstwa Sławomira Niemca. Małgorzata Lichecka
|
















