| Wędrówka szesnasta, Cygara, gruszki i nitki, czyli jak hartowała się stal |
| piątek, 14 maj 2010 11:58 | |||
|
Rok 1971. Edward Gierek, ówczesny I sekretarz KC PZPR, podjął decyzję o budowie huty na rozległym leśnym terenie w pobliżu Dąbrowy Górniczej, między Ząbkowicami, Łośniem, Strzemieszycami i Gołonogiem. Ponad 50 tys. pracowników, ściągało z całej Polski do zagłębiowskiego Eldorado , bo na gigantycznej budowie można było nieźle zarobić. Należy pamiętać, że już wtedy Polska wchodziła czasy kryzysu gospodarczego, który bardzo wyraźnie ogołocił półki sklepowe. Ale nie dla budowlańców huty. Dość wspomnieć, że kiedy podstawowa płaca wynosiła około 3 – 4 tys. zł, młody niedoświadczony robotnik potrafił zarobić ponad 12 tys. zł. Pracowało się na akord, miesięcznie średnio 300- 350 godzin.
Praktycznie za każdą przepracowaną ponad dniówkę niedzielę przysługiwał talon na deficytowy sprzęt domowy oraz znane z tamtego okresu premiowe bony oszczędnościowe ( przeważnie tysiączłotowe). Autor tekstu pamięta doskonale te czasy: zaczynał wówczas swoją zawodową ścieżkę, właśnie przy budowie huty. Uruchomiony w 1976 roku zakład zajmował powierzchnię 10 km kwadratowych ( teraz „zmniejszył się „ do 7,5 km kw). W tamtych latach pracowało w hucie 25.000 osób, dziś około 2.800 hutników wraz z 3.000 osobami zatrudnionymi w różnych hutniczych spółkach. Porównanie świadczy o skali zmian po 2005 r. kiedy sprzedano udziały Skarbu Państwa w Polskich Hutach Stali S.A., kontrolowanej przez hinduskiego biznesmena Lakshmi Mittala spółce LNM Holdings NV. Zwiedzamy choć, to wcale nie muzeum Zaglądając do atlasu samochodowego łatwo można stwierdzić , że powierzchnia huty jest porównywalna z powierzchnią Gliwic. Tak więc zwiedzaliśmy ją autokarem, a zaczęliśmy od przygotowania produkcji. Na początku jest ruda, wapień i koks, stanowiące zawartość potężnych pryzm. Dowiadujemy się, że słynny szeroki kolejowy tor jeszcze istnieje tyle, że zamiast radzieckiej rudy żelaza ( czyt. zamarzniętego na kość czerwonego błota, które po cichu wzbogacano na miejscu szwedzkim aglomeratem dla poprawy zawartość żelaza w żelazie) transportuje teraz całkiem przyzwoitą rudę z Ukrainy. Wielki piec Znane ze szkolnego podręcznika ryciny z wielkim piecem można schować głęboko do szafy. Olbrzymia, opatulona setkami rur różnych średnic stumetrowa konstrukcja dysząca, sycząca i wypluwająca co chwila bulgoczące żelazo – to wielki piec . A u Mittala są aż trzy takie monstra. Widok doprawdy kosmiczny. Przeraża ogromem i budzi strach. No bo jak człowiek może coś takiego zbudować i zmusić do pracy? Stoimy na zasłanym stalowym pyłem podeście, pod jakąś rurą trzymetrowej średnicy wpatrzeni w ziejącą ogniem i iskrami scenę spustu kolejnych setek ton surówki do specjalnej kadzi w kształcie cygara. I tu ciekawostka – właściciel huty wpadł na pomysł, żeby w cygarze transportować roztopioną surówkę aż do Krakowa i tam poddawać dalszej obróbce hutniczej. Konstrukcja kadzi ponoć przez 48 godzin zapewnia stan płynności żelaza. W ten sposób ochroniono by zabytki Krakowa przed zgubnym wpływem wyziewów i dymów huty i koksowni. Stalownia, czyli jak zrobić stal z żelaza Zanim dojedziemy do wydziału stalowni, kadź z roztopioną surówką przewozi się potężnym torem na miejsce tzw. świeżenia. Recepta jest bajecznie prosta: wlać roztopioną surówkę do dużego pojemnika w kształcie gruszki, dosypać kilka wagonów złomu, doprawić niezbędnymi tonami dodatków, wpuścić do gruszki pod ciśnieniem 20 atmosfer prawie czysty tlen. I gotowe. Po około 40 minutach można wylać pozbawioną szkodliwego węgla stal do innej już kadzi i rozpocząć kolejny proces obróbki. Niby proste, lecz zapatrzeni w pracę ogromnych 500-tonowych suwnic przelewających surówkę z kadzi do pieca, jak my w domu herbatę z czajnika do kubka , zapomnieliśmy, że staliśmy tam blisko pół godziny. Linia ciągłego odlewania stali, czyli coś co bardzo przypomina maszynkę do mięsa Kolejna niespodzianka. Z jednej strony wlewa się roztopioną stal, z drugiej wychodzą nitki różnego przekroju zastygłej czerwonej stalowej strugi. W hucie są trzy linie ciągłego odlewania. Jedna odlewa półprodukt, z którego potem robi się pręty i druty, druga przygotowuje materiał na profile hutnicze, trzecia, najnowsza, produkuje płaskie bloczki na blachy. Najdziwniejsze jest to, że nie widzieliśmy w tym miejscu prawie żadnego człowieka, jedynie suwnicowego oraz kilku ślusarzy pracowicie przygotowujących tzw. kadzie pośrednie do pracy. Walcownia. To już koniec, szyny gotowe Zanim jednak odlane kęsy, kęsiska czy tzw. slaby trafią pod walcarki trzeba je, niestety, ponownie rozgrzać. Wtedy już łatwiej zrobić gotowy profil, np. szyny czy kątownik. Linię walcowniczą wyposażono w kilka klatek walcowniczych. Każda nadaje coraz bardziej zbliżony do oczekiwanego kształt kawałkowi stali. Ten kawałek to nic innego jak odlany wcześniej w linii ciągłego odlewania kęs długości 10 metrów. Kiedy klatki walcownicze przepuszczą go przez swoje wyprofilowane walce na naszych oczach z 10 metrów robi się sto odpowiednio cieńszego profilu. Mijając silniki walcarek wielkości naszego autokaru nie mogliśmy już nadążyć za pędzącymi po samotokach czerwonymi jeszcze profilami. Im były cieńsze, tym bardziej pędziły w tę i we w tę, z jednej walcarki do drugiej, aż na końcu linii zatrzymywały się by ostygnąć. By tradycji Wędrówek stało się zadość jeszcze zdjęcie całej grupy i wizyta w pobliskiej restauracji na pożywny posiłek, prawie regeneracyjny – jak za dawnych lat budowy huty. Marian Jabłoński
|
















