| Tańczący z butelkami |
| czwartek, 22 lipiec 2010 08:16 | |||||
Na lato – drink, na smutki – barman. Dwóch z nich, z grona najlepszych, pracuje w gliwickiej piwiarni. Bartłomiej Kanigowski i Grzegorz Franik. Rewelacyjnie spisali się w regionalnych rozgrywkach konkursu na najlepszego barmana i piwowara 2010 roku.
Podobno barman jest jak matka. Lub ksiądz w konfesjonale. Bo zawsze wysłucha. Można mu się zwierzyć, wypłakać w rękaw. Że zwolnili z pracy, że dziewczyna rzuciła, że życie podłe… Barman słucha i serwuje drinki. Na pocieszenie, rozgrzanie, orzeźwienie. W zależności od stanu ducha i pory roku. Tym razem role się odwróciły: ja słucham, oni opowiadają. O swojej pracy, konkursie. A przy tym robią drinki. Na moich oczach. Siedzę na wysokim barowym krześle. Podziwiam sprawność, z jaką radzą sobie z całym tym barmańskim sprzętem. W pewnym momencie Grzesiek odbija butelkę stopą, łapię do ręki, stawia na półce. To freestyle, tłumaczy. Specjalna technika podrzucania butelek i innych barmańskich sprzętów. Show, które bawi i przyciąga klientów. Więc barman to nie tylko matka i ksiądz. To również showman. Freestyle jest ważny, podobno są już szkoły, w których się go uczy. Bartek i Grzesiek uczyli się sami. Nie na żadnych tam plastikach, a prawdziwych szklanych butelkach, tyle że napełnionych wodą. Trochę ich natłukli, zanim opanowali sztukę. Bartek ma 25 lat. Barmanem jest od pięciu. Grzesiek, 20-latek, pracuje w tym fachu ponad rok. Wiek nie gra roli. Trzeba lubić tę pracę i czuć się swobodnie. Być otwartym i kontaktowym – te dwie cechy to 90 procent sukcesu. Do tego pełna kulturka, schludność i uśmiech na twarzy. Godne zachowanie na ulicy, bo jest się rozpoznawanym przez klientów. No i „czyste ręce”. To najważniejsza zasada. Więc barman jest też jak chirurg. Czerwiec, ciepło. „Przygotujemy mojito”, mówi Bartek. I zabierają się do roboty. Mojito – drink orzeźwiający. Klasyczny, stary, najbardziej znany. Limeta, brązowy cukier (zdrowszy, mniej kaloryczny), liście mięty. Wszystko ląduje w szklanicy, barmani zaczynają macerować, czyli ugniatać, ucierać. Potem uzupełnienie skruszonym lodem i charakterystyczny brzęk w szkle. I wreszcie rum – biały, lekki. Jeszcze tylko wymieszać składniki i uzupełnienie gazowaną wodą mineralną – to ponoć wzbogaca o świeżość. Patrzę, jak wszystko miesza się, kotłuje. Jeszcze serwetka, ozdoba, dwie słomki. I barmani serwują z uśmiechem. Gdybym przyszła zimą, zaserwowaliby drinka na ciepło, płonącego, z efektem pirotechnicznym. A dla abstynentów – drinki bezalkoholowe. Czerwone, niebieskie, z parasolką, owocem… Świat Bartka i Grzesia to nie tylko drinki. Także piwo. O nim wiedzą prawie wszystko. Okazali się jednymi z najlepszych jego znawców w całej Polsce. Wzięli udział w konkursie Profesjonalia Piwowarów i Baramanów. Reprezentowali gliwicką Warkę. Jak burza przeszli przez pierwsze etapy, dostali się do wrześniowych finałów w Kazimierzu Dolnym. Są w grupie 15 najlepszych z całego kraju. Znają nie tylko teorię. Potrafią rozpoznać piwo za pomocą zmysłów: smaku, wzroku, węchu. Nawet to „zatrute”, czyli wymieszane z sokiem malinowym. Już przygotowują się do finału: Bartek zaopatrzył się w internecie w gatunki piw, których nie ma na naszym rynku. We wrześniu będziemy trzymać kciuki! Komentarze (1)
![]()
jósef
napisał(a):
|
|
jak piesc do oka Nie mam nic przeciwko drinkom. Ale ostatnia strona która przed chwila czytalem, byl reportarz drogowych wykroczen poalkocholowych. Komentarz zbedny. |
Napisz Komentarz
| < Poprzednia | Następna > |
|---|

















Na lato – drink, na smutki – barman. Dwóch z nich, z grona najlepszych, pracuje w gliwickiej piwiarni. Bartłomiej Kanigowski i Grzegorz Franik. Rewelacyjnie spisali się w regionalnych rozgrywkach konkursu na najlepszego barmana i piwowara 2010 roku.
