| Wędrówka dwudziesta, Sensacje Świerklańca |
| poniedziałek, 02 sierpień 2010 08:07 | |||
|
Włości niemieckiego rodu Henckel von Donnersmark, przemysłowców, właścicieli ogromnych połaci Śląska, bogaczy, ludzi z wizją, nie bojących się wyzwań dziś skurczyły się i zmarniały. Wędrówkowicze odkryli jednak w świerklanieckich i nakielskich dobrach nie tylko gliwickie ślady, byli świadkami niecodziennej podróży w czasie. Za sprawą starych fotografii i opowieści Mariana Jabłońskiego o historii starego i nowego pałacu w Świerklańcu spacerowaliśmy po jego wnętrzach i ogrodach wspólnie z Gwidonem Hencklem von Donnersmark i jego uwielbianą żoną Blanką. Dwudziestą drugą Wędrówkę z Nowinami w niedzielne przedpołudnie 11 lipca rozpoczęliśmy od zamku Donnesmarcków w Nakle Śląskim, gdzie mieści się galeria sztuki nieprofesjonalnej Stanisława Gerarda Trefonia. Tam wytropiliśmy obrazy dwojga gliwiczan: Janiny Motyki, nieżyjącej już malarki i Stanisława Narwusza, znakomitego akwarelisty. Odsapnęliśmy nieco od upału w chłodnych wnętrzach, lecz ciekawość zawiodła nas do pałacowego parku. Proszę mi wierzyć, nieciekawy od frontu zamek zyskuje, gdy przejdzie się na jego tyłu: ściany skąpane w zielonym bluszczu a całość przetykana klinkierową cegłą. W nakielskich dobrach czekała nas pierwsza z kilku niespodzianek: śniadanie na trawie, może nie jak z obrazów Renoira, ale równie ekscytujące. Z wielkiego worka Jabłoński wyczarował kapelusze dla panów i pań. Dobra ochrona przed słońcem i gustowny drobiazg, w którym poczuliśmy się jak z XIX wiecznych sztychów ukazujących życie śląskich magnatów. Zaś z wielkiego wiadra ogórków małosolnych każdy mógł wziąć po jednym, cieszyły się taką popularnością, że w chwilę ich nie było. - Podejdźmy do starego zamku – powiedział tajemniczo Jabłoński a my posłusznie gęsiego weszliśmy na ledwie widoczną z głównej drogi ścieżynę. – Gdzie on nas prowadzi, mruczałam pod nosem, walcząc z pokrzywami, i komarami. Co może być ciekawego w takich chaszczach? - marudziłam. - Jesteśmy przy bramie wjazdowej do starego pałacu – Jabłoński stanął na kamiennym bloku. – Niemożliwe!- przebiegło przez grupę. Tak, tak, tyle bowiem zostało ze starego świerkalnieckiego zamku, oczka w głowie rodzinny Donnersmarków. Oglądając kolejne fotografie słyszeliśmy turkot kół, gwar rozmów, szczekanie psów. Wyobraźnia pracowała na pełnych obrotach. I jeszcze gliwicki akcent: to w Świerklańcu urodziła się matka Theodora Kalide, Charlotta a przy bramie wjazdowej stały rzeźby "Lwów Czuwających" jego autorstwa. - Taki sam lew Czuwający stoi do dziś przed Muzeum w Gliwicach. Tamte zaginęły bez wieści – Jabłoński snuje przypuszczenia, że wywieziono je około 1960 – 63 roku podczas akcji burzenia ruin zamku i pałacu. 185 hektarów. Taką powierzchnię ma park przy małym Wersalu rezydencji Donnersmarków. A pałac Kawalerów jest jedyny ocalały w nim budynkiem. Gustownym i dyskretnym, bo skrytym na obrzeżach. Schody prowadzą na piętro, a tam rozlokowały się pokoje hotelowe. Cztery piękne rzeźby przedstawiające figurki dzieci to dzieło "naszego" Theodora Kalide. Początkowo stały w starym zamku, potem przeniesiono je do nowego pałacu, a kiedy Rosjanie „porządkowali” teren powędrowały przed świerklaniecki dom kultury. - Oczywiście od razu jedna zniknęła, ale odnaleziono ją , dzięki internetowej aukcji, w Krakowie – mówi Jabłoński. Na frontonie budynku plakieta z napisem Memento vivere, „Pamiętaj o życiu”. Takiej też maksymie hołdowała świerklaniecka gałąź rodu. Po smakowitym żurku spacer nad staw: przy iglicy kolejna pogawędka zilustrowana mnóstwem zdjęć tzw. Małego Wersalu, potem chwila odpoczynku nad zalewem przy wiejącej akurat w naszą stronę bryzie. Czekała nas jeszcze chłodna niespodzianka od organizatora – lody. A na zakończenie wędrówki, krótka wizyta w kościółku z mauzoleum, przerobionym z kaplicy protestanckiej Donnersmarcków. Tekst: Małgorzata Lichecka Zdjęcia: Marian Jabłoński
|
















